Od przychodów zaczyna się faktyczne wypełnianie zeznania rocznego (wcześniej jest NIP lub PESEL i dane personalne, ale to formalności). Przychód to w uproszczeniu pieniądze otrzymane za pracę lub jakieś działania. Ustawa podatkowa wyróżnia wiele kategorii przychodów, którymi podatnik musi się pochwalić fiskusowi w zeznaniu rocznym. Mamy tu więc m.in.: wynagrodzenia uzyskiwane za pracę (na etacie, z umowy-zlecenia), emerytury i renty (krajowe i zagraniczne), prawa autorskie, przychody z działalności gospodarczej, przychody z wynajmowania
mieszkania, zasiłki (np. dla bezrobotnych).
Na szczęście jest też spora grupa przychodów, których nie trzeba wpisywać do zeznania rocznego. Chodzi np. o:
- ubezpieczenia za rozbity samochód;
- odszkodowania za wypadek w pracy;
- odsetki z obligacji skarbu państwa;
- odsetki od oszczędności w bankach;
- zyski ze sprzedaży jednostek funduszy inwestycyjnych;
- odprawy pośmiertne i zasiłki pogrzebowe;
- zasiłki rodzinne;
- zasiłki pielęgnacyjne;
- zasiłki wychowawcze i porodowe;
- jednorazowe zasiłki za urodzenie dziecka (w tym słynne becikowe);
- wszelkie diety i dodatki za tzw. rozłąkę.
W PIT nie wykazuje się też dochodów z działalności rolniczej i wygranych w konkursach, grach i zakładach wzajemnych.
W kasie państwa ciągle brakuje pieniędzy. Fiskus więc coraz uważniej przygląda się różnym źródłom przychodów, wydawałoby się niezagrożonych dotąd podatkiem, czy to z powodów zwyczajowych, czy też z powodu niejednoznaczności przepisów.
Był więc np. pomysł obarczenia policji obowiązkiem ścigania kierowców, którzy do celów prywatnych wykorzystują samochody służbowe i nie doliczają tego do dochodu. Jeśli przy kontroli drogowej policjant zatrzymałby auto służbowe, miałby badać, czy kierowca nie wiezie nim rodziny na wczasy bądź na grzyby. Ostatecznie pomysł z policją upadł, ale podatek od użytkowania służbowych samochodów do celów prywatnych płacić trzeba.
Burzę w mediach wywołała interpretacja katowickiej izby skarbowej, która stwierdziła, że wartość drobnych przysług i pomocy w wykonywaniu codziennych obowiązków, które na zasadzie wzajemności w ramach tzw. banków czasu wyświadczają sobie sąsiedzi, powinna być opodatkowana. Dlaczego? Bo osoby korzystające z takich usług osiągają przychody z tego tytułu. Choćby dlatego, że nie muszą płacić za skoszenie trawnika czy wyprowadzenie psa. Potem izba się z tej interpretacji lekko wycofywała, ale tłumaczyła, że "nieodpłatne świadczenie jest wtedy, gdy nie płacimy za coś, za co w normalnych warunkach rynkowych zapłacilibyśmy. Zgodnie z polskim prawem takie świadczenie między osobami niespokrewnionymi jest opodatkowane, od kiedy istnieje ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych, czyli od początku lat 90.". Głos zabrał też jeden z wiceministrów finansów, który w Sejmie przyznał, że "uznanie, że pomoc sąsiedzka czy też inna działalność polegająca na wzajemnych nieodpłatnych usługach podlega przepisom ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, byłoby zbyt szeroką interpretacją zasady powszechności opodatkowania".
- Podstawową zasadą naszego systemu podatkowego jest powszechność opodatkowania i dlatego wartość świadczeń w naturze oraz świadczeń nieodpłatnych także podlega opodatkowaniu - mówił minister. - Trudno jednak uznać, że osoba korzystająca z nieodpłatnych usług innej osoby zawsze otrzymuje z tego tytułu dochód.
Jego zdaniem do każdej z takich spraw trzeba podchodzić indywidualnie, bo "na pewno są takie usługi między sąsiadami, które powinny być opodatkowane". Przykładem takiej usługi może być - zdaniem ministra - wyremontowanie przez właściciela firmy budowlanej domu czy mieszkania sąsiada.
Innym pomysłem resortu finansów na łatanie budżetowej dziury (przynajmniej tak to odbierają podatnicy) jest opodatkowanie pakietów medycznych, które pracodawcy fundują pracownikom.