„Z powodu planowanego na 6 kwietnia przeniesienia ruchu pasażerskiego na nowy terminal Istanbul Airport, loty realizowane do/z lotniska Ataturk mogą być odwołane lub opóźnione” – taki komunikat od dawna wisiał na stronie internetowej tureckich linii lotniczych Turkish. Musiałam mieć ogromnego pecha, że trzy z moich czterech lotów w tym czasie były opóźnione, a jeden odwołany. Takie rzeczy się jednak zdarzają i kluczowa jest wówczas pomoc linii lotniczej i personelu lotniska przesiadkowego. Niestety, Turcy chyba zbytnio skoncentrowali się na przeprowadzce i zapomnieli, że wciąż obsługują pasażerów na starym terminalu. Tysiące pasażerów.

Samolot właśnie odlatuje

Tłumy, kłótnie, bieganina, omdlenia. Taki obraz pamiętam z przesiadki w lutym (prawie dwa miesiące przed przenosinami), gdy Stambuł spowiła mgła. Na dyżur ściągnięto nadprogramowy personel, jednak organizacyjnie wszystko leżało. Pasażerowie nie wiedzieli, który człowiek zajmuje się ich sprawą, tylko kilku pracowników mówiło po angielsku, a część pasażerów zostało okłamanych, że do celu dolecą jeszcze tego samego dnia, po czym okazywało się, że spędzą noc na lotnisku.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej