W związku z tym, że mąż Karoliny został oddelegowany do pracy w innym mieście, przestał używać na co dzień swojego samochodu – Forda Mondeo. Małżeństwo z Gdańska postanowiło wystawić go na sprzedaż. Jedną z osób, która zainteresowała się ofertą, był handlarz działający na Warmii i Mazurach.

– Już przy pierwszej rozmowie przez telefon zaczął negocjować cenę. Ustaliliśmy z mężem widełki cenowe, więc przystałam na zaproponowany upust w wysokości 2,5 tys. zł i umówiliśmy się na oględziny auta – opowiada.

Celowa usterka

Handlarz przyjechał w umówionym dniu. Karolina była wówczas sama.

– Zaczął oglądać auto z zewnątrz, a później otworzył maskę i długo coś sprawdzał w jednym miejscu przy silniku. Nie byłam w stanie wybadać, co robi. Zresztą, nawet gdybym widziała, to nic by mi to nie dało, bo na mechanice samochodowej się nie znam. Na moje pytania odpowiadał zdawkowo. W końcu powiedział, że chce auto sprawdzić w trasie – wspomina. Już po przejechaniu kilkunastu metrów handlarz powiedział Karolinie, że w samochodzie brakuje mocy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej