Jak się zabezpieczyć przed silnymi wahaniami kursów walut

Ireneusz Sudak
08.11.2012 09:12
A A A
Hedging to trudne słowo jednak jego znajomość może ustrzec nas przed dużymi stratami na rynku walutowym. To także dowód na to, że forex nie musi się kojarzyć jedynie ze spekulacją, która niejednego gracza pociągnęła na finansowe dno

Chcesz wiedzieć, jakie są i czym się różnią instrumenty finansowe na rynku forex? Czytaj Podręcznik foreksu

Forex to największy na świecie finansowy organizm. Z danych Banku Rozrachunków Międzynarodowych wynika, że w kwietniu 2010 r. średnia dzienna wartość obrotów na Forexie wyniosła 4 bln dol., czyli o 10 proc. więcej niż w poprzedniej analizie z 2007 r.

Rynek walutowy jest szczególny także z innego powodu. Spotykają się na nim nie tylko instytucje finansowe czy firmy, które potrzebują danej waluty do kupowania towarów. Są też spekulanci, którzy mogą odpowiadać nawet za 80 proc. transakcji. To podmioty, które nie potrzebują kapitału, ale handlują walutami po to, by osiągnąć zysk.

I tu pojawia się problem. Czy interesy spekulantów i tych, którzy chcą ograniczyć ryzyko mogą iść w parze? Czy ci, którzy chcą wykorzystać forex do zabezpieczenia swoich pieniędzy mają tu czego szukać?

Kontrakty na topie

Tzw. hedgersi, bo o nich mowa (z ang. hedging, czyli taki sposób inwestowania, który ma nas uchronić przed stratami) to instytucje czy firmy, które kooperują z zagranicą i chcą się zabezpieczyć przed różnicami kursów walut. Problem jest poważny. Według danych GUS nasz eksport od stycznia do lipca wyniósł 77 mld euro i był o 13 proc. wyższy niż rok wcześniej. A jeszcze dwa miesiące wcześniej dynamika ta wynosiła 18 proc. Na razie polscy eksporterzy cieszą się ze zwyżki euro, bo zarabiają więcej na sprzedaży towarów. Cierpią jednak importerzy i wszyscy ci, którzy rozliczają się w złotych. Po kieszeni dostają także pracodawcy, którzy płacą swoim pracownikom w euro, np. drużyny sportowe.

Co gorsza przez kryzys w Grecji wahania walut na światowych rynkach są ogromne. Wystarczy jedna nieroztropna wypowiedź któregoś z greckich polityków, a kurs euro zaczyna spadać, ciągnąc w dół złotego. W ubiegłym tygodniu kurs euro do złotego wahał się jednego dnia o 2 proc. Menedżerów, którzy odpowiadają w firmach za rozliczenia, takie sytuacje mogą przyprawić o ból głowy.

Lekarstwem na przypadłości związane z nagłymi wahaniami kursów walut są dwa proste instrumenty finansowe: kontrakty i opcje. W odróżnieniu od tzw. transakcji spot, które odbywają się natychmiast, realizacja tych dwóch jest opóźniona w czasie. Żeby je zawrzeć, możemy iść do banku, ale możemy skorzystać też z usług biur maklerskich, które oferuje transakcje na rynku forex.

Najbardziej uniwersalną jest transakcja terminowa typu forward, gdzie klient i bank umawiają się na z góry ustalony kurs, po którym dokonana zostanie płatność w przyszłości. Nawet jeśli dziś na rynku euro kosztuje 4,41 zł, strony umawiają się, że za dwa miesiące dokonają transakcji po kursie np. 4,38 zł.

Transakcje forward nie zawsze muszą polegać na fizycznej wymianie walut. ## Zabezpieczenie przed ryzykiem kursowym może polegać rozliczeniu podlega jedynie różnica kursowa powstała pomiędzy ceną w dniu zawarcia transakcji## a ceną w dniu jej rozliczenia (kurs rozliczeniowy). Odmianą forward jest kontrakt futures. Różnica polega na tym, że futures notowane są na giełdach i żeby z niego skorzystać, wymagane jest posiadanie rachunku w biurze maklerskim i wpłacenie depozytu zabezpieczającego.

Opcje już (tak) nie straszą

Innym sposobem na zabezpieczenie się przed wahaniem kursów są opcje walutowe. Finansiści lubią porównywać opcje do ubezpieczenia. Różnica w porównaniu do kontraktów polega na tym, że de facto kupujemy prawo, a nie obowiązek wymiany waluty w przyszłości.

Niestety, ciągle wiele firm dostaje gęsiej skórki na samo słowo "opcja". Te instrumenty złą sławę w Polsce zyskały po wybuchu kryzysu finansowego i gwałtownym osłabieniu się złotego. Wcześniej, w 2008 roku wiele firm uwierzyło, że złoty będzie się wiecznie umacniał, i podpisało z bankami umowy opcji. Kiedy złoty poleciał na łeb na szyję, musiały spłacić bankom ogromne kwoty. Komisja Nadzoru Finansowego ustaliła w grudniu 2008 r., że w transakcje opcjami zaangażowanych było aż 99 spółek giełdowych. Straty z powodu rozliczonych opcji poniosło 35 firm na łączną kwotę ok. 155 mln zł. Wiele firm, nie tylko giełdowych, musiało ogłosić niewypłacalność.

Dziś spółki bogatsze o tamte doświadczenie powoli godzą się z opcjami. - Problemy tzw. toksycznych opcji wiele nauczyły wszystkich uczestników rynku finansowego - zarówno przedsiębiorców, jak i nadzorców rynku finansowego oraz same banki. Wprowadzono regulacje, tzw. MiFiD, które mają chronić przedsiębiorców przed nie dostosowywaniem poziomu złożoności i stopnia skomplikowania oferowanych rozwiązań do ich rzeczywistych potrzeb - mówi Paweł Szczęśniak, dyrektor kierujący sprzedażą produktów gospodarki pieniężnej w Kredyt Banku.

Jak to działa? Tak zwana opcja call skierowana jest do importerów. Daje ona nabywcy prawo do kupna waluty w przyszłości po określonym kursie. Na przykład że za dwa miesiące będę mógł kupić euro po kursie 4,42 zł, nawet jeśli cena rynkowa będzie już wynosić 4,5 zł. Jeśli euro osłabiłoby się poniżej owych 4,42 zł, opcja wygasa.

Z kolei opcja put daje nabywcy prawo do sprzedaży walut. Powinni się nią zainteresować eksporterzy, którzy boją się, że w najbliższym czasie złoty się umocni.

Opcja ma jeszcze jedną ważną analogię do ubezpieczenia - trzeba za nią płacić. Koszt jest różny i tak jak w ubezpieczeniu - wyliczany jest na podstawie ryzyka. W tym przypadku ocenia się możliwe wahania kursów danej pary walutowej. Dla przykładu koszt może wynosić 8-12 groszy za każde wymienianie euro. Oznacza to, że wymieniając 100 tys. euro, zapłacimy 8-12 tys. zł. To dużo, ale być może mniej niż wyniosłyby straty spowodowane dużymi wahnięciami kursów walut - szczególnie w tak niepewnych czasach.

Są też bardziej skomplikowane mechanizmy - kontrakt turbo forward, korytarz symetryczny. Są to najczęściej połączenia opcji put i call. Jednak nie można dać się ponieść mirażowi gwarancji zysków i bezpieczeństwu transakcji. Brak wiedzy i używanie dźwigni finansowej mogą zamienić transakcje zabezpieczające w spekulacje.

Eksperci dla "Gazety"

Łukasz Wosch, doradca klienta korporacyjnego w domu maklerskim TMS Brokers

Inwestorzy indywidualni wykorzystują rynek walutowy przede wszystkim do przeprowadzania transakcji spekulacyjnych. Tylko niewielka część ich transakcji ma charakter zabezpieczający. Wynika to przede wszystkim z minimalnego nominału transakcji, który na platformach elektronicznych wynosi najczęściej tysiąc jednostek waluty bazowej. W większości przypadków rata kredytu walutowego inwestorów indywidualnych nie przekracza kilkuset jednostek waluty, stąd niewiele osób decyduje się na korzystanie z transakcji zabezpieczających. Jednak ostatnie dynamiczne zmiany na rynkach walutowych powinny przekonać kredytobiorców, że zabezpieczenie kilku-, kilkunastu rat kredytu pozwala z dużym spokojem przetrwać silne zawirowania rynkowe. Niestety, większość inwestorów zaczyna rozważać zabezpieczenia dopiero wówczas, gdy koszt obsługi kredytu zaczyna przerastać ich możliwości.

Jeszcze kilka lat temu możliwość zabezpieczania się przed wahaniami kursowymi miały tylko duże przedsiębiorstwa dysponujące odpowiednim kapitałem, jednak w ostatnim czasie stała się ona powszechnie dostępna także dla klientów indywidualnych.

Na uniknięcie ryzyka kursowego pozwala także zabezpieczenie kredytu walutowego za pomocą dostępnych na rynku instrumentów finansowych, takich jak CFD (kontrakty na różnice kursowe), opcje czy kontrakty futures.

Jednym z rozwiązań jest aktywne zabezpieczenie kredytu walutowego polegające na otwieraniu pozycji tylko wtedy, gdy złoty się osłabia. Jeżeli przewidujemy w przeciągu najbliższych miesięcy osłabienie złotego, możemy zabezpieczyć tylko sumę spłat ratalnych w tym okresie za pomocą coraz bardziej dostępnych platform foreksowych, takich jak Alior Trader. Jeśli nasze oczekiwania odnośnie zmiany kursów walutowych się sprawdzą, koszt takiego zabezpieczenia będzie stosunkowo niski, a zysk, który osiągniemy, może pokryć straty związane ze wzrostem wysokości raty kredytu walutowego.

Inwestorzy prywatni ciągle używają rynku walutowego najchętniej do transakcji spekulacyjnych. Zachęca ich do tego dźwignia finansowa, która daje możliwość szybkich i dużych zysków. Dlatego nawet jeśli klienci indywidualni korzystają np. z kontraktów forward czy też opcji, robią to w celach spekulacyjnych. Generalnie indywidualni nie używają foreksu do zabezpieczania się przed ryzykiem kursowym. Po prostu nie mają takiej potrzeby. Ich realna działalność ogranicza się do wymiany pieniędzy w kantorach i obsługi kredytów walutowych.

Z drugiej strony widać, że firmy zwiększyły kompetencje, jeśli chodzi o zabezpieczanie się przed ryzykiem kursowym. Mimo to cały czas firmy najchętniej korzystają z prostych instrumentów takich jak kontrakty forward.

Zobacz także