Toczy się właśnie rozgrywka, czy Polska będzie skansenem z tanimi produktami i tanią siłą roboczą, czy awansujemy do wyższej ligi.

Jeśli chodzi o szansę na stanie się Doliną Krzemową, to zaprzepaściliśmy ją na początku lat 70. ubiegłego wieku. To właśnie wtedy inżynier Jacek Karpiński zaprojektował mikrokomputer K-202, który przebijał rozwiązania zachodnie.  

Ale po kolei.   

Jak Polska mogła zostać potęgą w komputerach? 

Karpiński, w batalionie "Zośka", (służył w nim m.in. poeta Krzysztof Kamil Baczyński) dowodził sekcją pierwszą.  W powstaniu warszawskim dostał kulę koło kręgosłupa, w efekcie czego po wojnie na nowo uczył się chodzić. Studiował na Politechnice Łódzkiej, potem Warszawskiej. 

A do pracy poszedł do Polskiej Akademii Nauk. 

Miał dryg do techniki, dryg którego inni nie posiadali. W PAN opracował maszynę, która poprawiła o 10 proc. sprawdzalność prognoz pogody. O ironio - robotnicy upuścili ją podczas przeprowadzki po schodach. Roztrzaskała się na kawałki. 

Karpiński był jednym z kilku laureatów konkursu UNESCO dla młodych talentów techniki. W nagrodę studiował między innymi na Harvardzie i w Massachusetts Institute of Technology. Mógł zostać, wrócił.  

EY Przedsiębiorca Roku
CZYTAJ WIĘCEJ

Jak wrócił, to wyrzucono go z Polskiej Akademii Nauk,  bo potrafił za dużo i za dużo mu się chciało.  

Poszedł więc pracować do Instytutu Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie ręcznie opracowywano zdjęcia neutronów przysyłane ze szwajcarskiego CERN-u. 

Karpiński miał skonstruować skaner do ich odczytywana, później kiedy już to zrobił, po trzech latach prac, dołożył do niego komputer KAR-65 – tani, pracujący z prędkością 100 tysięcy operacji na sekundę, czyli dużo szybciej niż wielkie jak szafy gdańskie komputery Odra.  

Jak socjalistyczna ojczyzna dostrzegła talent?  

Karpiński w ogólnopolskim konkursie na Mistrza Techniki, za KAR-65 zajął 17. miejsce. Tuż przed nim był ogrodnik, który wyhodował łososiową różę. KAR -65 miał więcej szczęścia niż maszyna od pogody, pracował ponad 20 lat.  

Tu dochodzimy do szansy na polską Dolinę Krzemową  

Inżynier Karpiński miał bowiem w głowie nowy pomysł, tym razem na mikrokomputer.  W erze Odry (powtórzmy: komputerów wielkich jak szafa), on chciał skonstruować urządzenie wielkości niewielkiej walizki.  

Instytut Fizyki Doświadczalnej, nie miał pieniędzy na budowę. Zebrała się więc specjalna komisja Zjednoczenia Mera, której podlegały zakłady matematyczne.

I w 1969 roku komisja orzekła, że "gdyby zbudowanie takiej maszyny było możliwe, to Amerykanie na pewno by ją już skonstruowali". A skoro nie skonstruowali....to znaczy, że jest to niemożliwe.  

Karpiński znalazł inwestorów w Wielkiej Brytanii. Mimo propozycji nie chciał tam zostać, skorzystał jednak z finansowania firm Data-Loop i MB Metals. Brytyjczycy mieli dostarczać części, polskie władze zapewniły lokal i wynagrodzenia dla pracowników. I tak zespół Karpińskiego opracował mikrokomputer K-202. 

Konstrukcja - teoretycznie pracowała z prędkością miliona operacji na sekundę (umożliwiała wielozadaniowość i wieloprocesorowość), co najważniejsze, wyprzedzała ówczesną amerykańską i brytyjską konkurencję o jakieś dwa lata.  

Mógł być więc sukces na skalę światową, tym bardziej że sprzedaż komputera miał się odbywać za pośrednictwem Brytyjczyków. Maszynę pokazano w 1971 roku na targach w Poznaniu, gdzie swoje zainteresowanie produktem wykazał sam Edward Gierek.  

Ale znowu - władze socjalistyczne szybko straciły zapał. Problem był polityczny i nazywał się RWPG - RIAD, czyli Jednolity System Elektronicznych Maszyn Cyfrowych. Mocno upraszczając, w każdym kraju bloku socjalistycznego produkowano jakiś element systemu, na przykład Bułgarzy pamięci dyskowe, a Polacy procesory R-32.  

K-202 kompletnie tu nie pasował, mikrokomputer zakłóciłby polityczne układanki. Partyjni urzędnicy zdecydowali się projekt zabić, zanim miał w ogóle szansę na produkcją seryjną.  

Karpińskiego w 1973 roku wyrzucono z pracy, swoją drogą wyprowadzono go stamtąd pod karabinem, robiąc jeszcze rewizję osobistą, czy przypadkiem nie ukrywa jakichś dokumentów. Wydzierżawił poniemiecką chałupę, miał krowę, świniaki, kury i sprzedawał jajka.  

Kiedy przyjechała do niego Polska Kronika Filmowa na pytanie "Panie, ale dlaczego pan ze świniami ma do czynienia?", odpowiedział, że: „dlatego, że ja wolę mieć do czynienia z prawdziwymi świniami".  Szansa na przełom komputerowy nieodwołanie przepadła.  

System gospodarczy się zmienił, ale paradoksalnie wiele problemów pozostało dokładnie takich samych, jak w czasach Karpińskiego.  

Coś drgnęło w patentach 

Piszę do Moniki Chrobak rzeczniczki prasowej Urzędu Patentowego RP (przyznaję moje pytania są prowokacyjne).  

Otóż w kwietniu urząd wydał komunikat, chwaląc się, że „w 2023 r. liczba europejskich zgłoszeń patentowych z Polski do Europejskiego Urzędu Patentowego (EPO) wyniosła 671, co oznacza wzrost o 10,5 proc. w stosunku do 2022 r. To plasuje nas wśród krajów notujących największą dynamikę wzrostu zgłoszeń." 

 Azaliż jakież to potęgi nas wyprzedziły? 

„Jeśli chodzi o tempo wzrostu, Polska jest na siódmym miejscu wśród członków Europejskiej Organizacji Patentowej, w tym roku wyprzedza nas m.in.: Litwa (+63,3 proc. i 129 zgłoszeń), Chorwacja (+59,4 proc. i 51 zgłoszeń), Słowenia (+24,4 proc. i 153 zgłoszenia). Nigdzie nie ma więcej niż 200 patentów.

- Baza jest tak niska, że nie problem tutaj uzyskać spektakularny wzrost. To jest się z czego cieszyć, czy raczej powinniśmy się martwić? – pytam Chrobak.  

- Jeśli chodzi o zgłoszenia patentowe do EPO, to każda tendencja wzrostowa jest dla nas pozytywną informacją. W ostatnim dziesięcioleciu jeszcze nigdy taki wynik - 671 zgłoszeń, się nie zdarzył. Dla porównania w 2020 było to 498 zgłoszeń, a w 2021 - 522. Cieszy nas ta tendencja wzrostowa, która utrzymuje się już od dobrych kilku lat. Na tle krajów UE w ostatnim rankingu Indeksu Patentowego plasujemy się na 12 pozycji – wylicza rzecznika.  

I dodaje: 

- Wysokie tempo wzrostu odnotowywaliśmy także w patentach udzielonych podmiotom z Polski . W 2023 r. było ich 258, a wzrost w stosunku do 2022 r. wyniósł 37 proc. 

Tu dla pełnej informacji w 2022 r. udzielono 188 patentów europejskich, a w 2021 - 240.  

Przekładając to wszystko na język faktów, można powiedzieć, że od ładnych kilku lat w tych statystykach wypadamy dość żenująco, przy czym ostatnio jesteśmy w nieco lepszym okresie.  

Coś drgnęło. Choć wczytując się dokładnie w komunikat Urzędu Patentowego, powinniśmy być bardzo daleko od samozadowolenia.  

W liczbach europejskich zgłoszeń patentowych na milion mieszkańców Polska zajmuje 30. miejsce w świecie z liczbą 18 patentów na 1 mln. Globalnymi liderami są: Szwajcaria (1085 zgłoszeń na 1 mln mieszkańców), Szwecja (495) oraz Dania (445). 

Europejski system patentowy jest otwarty dla wszystkich krajów świata.  W tym rankingu zgłoszeń pierwsze miejsca zajmują: Stany Zjednoczone (48 155 zgłoszeń), Niemcy (24 966 zgłoszeń), Japonia (21 520 zgłoszeń), Chiny (20 735 zgłoszeń) oraz Korea Płd. (12 575 zgłoszeń). Polska jest na pozycji…25.  

Jakie firmy robią najwięcej zgłoszeń? Numer jeden to Huawei - ponad 5 tysięcy. Tuż za nim Samsung, LG, Qualcomm i na pozycji numer pięć Ericsson.  

Tyle wniosków co cała Polska złożyła jedna firma Fujifilm – i dało jej to miejsce 28. 

Kto robi zgłoszenia patentowe? 

Cytat z raportu: „W pierwszej dziesiątce są tylko trzy firmy: Fakro PP (4. miejsce i 12 zgłoszeń), Polbionica (8. miejsce i 8 zgłoszeń) oraz Adamed Pharma (10. miejsce i 6 zgłoszeń). Liderują Uniwersytet Zielonogórski (31 zgłoszeń), Akademia Górniczo-Hutnicza (30) i Uniwersytet Jagielloński (14)". 

To jednak jeden rok.  

Najbardziej aktywne polskie firmy zgłaszające patenty w ciągu ostatniej dekady? 

Numerem jeden jest Valeo Autosystemy -  to spółka francuskiej firmy produkująca części samochodowe  - ma fabryki w Polsce - 183 zgłoszenia.  

Numerem trzy jest International Tobacco Machinery Poland - dostarcza urządzenia dla przemysłu tytoniowego - jest częścią grupy Tembo, której siedziba znajduje się w Kampen (Niderlandy) - 82 zgłoszenia.  

Na miejscu dziesiątym jest polski producent okien Fakro (35 zgłoszeń).  

Oprócz tego na liście jest trochę farmacji: Adamed i Adamed Pharma, Zakłady Farmaceutyczne Polpharma czy producent kauczuków syntetycznych  Synthos.  

W sumie... mało. 

Europejski Urząd Patentowy bada również poziom innowacyjności regionów. Po europejskie patenty najchętniej występuje: Kalifornia (16 021 zgłoszeń), Tokio (11 833) i chiński Guangdong (10 515).  

W pierwszej setce z polskich regionów na 83. miejscu jest Warszawa (161 zgłoszeń), zaś Małopolska na 95. miejscu (119).  

- Oczywiście jest jeszcze wiele do zrobienia w temacie nadrabiania patentowego dystansu do Europy i reszty świata i liczba 671 zgłoszeń mogłaby być większa, biorąc pod uwagę potencjał ludnościowy i gospodarczy Polski – asekuruje się rzeczniczka.  

Bądź jak kto woli bardziej prozą, to jeśli chodzi o nowoczesną gospodarkę, jesteśmy na razie technologicznym graczem trzeciej ligi. 

Ale, ale cała Europa radzi sobie w tej dziedzinie niestety słabo. Pada pytanie: 

Czy Unia nadal będzie mocarstwem, czy już tylko muzeum?  

- W Polsce jest tylko jeden obraz - mówił Cuma, bohater filmu "Vinci" Julisza Machulskiego. Miał na myśli "Damę z łasiczką" Leonarda da Vinci.  

Według tego podejścia Europa nie dorobiła się SpaceX (firma po wycofaniu z użytku wahadłowców, właściwie odbudowała amerykański program kosmiczny), Apple, Amazona czy Mety (Facebook), ale ma dwa diamenty, wybitnej klasy. Choć trzeba przyznać, że mało kto o nich słyszał.  

To holenderski potentat w zakresie półprzewodników ASML (robi niezwykle precyzyjne maszyny do produkcji zaawansowanych chipów i nikt poza nimi tego jeszcze nie potrafi). Numer dwa to z kolei belgijski Imec - czyli The Interuniversity Microelectronics Centre, (Międzyuczelniane Centrum Mikroelektroniki) zajmujące się badaniami nad półprzewodnikami.

Tak Imec - łączą szczególne relacje z ASML. Odkąd chipy stały się polityczną bronią – te klejnoty nabrały dodatkowej wagi. 

Co jeszcze?  

Europa nieźle się ma w farmacji: Novo Nordisk, Roche, Novartis, AstraZeneca i Sanofi, w oprogramowaniu mocno trzyma się niemiecki SAP, jest jeszcze L’Oreal i Nestle oraz potężny koncern LVMH (Louis Vuitton Moët Hennessy). Choć tego ostatniego ciężko określić jako szczególnie innowacyjnego.  

I tak po prawdzie: niewiele więcej. Potężny do niedawna europejski przemysł samochodowy teraz boi, się co się stanie, kiedy chiński producent samochodów elektrycznych BYD w końcu wybuduje fabrykę w Europie. Czyli mamy sytuację, gdzie Europa (z zadyszką) goni USA i Chiny, a Polska goni Europę. 

Mamy wynalazców, że ho, ho! 

Jeśli chodzi o wynalazców, to na polskiej ziemi urodziło się ich sporo.  

W końcu to Idek Trzmiel, aka Jack Tramiel (Żyd z Łodzi), był założycielem firmy, która stworzyła słynny komputer Commodore 64.  Zanim wyemigrował po II wojnie światowej z Polski, trafił do getta, później do obozu koncentracyjnego w Auschwitz.  

Poszedł do amerykańskiej armii, gdzie naprawiał sprzęt biurowy, a jak odszedł ze służby założył Commodore Portable Typewriter. Firma naprawiała maszyny do pisania. I tak się zaczęło, ba przez moment Trzmiel chciał nawet kupić… Apple (nie wyszło, za dużo chcieli).  

Trzmiel/ Tramiel odszedł z firmy, kiedy ta w 1983 sprzedała komputery warte miliard dolarów. Pokłócił się z mającym kontrolę nad spółką wspólnikiem.  Ale od branży nie uciekł. Rok później jego firma Tramel Technology kupiła od Warner Communications dział konsumencki Atari Inc.  

Firma zmieniła nazwę na Atari Corporation i wypuściła na rynek Atari ST, które stało się wielkim przebojem w Europie (na tamte czasy, była to świetna maszyna do gier, co pewnie sporo z czytelników pamięta). Dodatkowo komputer był szeroko wykorzystywany przez muzyków. 

Z Polski pochodził Werner Ryszard Kirchner, urodzony w Opolu, specjalista od paliwa rakietowego, uczestniczył w programie „Apollo", opracowując paliwo do księżycowego lądownika Eagle.  

Zanim dotarł do USA, studiował na MIT, gdzie poznał Wernhera von Brauna (von Braun sciągnął go później do NASA), dostał trzy razy Krzyż Walecznych i odbył 190 lotów bojowych w ramach stacjonującego w Anglii 317. Wileńskiego Dywizjonu Myśliwskiego. 

Ba w Polsce, w Grodnie urodził się Paul Baran, (na początku Pesah, syn kupca Mosze i Anny). Baran uznawany jest dzisiaj za ojca internetu.  

Jego rodzina wyemigrowała do USA, tam studiował. W 1962 roku w firmie RAND Corporation, działającej na potrzeby armii zaczął pracować nad  stworzeniem rozproszonej sieci informatycznej, która mogłaby przetrwać "day after", czyli przewidywany atak jądrowy. Na podstawie jego pracy powstał protoplasta internetu, czyli ARPANET.  

Swoją drogą sam Baran doskonale rozumiał do czego może być wykorzystana jego praca, przewidując powstanie zakupów on-line.  

To z Polski pochodził Zdzisław Julian Starostecki - jeden z twórców rakietowego systemu obrony rakietowej Patriot (konkretnie głowicy rakiety), Stefan Popławski (patent na blender kuchenny), czy Hilary Koprowski, wynalazca szczepionki na polio.  

Mało?  

Delikatny problem w tym, że wynalazki te powstały poza granicami kraju, a ich autorzy często kształcili się już za granicą.  

Czy Polacy są tak superzdolni?  

- Często słyszymy o różnych przełomowych wynalazkach dokonywanych przez Polaków. W mediach, również społecznościowych, pojawia się czasem pokusa by przedstawiać te dokonania jako dowód jakiejś nadzwyczajnej pomysłowości naszych rodaków – pisze mi dr. hab. Sławomir Łotysz historyk techniki, autor książki "Polscy wynalazcy". 

Zdaniem naukowca, nic w tym dziwnego, że wśród genialnych wynalazców zdarzają się również Polacy. Można się natomiast dziwić, a raczej martwić, że tak często nie udaje się wdrożyć ich pomysłów w Polsce. Dlaczego? 

- Najtrafniejszych odpowiedzi na pytanie dlaczego tak się dzieje mogliby udzielić zapewne sami wynalazcy. Pewnych podpowiedzi można doszukiwać się w analogiach historycznych. Badając dzieje polskich wynalazców w Stanach Zjednoczonych niejednokrotnie trafiałem na wyrażane przez nich opinie, że taki sukces, jaki czasem osiągali w Ameryce, nie byłby możliwy w „starym kraju". Wówczas chodziło przede wszystkim o otwartość przemysłu na innowacje oraz chłonność rynku zbytu wymuszającą konkurencję, a także o swobodę prowadzenia działalności gospodarczej – wylicza naukowiec.  

Czy o to chodzi również obecnie? -Jeśli tak, to znaczy, że w kwestii poprawy klimatu dla innowacyjnej przedsiębiorczości nadal jest jeszcze w Polsce wiele do zrobienia – twierdzi Łotysz. 

Jak mieliśmy podbić świat niebieskim laserem i grafenem 

Wynalazek to jedno, można mieć doskonały pomysł, można wyprzedzić z nim cały świat, a i tak nic z tego nie będzie.  

Taki los spotkał niebieski laser, o którym Wyborcza pisała:  „jesteśmy w elitarnym gronie czterech krajów, które dysponują pełną technologią budowy niebieskiego lasera, takiego, jaki wykorzystują odtwarzacze Blu-ray."  „Krótszą falę światła można skupić na mniejszym polu i zapisać kilkanaście razy więcej informacji na płycie o tym samym rozmiarze co DVD". 

Polski niebieski laser powstał dzięki opracowanej przez zespół prof. Sylwestra Porowskiego (i opatentowanej) produkcji kryształów azotku galu. Program działał w latach 2001 – 2006.  

Rok 2006, depesza PAP: „Zdaniem rządu niebieska optoelektronika może stać się polską technologią eksportową, potrzebne na to są jednak o wiele większe pieniądze, niż zainwestowane do tej pory. Można by je zdobyć np. korzystając z partnerstwa publiczno-prywatnego". 

W rzeczywistości, kiedy program trwał (nawiasem mówiąc dość kulawo – nigdy nie osiągnął gotowości do produkcji seryjnej), konkurencja (Sony, NEC Electronics, Sanyo Electric i Sharp), już zaczęła wypuszczać gotowe urządzenia. Innymi słowy, kiedy w Polsce wszyscy ekscytowali się wynalazkiem, Japończycy wdrożyli go do produkcji.  

Podobnie było z tzw. polskim grafenem, czyli materiałem, który może zrewolucjonizować światową elektronikę, a niektórzy widzą w nim następcę krzemu.  

Najwyższa Izba Kontroli, rok 2019, raport nosi znamienny tytuł: "Historia upadku grafenu".  

"W 2011 r. Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych opracował technologię pozyskiwania dużych fragmentów tej substancji. Powołano specjalną spółkę z o.o. Nano Carbon, która miała zająć się promocją i przygotowaniem produkcji na skalę przemysłową".  Udziałowcami zostali Polska Grupa Zbrojeniowa i KGHM Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych.  

„Liczne nieprawidłowości w jej działalności, w ocenie Najwyższej Izby Kontroli, są nieusuwalne i prowadzą do upadku spółki". 

- Technologia i pozyskiwanie grafenu w warunkach laboratoryjnych to jedno, a produkcja na skalę przemysłową to drugie. Potrzebne są ogromne pieniądze na przygotowanie takiej produkcji i wypromowanie wyrobu – pisze Izba.  

Jak widać na tych przykładach, w Polsce ciągle biznes nie jest w stanie wykorzystać potencjału naukowców.  Naukowcy nie są w stanie prowadzić badań, będących w zakresie zainteresowań biznesu. A niemrawa administracja przepala publiczne pieniądze, zapowiadając cuda, które kończą się klapą.  

Nie patentujemy, bo nasze firmy są za małe 

Co sprawia, że polskie firmy robią tak mało zgłoszeń patentowych? Co jest potrzebne, aby to zmienić? 

- Wyzwaniem jest, aby polskie podmioty rozszerzały terytorialnie ochronę swoich rozwiązań o inne kraje i tym samym zwiększały konkurencyjność poza granicami Polski. Często przeszkodą są koszty, język, brak wiedzy o międzynarodowych systemach ochrony oraz brak zrozumienia dlaczego warto chronić przedmioty własności przemysłowej – twierdzi Chrobak. - Druga kwestia to wzrost zgłoszeń dokonywanych przez podmioty z sektora gospodarki.  Dziś wiemy, że w strukturze zgłoszeń z Polski dominuje sektor nauki, więc wyzwaniem jest zachęcenie i wzmocnienie sektora prywatnego. 

O to dlaczego tak ciężko idzie polskim firmom z innowacjami zapytałem całkiem niedawno Ryszarda Florka, szefa Fakro, drugiego największego na świecie producenta okien dachowych 

Tego Fakro, które patentów w dziedzinie okien połaciowych ma mnóstwo. Odpowiedź była długa, raczej smutna i wyjaśniała wiele, dlatego zacytuję ją w całości. 

"Podam przykład. Wprowadzam na rynek innowacyjną roletę. Jest sterowana słońcem. Jak słońce wychodzi zza chmury, to zasłania okno. Słońce się chowa, roleta się podnosi. Jest tam ogniwo fotowoltaiczne do pomiaru nasłonecznienia. Nasze polskie patenty. Aby opracować coś takiego, moja firma wydała 610 tys. euro. Tyle kosztowały prototypy, badania patentowe, konstruktorzy etc. Nasz zagraniczny konkurent, firma globalna na podobny produkt wyda 1,2 mln euro. Ma biura konstrukcyjne u siebie w kraju, więcej zapłaci ludziom. My sprzedamy 10 tys. rolet. Mamy niski udział w rynku. Konkurencja sprzeda ich 700 tys. W cenie naszej rolety koszt innowacji wyniesie 22 zł. U naszego konkurenta 0,57 zł. Załóżmy, że sprzedajemy rolety w tej samej cenie. Innowacja to u nas 10 proc. ceny. U nich 0,25 proc. 

My towar musimy przewieźć do Hanoweru. To jest 4 proc. w cenie produktu. Potem z Hanoweru do Monachium – koszt rośnie do 7 proc. ceny produktu. U konkurencji towar jedzie prosto do Monachium. Dlaczego? Bo klient w Monachium tak dużo zamawia, że można do niego wysłać tira co tydzień. 

Jak my byśmy przywieźli tira do klienta, to by to klient pół roku sprzedawał. Skala. 

Dalej. Koszty sprzedaży. Wielka Brytania. Mamy tam około 10 proc. rynku. To jest bardzo dużo. Nasza sprzedaż to powiedzmy 6 mln, konkurencja ma 70 mln. My mamy 10 przedstawicieli, oni 40. Nasi przedstawiciele jeżdżą więc więcej po kraju, ich mniej. Płacimy im tyle samo. 

Jak się weźmie to wszystko pod uwagę plus obrót na przedstawiciela handlowego to nasz przedstawiciel kosztuje 8 proc. w cenie produktu, a u konkurencji 2 proc. 

Czyli jego produkt będzie zwyczajnie tańszy. Wniosek? Polskie firmy nie mają środków na innowacje i na zdobywanie rynków. Dlatego często muszą sprzedawać proste produkty, gdzie można konkurować tańszą siłą roboczą - kończy Florek.

Kto pomoże firmom?  

- Nasz firmy są słabe kapitałowo. Nawet te duże, jeśli porównamy je z firmami "od zawsze" działającymi w gospodarce rynkowej. Przez to ich zdolność do podjęcia dodatkowego ryzyka, a prace badawczo-rozwojowe zawsze w mniejszym lub większym stopniu wiążą się z takim ryzykiem, jest relatywnie mała – mówi mi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek z Uniwersytetu Warszawskiego.  

Trzeba mieć naprawdę zasobny portfel, żeby pozwolić sobie na to, aby metodą prób i błędów dochodzić do stworzenia nowego produktu czy istotnie zwiększającego użyteczność już istniejącego produktu. 

To pokazuje, że w tradycyjnych branżach bez odpowiednio wielkiego kapitału i korzyści skali jest bardzo trudno konkurować z globalnymi graczami. 

Ale, ale są też dziedziny jak np. informatyka, gdzie korzyści skali w logistyce nie odgrywają wielkiej roli i gdzie można również łatwiej zdobyć i obsłużyć klienta przez internet.  

Stąd też sukcesy polskich producentów gier. Przyzwoicie też idzie Polsce w farmacji.  

Co Państwo może tu zrobić?  

- Mamy podatek estoński, czyli firma, która skupia się na reinwestowaniu zysków, nie płaci podatku dochodowego. Mamy IP Box, który zachęca firmy do prowadzenia prac badawczo-rozwojowych, wdrażania ich wyników i sprzedaży wytworzonych w ten sposób produktów na eksport. Mamy rozwiązania podatkowe wspierające tworzenie przez firmy centrów badawczo-rozwojowych – wylicza Starczewska-Krzysztoszek.  

- Może warto im się jeszcze przyjrzeć i zmodyfikować tak, aby wzmocnić zainteresowanie nimi firm, które w swoim DNA mają poszukiwanie nowych rozwiązań, nowych produktów, albo starają się udoskonalać istniejące? Część przedsiębiorców ciągle się tych rozwiązań obawia, wychodząc z założenia, że przyjdzie ktoś z Urzędu Skarbowego i im zakwestionuje jakieś wydatki – mówi mi ekonomistka.  

Naukowcy i firmy ciągle się nie rozumieją  

A może gdyby nasi przedsiębiorcy, bardziej niż do tej pory, szukali nisz i dziedzin, gdzie efekt skali nie jest tak istotny, chętniej sięgali po preferencje podatkowe, to coś mogłoby się tutaj narodzić? 

Myśl ta jest pociągająca, choć trochę ciągnie naiwnością. W krajach, gdzie gospodarka jest innowacyjna, nie naciska się na jeden klawisz oczekując rezultatów, tylko gra na fortepianie, gdzie klawiszami są firmy, rząd, uczelnie, etc.  

Tymczasem moi rozmówcy powtarzają jak mantrę: wyniki badań prowadzonych na uczelniach w większości przypadków nie nadają się do komercjalizacji. 

Skąd ten rozjazd? 

- Mamy dwa rodzaje prac prowadzonych na uczelniach. Pierwsze to prace podstawowe, szukanie nowych rozwiązań, naukowcy nie myślą o tym, że ich badania mają się tu i teraz przełożyć na jakieś projekty biznesowe. To badania dla pozyskania czy poszerzenia wiedzy. I to jest główne zadanie pracowników uczelni – tłumaczy mi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.  

- Natomiast oczywiście od jakiegoś czasu na uczelniach, chyba już na większości, jeśli nie na wszystkich, są prowadzone różnego rodzaju prace, zlecane przez biznes. Albo też pracownicy naukowi prowadzą badania z myślą o ich potencjale biznesowym. Szukają więc możliwości współpracy z firmami lub tworzą spin-offy, które mają pomóc w komercjalizacji wyników badań.  

Tyle, że skala tego zjawiska jest ciągle nieduża, a obie strony – naukowo-badawcza i biznesowa - nie do końca się rozumieją – wyjaśnia Starczewska-Krzysztoszek.  

Gdzie są problemy?  

Naukowiec jest perfekcjonistą w swoim myśleniu o rozwiązaniu, o produkcie, który jest efektem jego prac badawczych, a który ma potencjał komercjalizacyjny. Chce, żeby był on doskonały. I powtarza cały czas: nie, nie, to jeszcze nie jest gotowe, jeszcze nad tym muszę popracować.  

- W biznesie nic nie musi być doskonałe. Ma być wystarczająco dobre, żeby rynek to zaakceptował. Biznes woli niedoskonałe rozwiązanie, które wprowadzi od razu, żeby zaproponować rynkowi innowacyjne rozwiązanie, jako pierwszy. A ewentualnie później można ten produkt udoskonalać – mówi Starczewska-Krzysztoszek. 

Jej zdaniem duże firmy, które prowadzą współpracę z ośrodkami akademickimi, albo z instytutami naukowymi narzekają, że współpraca z drugą stroną jest trudna, bo nie rozmawia się z badaczem, czy zespołem naukowców, a z instytucją.  

Gdy naukowiec współpracuje bezpośrednio z przedsiębiorcą, nie ma problemu, robi to na własny rachunek. Ale jeśli prowadzi współpracę w ramach prac badawczych prowadzonych na uczelni, to ta umowa musi być zawarta przez uczelnię.  

Samo ich podpisywanie zabiera mnóstwo czasu. A strona uczelniana chce sobie zapewnić jak najbardziej komfortowe warunki. Wynagrodzenie oczywiście muszą dostać badacze. Ale też prowizję chce wydział na którym pracują, oraz sama uczelnia.  

- Świat biznesu, odpowiada, ale my tak nie funkcjonujemy. To nie może być tak, że na nas wszyscy muszą zarobić. Mamy określoną kwotę, którą możemy wydać, podzielcie ją między siebie – mówi Starczewska-Krzysztoszek. 

I takich przeszkód drobnych i większych, jest mnóstwo. To według ekonomistki się na szczęście ostatnio zaczęło poprawiać, bo młodzi naukowcy, mają bardziej otwarte podejście, a nawet bardziej merkantylne.  

Zaczynają myśleć pod kątem tego, co by się biznesowi przydało, co im zaoferować, w jaki sposób ich przyciągnąć. Czyli jak znaleźć inwestora, albo jak znaleźć firmę, która wdroży to, co ja wymyśliłam/wymyśliłem.

- Albo jak znaleźć przedsiębiorcę, który zleci mi zrobienie czegoś, na czym się świetnie znam i nad czym mógłbym popracować – mówi Starczewska-Krzysztoszek.  

Materiał publikujemy w ramach patronatu medialnego nad konkursem EY Przedsiębiorca Roku, w którym tegorocznym tematem przewodnim jest właśnie patent. Do 28 czerwca trwa zbieranie zgłoszeń dla przedsiębiorczyń i przedsiębiorców, którzy chcą wziąć udział w tym wydarzeniu. 

Tekst redagował Sebastian Ogórek.

Komentarze
Ha, ha! Profesor najlepszego polskiego uniwersytetu zarabia tyle co pielęgniarka w pierwszej pracy i znacznie mniej niż górnik bez żadnego wykształcenia. A adiunkt koło
płacy minimalnej, prawie tyle co doktorant, bo teraz mniej już się nie da. Profesorowie z instytutów PAN o randze światowej (fizyka, matematyka, chemia) mają minimalną profesorską (czyli mniej niż wykładowcy ducha świętego w "wyższej szkole w Pcimiu", bo brakuje 50 mln złotych, których ministerstwo za żadne skarby nie da PAN. Daje za to 700 mln na IPN, niemal bezwartościowy naukowo i wciskający narodową ciemnotę. Polska nauka żyje o czarnym chlebie i wodzie, i tylko rektorzy z PIS (vide Nowak) zarabiają 10 razy więcej niż ich profesorowie. Czekajmy zatem na Noble i szybki postęp technologiczny w perspektywie trzeciego tysiąclecia.
@Jangra
Oczywiście, że zarabiają o wiele za mało i jest to całkowita żenada i skandal wobec powszechnego rozdawnictwa w innych dziedzinach.
Ale bez zmiany stosunków feudalnych na polskich uczelniach
(profesorowie mają status półbogów bez względu na dokonania)
samo dołożenie kasy niczego nie zmieni.
już oceniałe(a)ś
14
0
@DonDiaz
Chyba na zarządzaniu, prawie i medycynie. Tam profesorowie nie zajmują się nauką, bo żyją z chałtur za wielokrotnie wyższe wynagrodzenie (np. rektor Nowak). W naukach ścisłych, znanych mi dobrze, nie ma stosunków feudalnych, wręcz przeciwnie. Na młodych się chucha, promuje i wysyła za granicę. Oczywiście mówię o uniwersytetach i instytutach PAN, a nie a Akademiach Tumanum i Wyższych Szkołach Gotowania Jajek na Twardo w Pcimiach.
już oceniałe(a)ś
10
0
@Jangra
OK, nauki ścisłe - dobre i to. Ale i tak bez rewolucji kopernikańskiej na polskich uczelniach się nie obejdzie. O ile chcemy cokolwiek zmienić.
już oceniałe(a)ś
3
0
@Jangra
Ludzkość nie doczeka trzeciego tysiąclecia.
A jeśli nawet, to szczytem techniki będzie drewniana pałka, albo gruba kość!
już oceniałe(a)ś
3
3
@Jangra
szach-mat!
już oceniałe(a)ś
0
0
"Wyzwaniem jest, aby polskie podmioty rozszerzały terytorialnie ochronę swoich rozwiązań o inne kraje i tym samym zwiększały konkurencyjność poza granicami Polski."
Ale halo, mamy od roku tzw patent europejski. Zgłaszasz prosto do EPO i jeśli nie zrezygnujesz z tzw "skutku/efektu jednolitego", to patent będzie obejmował 25 krajów, które już podpisały konwencję, a przystępują kolejne.

I jest to dość tanie.

A teraz uwaga: Polska nie przystąpiła do konwencji. Patent nie obejmie Polski.

Dlaczego?

Spytajcie pisuar, może wyjaśni. Nie od rzeczy będzie napomknąc, że Wlk Brytania też nie przystąpiła, bo nie po to robiła brexit.
@astrog@tor
Mała korekta - jednolity patent obejmuje 17 krajów (a nie 25). Co do reszty - zgoda.
już oceniałe(a)ś
3
0
@astrog@tor
Polska w 2003 r. Przystąpiła do konwencji o patencie europejskim, toteż nie jest prawdą co piszesz. Polska natomiast nie przystąpiła do patentu jednolitego, co jest dobre dla polskiej gospodarki. Co więcej, nawet w krajach, w których patent jednolity obowiązuje tylo część firm się nań decyduje. Patent europejski nie ma nic wspólnego z Unią Europejską, a patent jednolity obejmuje tylko kraje Unii.
już oceniałe(a)ś
1
0
W Polsce przez wiele ostatnich lat dotowani byli mierni, prymitywni zwolennicy religii smoleńskiej.
Na prawdziwych uczonych, ich badania i wynalazki brakowało kasy.
@la_verdad_duele
no i górnictwo, rolnictwo oraz czarni
już oceniałe(a)ś
15
0
@la_verdad_duele
Przed rządami PiS potęga naukową i technologiczną też nie byliśmy...
już oceniałe(a)ś
14
0
@la_verdad_duele
Ale tak ogólnie to zauważyłeś że powyższe historie działy się za ... PO?
już oceniałe(a)ś
2
9
@la_verdad_duele
Litości, nie sprowadzajcie tego do dyskusji o polityce, albo jeszcze wężej do PiS vs PO. To są zbyt poważne sprawy.
już oceniałe(a)ś
10
0
@ChuckNorris
Ale właśnie do tego trzeba dyskusję sprowadzić. Bo bez mądrych polityków Polska będzie dalej dziadem proszalnym. Jeśli w naszym kraju ma być tak dalej, to lepszym rozwiązaniem byłoby powołanie Stanów Zjednoczonych Europy, gdzie Polska byłaby zwykłym stanem.
już oceniałe(a)ś
1
0
@(?'?-'?)?
Ale to PiS przez ostatnie lata sprowadził naukę i jej pracowników na dno finansowe.
już oceniałe(a)ś
0
0
Ja tak poza trybem pozwolę sprostować sobie informa ję na temat niebieskiego lasera. Rzeczywiście Polacy opanowali hodowlę kryształów azotku galu i na początku wydawało się, że mają wszystkie atuty w ręku, ale to Japończycy ogłosili światu, że z tych kryształów będzie niebieski laser. Dziennikarze rozbudzili wielkie nadzieję, a zapomnieli o tym, że rozwimięcie produkcji wymaga wielkich pieniędzy i posiadania przemysłu elektronicznego, by gdzieś ten laser zastosować, stworzyć standardy.

Szanse na sukces są tylko gdy powstaje coś nowego. Taką szansą był grafen, odnawialne źródła energii i pewnie takich okazji będzie wiele. Za miedzą w Niemczech produkują elektrolizery, w Chinach oczywiście też, a w Polsce? A jest to następna szansa, bo wodór pojawi się w wielu gałęziach gospodarki w samochodach osobowych też. Czy któraś z polskich politechnik szuka nowych rozwiązań w magazynach energii? Póki co nic na ten temat nie czytałem, a pomysłów jest wiele. Grawitacja, piasek, wulkaniczne skały i wreszcie baterie. Wszystko wskazuje, że drogie, niebezpieczne baterie litowo-jonowe zastąpi sód, a może siarka?

Świat jest pełen pomysłów.
@calvados1
Sprawa ma się tak, że w Pl wszystkim podcina się skrzydła. Jak młody naukowiec czy pracownik ma pomysł to się mu tłumaczy, dlaczego nie. Nikt mu nie pomoże za to wszyscy chcą dobić - niby dyktowane jest to jakością a tak naprawdę to chyba zawiść.
już oceniałe(a)ś
7
0
@astro112
Ależ, ależ! W badaniach i patentach dotyczących JP2 wiedziemy prym w całej galaktyce, jeśli nawet nie wszechświecie!
już oceniałe(a)ś
9
0
Obok jest artykuł, w którym minister nauki oświadcza, że pieniędzy na naukę nie ma i nie będzie, bo musimy wydawać na obronność. A więc tak, będziemy skansenem, w którym szczytem polskiej myśli technicznej są europalety.
już oceniałe(a)ś
29
1
W komentarzach pod artykułem na temat AI dominuje krytyka pod adresem prof. M. Kosińskiego. Prawdopodobnie najczęściej cytowanego badacza o polskich korzeniach mającego ogromny i uznany dorobek w świecie. Przez domorosłych polskich znawców.

Piękny przykład polskiego piekiełka.
Do tego średniowiecze na uczelniach i stosunki feudalne.
2 najlepsze polskie uniwersytety w 5 setce na świecie.
Nic dziwnego, ze ktokolwiek z odrobiną talentu zmyka stąd czym prędzej.
I raczej nie będzie lepiej.
NIK, 2019, raport..."Historia upadku grafenu": "W 2011 ITME opracował techn. pozysk... fragmentów tej substancji."
Ja prdl, - materiał, odmiana alotropowa węgla "substancją". Taki jest u nas średni poziom z grubsza.
już oceniałe(a)ś
7
0
gość pier doli jak potłuczony. W Polsce czeka się na patent, wiem z autopsji, około 2 lata w Niemczech do 6 m-cy
już oceniałe(a)ś
23
1
Obawiam się, że skoro Minister Nauki mówi głośno o wydatkach militarnych i obronnych oraz wzywa uczelnie do łączenia się, na poważną dyskusję o nauce - szczególnie w trudnych czasach - nie można liczyć. A kiedy, jak nie właśnie teraz?
To przemysł powinien finansować badania patentowe prowadzone ze wsparciem uczelni. Sprawdźcie, jak się ma projekt Gowina pt. doktoraty wdrożeniowe.
Warto polecić również teksty prof. Konsztowicza nt. dysfunkcji systemowej.
@Flying_Circus
Trudno żeby nie mówił, bo inaczej zaraz będziemy tu mieli kraj priwislanski.
już oceniałe(a)ś
5
1