Pan Jan, który na co dzień mieszka w Szwajcarii, podczas wizyty w Warszawie wybrał się ze znajomymi do jednej z restauracji. Wyszedł zniesmaczony i z nauczką na przyszłość – został zmuszony zostawić kelnerowi 100 zł napiwku. – Restauracja jak restauracja, obsługa jak obsługa. Zaskoczeniem okazał się rachunek. Przy płaceniu okazało się, że doliczono nam do zapłaty 10 proc. kwoty rachunku jako napiwek. Uważam, że nie jest to uczciwe działanie. A co jeśli kelner był niegrzeczny, leniwy, niekompetentny albo niechlujny? Sprawdziliśmy kartę, informacja o takich praktykach rzeczywiście była, ale ukryta na samym końcu, dlatego na początku w ogóle jej nie zauważyliśmy – opowiada pan Jan.

Jak twierdzi, od ponad 30 lat mieszka za granicą i nigdy się nie spotkał z podobnymi sytuacjami. – Jedynie we Włoszech istnieje coś takiego jak coperto, ale to z reguły kilka euro niezależnie od kwoty rachunku. Nie chodzi o pieniądze, ale dlaczego mam komuś płacić za usługę, nie wiedząc, jak ona będzie wykonana? W Warszawie doliczanie 10 proc. do rachunku to dość powszechna praktyka, szczególnie w okolicy Starego Miasta – mówi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej