Jak to mówią: kiedy człowiek się spieszy, to diabeł się cieszy. Mój diabeł pęka ze śmiechu.

Postanowiłam zmienić wystrój łazienki. Nowe szafki, nowa umywalka, lustro i oświetlenie. Najlepszym rozwiązaniem wydawało mi się kupienie wszystkiego w Ikei. Przede wszystkim odpowiadały mi funkcjonalność i gabaryty umywalki i szafek. Pasowały jak ulał. A i cena niezła.

Umywalkę i szafkę kupowałam przez internet. Miałam nadzieję, że dotychczas używana bateria da się ponownie zainstalować. Nie dała się. A ja miałam w łazience kipisz. Trzeba było migiem dokupić kran.

Przy przeszukiwaniu strony Ikei znalazłam informację, że towar może przywieźć pracownik sklepu, ale może też zrobić to firma kurierska za 15 zł. Pomyślałam: wreszcie poszli po rozum do głowy i duże gabaryty dostarczają własnym transportem, a drobnicę przesyłką kurierską.

Znalazłam baterię. Zamówienie tym razem złożyłam przez telefon. Pracownik Ikei doradził mi, by dokupić sitko zatrzymujące wszystko, co może wpaść w otwór umywalki. Poinformował mnie, że dostawa będzie kosztowała 49 zł. Ale dlaczego aż tyle? Zapytałam pracownika biura obsługi klienta. Bo "te artykuły nie wchodzą w możliwość dostawy kurierskiej". Zapłaciłam. Jednak okazało się, że nie „te artykuły”, ale ten jeden artykuł, czyli sitko. Transport czegoś, co jest warte 15 zł, kosztuje 49 zł.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej