Za miskę ryżu nie pracują tam już dawno, za to w pracy ciągle się o ryżu rozmawia. Temat jedzenia wyznacza rytm dnia. Anglicy rozmawiają o pogodzie, Polacy rozprawiają o polityce, a Chińczycy rozpromieniają się na wspomnienie posiłku.

Zaczyna się od osoby, która pierwsza zacznie przeglądanie menu w aplikacjach telefonu. Atmosfera w biurze od razu się zmienia, zakrawa o ekscytację, pozostali też już nie mogą się powstrzymać, by odpalić swoje iPhone'y. Ten codzienny rytuał trwa kilkadziesiąt minut, zdjęć kolorowych posiłków jest kilkaset, można przebierać między tradycyjną kuchnią szanghajską, południową, a może coś z dań ujgurskich? -  „Tebie haoche” (po mandaryńsku „wyjątkowo smaczne”) – Xiao Qin, zaglądając przez ramię kolegi, wskazuje mu palcem zdjęcie kurczaka po syczuańsku z uprażonymi orzeszkami.

Zamówienia spływają już po godz. 11, posiłki przywiezie kurier, będzie dzwonił. Do czasu, aż pojawi się w drzwiach, nikt nie będzie myślał o pracy, wszystkie zadania muszą poczekać, nawet te pilne. Przerwa na lunch jest godzinna, więc gdy pudełka z ryżem, szpinakiem, musztardowcem czy kurzymi łapkami lądują na biurkach między dokumentami, nikt nie spieszy się z jedzeniem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej