Scenariusz powtarza się niemal na każdym lotnisku. Mój boarding w Maladze zaczyna się bardzo wcześnie rano. Przed bramką pracownice irlandzkich linii lotniczych ustawiają zaspanych pasażerów w dwie kolejki. W krótszej stoi kilka osób, dłuższa wije się i zakręca.

Przed wylotem na wakacje postawiłam na minimalizm i wszystko, co niezbędne, spakowałam do jednej torebki. Z biletem bez pierwszeństwa wejścia na pokład cierpliwie czekałam na koniec boardingu.

„Bez nas nie polecą” – tłumaczyli sobie brak pośpiechu inni „niepriorytetowi” współpasażerowie.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej