Piotrowi Nowosielskiemu matka mówiła: Zobacz na swoich kumpli, pracują w korporacji, mają kredyty. A ty co? Mieszkasz kątem u kolegi za 300 złotych. Żyjesz za 1500 i jesz kotleta mielonego z sosem pieczeniowym, kaszą gryczaną i połówkę buraków za 10,50 z baru. Tak chcesz żyć?

Jest pan z wykształcenia makroekonomistą po SGH. To skąd panu się wzięły te start-upy? 

Piotr Nowosielski, Just Join IT - Zawsze chciałem robić rzeczy, które mają znaczenie. A czułem i widziałem, że dzięki start-upom można robić coś z niczego. Inspirowałem się historiami Facebooka, Airbnb czy Amazona. Nazywałem siebie takim pasjonatem start-upów, ale bez start-upu. A od 2010 do 2017 sam próbowałem robić wiele różnych biznesów.  

I? 

- I nic mi nie wychodziło. 

Robiłem projekty z inwestorami, z aniołami biznesu, zarejestrowałem się nawet jako bezrobotny, aby wziąć dotację na 40 tysięcy złotych z Centrum Rozwoju Pasłęka na robienie kuchni na wymiar. 

Przez siedem lat porażka za porażką. 

Czy to nie jest naturalne dla start-upów?

- Statystyka jest dość jednoznaczna. Większość projektów nie dożywa osiągnięcia progu rentowności.

EY Przedsiębiorca Roku
CZYTAJ WIĘCEJ

To ile razy te biznesy panu padły?

- Wiele. W sensie ja miałem z pięć, sześć, a może siedem różnych projektów?

Platforma tradingowa do inwestowania 

- Pierwszy większy projekt. Finansowy. Mój starszy kolega pracował w X-Trade Brokers. Miał tam klienta VIP,  z którym doszli do wniosku, że można oferować w Polsce o wiele lepsze warunki do handlu dla zagranicznych brokerów. To były czasy choćby bardzo wysokich spreadów walutowych. Ich zbicie dałoby nam klientów. A konkurencji poza XTB wówczas nie było. 

Ten nasz anioł biznesu stwierdził jednak, że zrobi dodatkowo coś a'la Uber. Czyli korporację taksówkową, gdzie w aplikacji widzisz, ile zapłacisz za przejazd przed jego rozpoczęciem. 

I my mu w tym pomagaliśmy. Na jedną nogę nasza platforma tradingowa, na drugą ta aplikacja. 

Wziął 150 taksówek w leasing, zatrudnił z 50 osób do pisania softu. Ale w 2011 lub 2012 roku zmieniły się przepisy o przewozie osób w Warszawie i trzeba było mieć licencję, aby to robić. 

Nagle z 13 tysięcy taksówek w mieście zrobiło się 7000. A miasto zamiast zatwierdzać 30, 40, 50 taksówek miesięcznie, zatwierdzało po dwie-trzy. 

Nasz inwestor stracił płynność, w efekcie czego odciął nam finansowanie, a my nie przekroczyliśmy jeszcze wtedy progu rentowności, także musieliśmy redukować zespół. Samego projektu również nie udało się uratować. 

Pracowałem nad tym projektem dalej, aż skończyły mi się wszystkie pieniądze i zadłużyłem się u wszystkich kumpli, i w końcu sobie odpuściłem. Wtedy wróciłem po raz pierwszy do Trójmiasta. 

Ale się pan nie poddał. 

- Lata 2011-2013 to był wysyp różnego rodzaju funduszy seed capital, które wspierają świeżo założone firmy w początkowej fazie działalności. Te fundusze miały kasę z Unii. A ja właśnie wymyśliłem fajny produkt...

Marketplace dla branży rolnej. Gdzie rolnicy mogliby handlować płodami rolnymi, maszynami czy nawozami. 

- Dokładnie tak. I jeden z funduszy venture capital chciał nam dać pieniądze, 800 tysięcy złotych za 49 proc. udziałów. Tyle że ten fundusz był pod Domem Maklerskim IDM S.A., którego owszem kapitalizacja w szczycie przekraczała 1,5 mld zł,  ale później się zwinął po różnych skandalach. 

Dom w 2014 zawnioskował o upadłość przy wartości rynkowej 10 mln zł. Wcześniej inwestorzy przyznali tytuł Giełdowego Pinokia prezesowi DM IDM SA. Bo stracili na tych akcjach ponad 90 proc. ich wartości.

- Umowa z funduszem leżała na stole, ale nie weszliśmy we współpracę. 

Dlaczego?

- Jakoś klimat nam nie odpowiadał. I dyskusje: „Chcesz to zrobić z nimi? Nie, zrobisz to z naszym softwarehousem". Potem „Chcesz to zrobić z jakąś kancelarią? Nie zrobisz to z naszą kancelarią".

Porzuciłem ten projekt, choć strasznie żałowałem, bo do tej pory nie ma w kraju niczego podobnego.  

Zarejestrowałem się jako bezrobotny, żeby wziąć dotację z Pasłęka na firmę robiącą kuchnie na wymiar.

Czyli te 40 tys. złotych

- Mama mnie chciała wykląć, jak się dowiedziała, że chłopak po SGH rejestruje się w pośredniaku. Przyznaję, ten pośredniak to nie był największy powód do dumy, w wieku 25 czy tam 26 lat. No ale czasami sytuacja tego wymaga.

I co mama panu mówiła, jak pan tak za każdym razem wracał do Trójmiasta na tarczy? 

- Zobacz na swoich kumpli, pracują w korporacji, mają kredyty. Mają rodziny. A ty co? Mieszkasz kątem u kolegi za 300 złotych. Żyjesz za 1500 i jesz kotleta mielonego z sosem pieczeniowym, kaszą gryczaną i połówkę buraków za 10,50 z baru. Tak chcesz żyć? 

I co było z tymi meblami na wymiar?

- W Elblągu mamy taki meblarski klaster technologiczny: Lupus, Wójcik. KAM. Każdy tam ma kogoś w rodzinie, kto pracuje w meblarstwie. Oczywiście nie mieliśmy kapitału. A jak się nie ma kapitału, to stwierdziliśmy, że będziemy innym organizować pracę. Sprzedawać kuchnie modułowe na wymiar, wysyłając projektantów do klienta i ściągając z Elbląga meble oraz ekipy monterskie. 

Problem w tym, że nie rozumieliśmy tego biznesu. Nie było wtedy precyzyjnych dalmierzy 3D, że stawiasz po prostu urządzenie i Ci wszystko mierzy co do milimetra. A ci projektanci, których braliśmy na prowizję od sprzedaży, okazywali się kiepscy.

Czyli źle mierzyli?

- Czasami tak. Do dziś pamiętam, jak mieliśmy do zrobienia super kuchnię u pani mecenas w Izabelinie. Tylko nasz projektant owszem wziął wymiary, ale przesadził o centymetr. Ona miała kuchnię od podłogi do sufitu, lakierowane białe fronty na wysoki połysk. Tego typu frontów nie da się po prostu przyciąć, trzeba było wszystkie wymienić. Co sprawiało, że czasami dokładaliśmy do tego interesu. 

Raz więc byliśmy do przodu, raz do tyłu. Stwierdziłem, że nie mam do tego serca. Za tymi kuchniami przeprowadziłem się drugi raz do Warszawy. Oddałem to mojemu wspólnikowi i wróciłem do Trójmiasta.

„Zamieszkałem w pokoju 2 na 3 metry w kawalerce mojego przyjaciela z podstawówki, gimnazjum, liceum Tomka. Przeprowadziłem się na dwa tygodnie. Zostałem na dwa lata".

- Dokładnie tak to wyglądało. W międzyczasie prowadziłem bloga, gdzie opisywałem start-upy z zagranicy, robiłem wywiady, codziennie prasówki inwestycji, z przejęć, fuzji, z powstałych nowych projektów, bo sczytywałem cały TechCrunch, Tech in Asia i wiele innych. I oczywiście męczyłem Tomka, żebyśmy razem coś zrobili.

Zmotywować go było trudno.

- Jak słyszał, że chce, żebyśmy razem coś zrobili, mówił: „stary, daj spokój, kolejny pomysł z kosmosu". Odpowiadałem, że wierzę w to, że ja mogę być dobrym frontmanem. Tomek pozostawał sceptyczny, jednak w końcu dał się przekonać, tylko mieliśmy skupić się na branży IT. 

Doszliśmy do wniosku, że z racji problemów z poszukiwaniem talentów zrobimy branżowy portal pracy, do którego dołożyliśmy jeszcze mapę, bo poprzedni start-up dla rolników właśnie planowałem w oparciu o nią. Tomek stworzył pierwszą wersję serwisu i cały szczęśliwy, że ma mnie z głowy, wrócił do swojej starej pracy. A ja musiałem udowodnić, że coś takiego ma w ogóle rację bytu. 

Sposobem, który sprawił, że skokowo wzrosła rozpoznawalność naszej marki, był cykl live streamów z polskimi programistami. Dobiłem się do naszych rodaków, którzy pracowali w Netfliksie, Amazonie, Google'u, Facebooku, Dropboksie. Na całym świecie, od Japonii, Australii, Abu Dhabi i Skandynawię, przez Nowy Jork i San Francisco.

Jak pan ich przekonał? 

- Mówiłem: stary, poświęć dwie godziny swojego czasu, aby pokazać, jak wyglądają realia pracy i życia w tym miejscu, w którym jesteś. Setki tysięcy ludzi z Polski nie mają tego doświadczenia, jakie masz Ty.

Prowadziłem te wywiady z poziomu tej kawalerki na Żabiance. Kamera była przymocowana do butelki wody mineralnej. Ale te livestreamy oglądało po kilkanaście tysięcy osób. To był 2017 rok.

To byli głównie programiści?

- Tylko i wyłącznie.   

Czyli podstawą był niekonwencjonalny marketing.

- Jak nie masz kasy i nie możesz wydać pieniędzy na reklamę, to musisz szukać sposobu na to, żeby za darmo dotrzeć do twojego odbiorcy. Szukasz więc bezpłatnych kanałów dystrybucji tej wartości, którą Ty możesz im dać, czyli w tym przypadku fajnych ofert pracy. Ja to zrobiłem przez social media. Zakładałem różnego rodzaju grupy na Facebooku, animowałem tę społeczność, robiłem livestreamy, wywiady, dzieliłem się wiedzą innych. I kolejna rzecz, starałem się dać najpierw efekty.

Czyli sprawić, żeby rzeczywiście ludzie aplikowali na ogłoszenia o pracę, a dopiero potem brać pieniądze od firm. Przez rok robiłem to za darmo. A po roku, jak powiedziałem: sprawdzam, to okazało się, że firmy rzeczywiście chcą nam płacić. Przez pierwsze miesiące od wprowadzenia monetyzacji mieliśmy 100 tys. zł przychodów. A pracowały nad tym trzy osoby. 

Co powiedział wtedy Tomek?

- Powiedział: miałeś rację. Rzucił robotę i dołączył do nas już na stałe. A ja cały czas szukałem rzeczy, które mogą nas wyróżnić. Takich, których nikt wcześniej nie robił przede mną. Inni wydają raport? To my wydajemy anty- raport. To znaczy podawaliśmy zarobki w branży, ale sprawdzaliśmy też, czy programista mieszka sam z matką, a może z konkubiną. Czy ma jakieś nałogi albo jakiej muzyki słucha do programowania. I to są inicjatywy, które roznoszą się same po sieci.

I z kim mieszka programista?

- Najczęściej sam. 

A jaki jest ten typowy programista?

- Nie jest wcale nerdem, jak sobie wiele osób ciągle wyobraża. Nie siedzi w piwnicy, nie jest małomówny i generalnie nie jest typem, który grałby tylko w gry. 

Kiedyś może tak było, teraz już nie. Sami to widzimy, bo zamiast nudnej konferencji branżowej robimy co roku Just Join Games. To event sportowy dla programistów, gdzie zamiast rzutu dyskiem jest rzut dyskiem twardym, pchnięcie monitorem, bieg na 1024 metry, składanie klawiatury na czas, sprint z laptopem, spacer dewelopera. Tego typu rzeczy. 

I zawsze mamy sold out. W ubiegłym roku zgłosiło się pół tysiąca programistów, którzy chcieli wziąć udział w zawodach. 

A kto jest mistrzem Polski w rzucie dyskiem twardym?

- Już nie pamiętam personalnie. Ale człowiek z Cloudware Polska rzucił ponad  31 metrów. Mamy zresztą klasyfikacje indywidualne tych igrzysk, a także drużynowe. 

O tym mówi cała Polska i to sprawia, że rzeczywiście nie musimy wydawać wielkich pieniędzy na marketing, aby każdy w tej branży z nas korzystał.

Staram się tworzyć portale pracy przyszłości. Na koniec dnia każda firma, która dziś jest na rynku, będzie firmą technologiczną. I to będzie główny rynek. A nasze portale pracy po prostu swoją skalą zjedzą obecne serwisy, które są skupione na tradycyjnych zawodach. 

Jesteście firmą regionalną.

- Nasz teren działania to Europa Środkowo-Wschodnia. 10% ruchu, czyli 50 tysięcy osób miesięcznie, to są ludzie z Ukrainy, Białorusi, którzy szukają pracy.

Chcą się przenosić do Polski?

- Czasami pracują zdalnie, czasami przez pośredniczące w takich procesach inkubatory. Nie jest wcale łatwo załatwić dla nich legalizację pobytu. Choć długoterminowo tak się to pewnie stanie. 

Są tańsi?

- Nie, rynek na usługi programistyczne jest globalny, stawki się wyrównują. A mówiąc szczerze, w Kijowie w IT zarabia się więcej niż w Warszawie, czemu sprzyjają ich regulacje podatkowe. 

Tyle że teraz standard życia ukraińskim programistom się drastycznie zmienił. Jak nie możesz zwyczajnie iść na spacer i poprowadzić wózek z dzieckiem po chodniku, to na koniec dnia zaczynasz się zastanawiać nad wyprowadzką. 

W Polsce mało jest rodzimych projektów technologicznych, które odniosły sukces światowy. Mamy Booksy, mamy CD Projekt, Techland i…

- … tyle. 

Dlaczego tak jest? 

- Bo jesteśmy montownią Europy. Ciągle nie mamy zbyt dużo ludzi, którzy są, jak to się mówi w branży, second time founders, czyli takich, którzy już coś zbudowali, sprzedali za duże pieniądze i teraz pracują nad kolejnymi projektami albo dzielą się swoją wiedzą. 

Prosty przykład, w zasadzie cały sektor gamingowy we Wrocławiu wyrósł na Naszej Klasie, która wprowadziła do serwisu gry i pokazała, że można na tym zarobić pieniądze.

Podejrzewam, że w perspektywie 5 lat będziemy mieć znacznie więcej takich historii, sukcesów jak Booksy. Do tego po prostu potrzeba czasu. 

 Po każdej porażce wracał pan do Trójmiasta. A gdzie pan mieszka teraz? 

- W Warszawie. Kocham Trójmiasto, ale ciągnie mnie do energii, która jest w stolicy. Siedząc w Sopocie, patrząc przez okno na spadające liście, człowiek popada w taką melancholię, że nie jest w stanie pracować.

Piotr Nowosielski, skrót CEO w jego firmie pracownicy określają jako Chief Executive Optimist. Przydomek wziął się od tego, że Nowosielski chciał zrobić imprezę na gdańskim stadionie Arena, który mieści ponad 41 tysięcy widzów. W jego firmie w tamtym czasie pracowało raptem kilkanaście osób. 

Tworzy portale pracy www.justjoin.it (dla branży IT), www.rocketjobs.pl (marketing, sprzedaż, finanse, inżynieria oraz www.hellohr.pl.).

Korzysta z nich 12 tysięcy pracodawców z całego świata, każdego miesiąca serwisy odwiedza ponad milion osób. Aktywnie promuje również jawność widełek wynagrodzeń, ma je ponad 70 proc. zamieszczanych ogłoszeń. 

Prowadzi fundację Aula Polska, która od 15-lat edukuje, jak tworzyć startupy, licząc, że coraz więcej jednorożców będzie wywodzić się z Polski.

Komentarze
Cwaniaczek z miodem w uchu... tacy ludkowie najbardziej lubią palić cudzą kasę...zwykle nie ryzykują własnym majątkiem.
już oceniałe(a)ś
26
15
Dziwne ...
Wszedłem na waszą stronę, sprawdziłem pierwszych kilka ofert pracy i odnalazłem je na kilku innych stronach z ofertami pracy typu pracuj, linked, łoeliks...
Oczywiście pracodawcy umieszczają ogłoszenia gdzie się da... nie jest to złe, to konkurencja.
już oceniałe(a)ś
11
1
Uwielbiam to „ogrzewanie się” pana Piotra N. w temacie widełek wynagrodzeń :)

Pan N. się cieszy, że niby 70% ogłoszeń ma z widełkami (no nie wiem, na Rocket Jobs tak na oko widzę mniej niż połowę), ale to i tak zabawne, kiedy ktoś mówi, że niby coś robi w kwestii jawności wynagrodzeń, a po paru latach dochodzi do 70%. Potem wchodzisz na stronę ich lokalnej i globalnej konkurencji - No Fluff Jobs i wyobrażasz sobie, że coś tu jest nie halo, skoro NFJ ma 100% ogłoszeń z widełkami od... dekady. Czyli można zmieniać świat, ale tak na serio :)

@Panie redaktorze, warto zadawać pytania, dlaczego nie wszystkie ogłoszenia mają widełki?

P.S.
też jestem z Elbląga, ale chyba są dwa Elblągi, bo u mnie nikt w meblach nie pracuje, a rodzinę mam całkiem sporą. W Elblągu to się w Zamechu pracowało, nigdzie indziej :P
już oceniałe(a)ś
9
1
A mógł po pisowskiej znajomości zgarnąć 55 baniek z konkursu. Jednak łeb słaby.
@mordagorszegosortu
Przydałby się artykuł o tamtym kolesiu. Tyle, że to pewnie słup.
już oceniałe(a)ś
0
0
ale dyrdymały. 11 lat temu jakis półswiatek finansowy potem jakies bzdury o mierzeniu kuchni. nie da sie tego czytać. Serwis znam ale nie mnie oceniać. nigdy tam nic ciekawego nie znalazlem. zycze powodzenia.
już oceniałe(a)ś
1
0
Słowo start up kojarzy się mocno z szukaniem frajerów (inwestorów) co lubią wyrzucić pieniądze w błoto. Nic dziwnego, gó... firemki które wymyślają rozwiązania na problemy których nie ma, albo po prostu nie mają nic do zaoferowania. Przeczytajcie sobie historie Juicero
@p_tom_k
Druga strona medalu to wkładanie dużej ilości własnego czasu przez takie osoby.
To już tak działa, że musi powstać wiele projektów które nie wypalą, żeby narodził się jeden z dużym sukcesem. Jak to mówią, pomysł to dopiero 5%. I jakże często chodzi o to, żeby rozwiązywać problemy, których nie ma :). Żeby cała ludzkość zaczęła scrollować palcem przez godzinę dziennie to trzeba się było trochę postarać, trochę mieć szczęścia, a przede wszystkim mieć dużo wsparcia tych frajerów (inwestorów).

To co piszesz potwierdza niską kulturę innowacji w naszym kraju. Amerykanin by napisał "trzy razy mu nie wyszło - zaufajmy mu, bo to doświadczony człowiek".
już oceniałe(a)ś
2
0
zarejestrował się jako bezrobotny, żeby zgarnąć kasę, którą potem zmarnował. typowy cwaniaczek, który próbuje odnieść sukces za cudze.
@p_tom_k
A teraz robi sobie reklamę za kasę prenumeratorów.
już oceniałe(a)ś
3
0
idealna definicja start-upu - zrobić coś z niczego :) zarobić dużo na niczym :) i na dodatek zaryzykować nie swoimi pieniędzmi
już oceniałe(a)ś
1
1