Podwórka zostały zamordowane przez naszą generację. I co? Warto było? Obecnie dzieci od rana do wieczora słyszą wyłącznie polecenia i zakazy. Gdzie tu jest miejsce na to, żeby dziecko sobie siadło, podłubało w nosie i stwierdziło, no dobra, a może bym zrobił to, czy tamto? - pytają Magdalena i Krzysztof Alchimowicz z firmy CHRIS Turystyka i Rekreacja, która od ponad 30 lat urządza campy dla dzieci i młodzieży.
Czytałem kiedyś tekst o współczesnej młodzieży, który się zaczynał mniej więcej tak: „dzieci pierdoły, hodujemy zombie, które nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają". Prawda czy fałsz?
Krzysztof Alchimowicz*: - Fałsz.
To, jak zmieniły się dzieci, od kiedy państwo zaczęli organizować campy 30 lat temu?
KA - Dzieci się nie zmieniły. Mocno zmieniło się za to środowisko, w którym żyją. A dzieci dopasowują się właśnie do środowiska. To trywialne stwierdzenie, że serwisy społecznościowe sieją spustoszenie. Zabraliśmy jednak na campach dzieciom telefony i co się okazało?
Że dzieci dalej mają naturalną potrzebę komunikacji. Jak robimy na dwutygodniowym turnusie grę terenową, to dzieci same się do niej zgłaszają. I jest na przykład 200 chętnych, których losowo dzielimy na grupy.
To jest naturalna potrzeba człowieka. Chcemy być w zespole i chcemy czerpać frajdę z tego, że jesteśmy w tym zespole. Nie zgodzę się więc, że dzieci to teraz zombie, które nie wiedzą, kim są i gdzie idą.
Magdalena Alchimowicz: Chyba że pozostawi się je same sobie z telefonem, to wtedy być może tak się to skończy. Ale nie są takie od urodzenia.
Powiedział pan jakiś czas temu: „zanim zabroniliśmy używania smartfonów, dzieci integrowały się w drugim tygodniu obozu. Obecnie ten sam efekt osiągamy już drugiego, trzeciego dnia".
KA - Jeśli chcemy, żeby dzieciaki uczyły się samodzielności, żeby zawierały przyjaźnie, to piątka dzieci siedząca obok siebie i dłubiąca w telefonach, absolutnie nie pasuje do tego obrazu.
Jak to w praktyce wygląda? One trzymając w rękach smartfony, ze sobą nie rozmawiają. Tam nie ma interakcji. Tam nawet nie ma dotyku w trakcie zabawy. Jest izolacja. Bo komunikacja między ludźmi to jest słowo, zapach i dotyk. Tego nie zapewnia telefon. Ktoś mówi: a emotikonki? Nie, to jest zubożona komunikacja.
Dlatego wyłączyliśmy telefony już 10 lat temu, kiedy jeszcze to nie było taką oczywistością. Czy to było łatwe? Nie.
Proszę sobie wyobrazić, miny rodziców, gdy w 2016 roku po raz pierwszy usłyszeli: nie, nie będziecie mieli kontaktu takiego jak normalnie ze swoim dzieckiem, nie będziecie mieć tej smyczy, do której jesteście przyzwyczajeni.
Nie można w ogóle zadzwonić do dziecka?
KA - Zadzwonić można na specjalne telefony campowe, których numery są udostępnione przed rozpoczęciem obozu. Ale zanim tego dzieciaka ściągniemy do tego telefonu, to mija sporo czasu.
Czyli to nie jest tak, że pan zadzwoni i jest dziecko. Może wieczorem oddzwoni, jak będzie chciało.
Dzieci przez dwa tygodnie mają trzy razy po godzinie czas, żeby wziąć telefon i sobie zadzwonić. Przez pozostały czas telefony są zdeponowane w sejfach.
Nie protestują?
Czasami pojawią się reakcje somatyczne wywołane odstawieniem telefonu. Bóle, nudności. Bo to jest uzależnienie, jak wiele innych.
Ale my chcemy im przywrócić prawdziwe relacje. W codziennym środowisku czy na wyjazdach z rodzicami tego się nie osiągnie.
KA - Tutaj dzieciak musi cały czas z kimś wchodzić w interakcję, dogadywać się, bo do łazienki jest kolejka, więc trzeba się tam ustawić, ustalić kolejność, poczekać. Trzeba swoje potrzeby troszkę skrócić w kierunku drugiego człowieka.
To dla nich jest zaskoczenie?
KA - Dla tych, którzy są pierwszy raz? Tak, ale dzieci wracają. Okazuje się, że ta twarda formuła, jest przez nie akceptowana. Jest pożądana. Tyle że, powiedzmy otwarcie, nie są przygotowane do tak intensywnej interakcji społecznej.
Czyli nie są przyzwyczajeni do tego, że mają bezpośredni kontakt z ludźmi, z którymi się rozmawia?
KA - Na przykład. To dla nich coś niezwykłego, być z nieznajomymi dziećmi twarzą w twarz. I takie same, problemy, zaczynamy mieć z kadrą. To też są młodzi ludzie.
Czyli jakie konkretnie?
KA - Magda, jedna z naszych kierowniczek campów, jest doktorem psychologii i zatrudnia bardzo dużą część kadry, głównie spośród studentów.
Opowiada nam, że przychodzi człowiek po pierwszym turnusie i mówi, że wie, że jest zakontraktowany na dwa, trzy, kolejne, ale jest tak zmęczony, że musi mieć przerwę.
Jeszcze dwa lata temu to były pojedyncze przypadki, ale teraz tu już jest zjawisko rzędu naście sytuacji w ciągu sezonu. A zatrudniamy ponad tysiąc ludzi. Nie mogliśmy zrozumieć dlaczego? Co się dzieje? Jak się okazuje, intensywność społeczna jest dla nich zwyczajnie za duża.
Opiekunowie łykają emocje dzieci, mają między sobą, czyli między kadrą spore kontakty. Od rana do wieczora są, jak to się nieładnie mówi: w komunikacji. I też nie są do tego przyzwyczajeni. Ich życie studenckie, jest na zupełnie innym poziomie interakcji społecznej niż 30 lat temu, teraz studenckie kampusy są puste, kafejki stoją puste. Dla nich relacje są też głównie w telefonach.
To trochę…
KA - Patrząc z boku wydawałoby się, że to jest dziwne. Ktoś wchodzi na kajaczek i narzeka. Ale nieustające wchodzenie w relacje i rozwiązywanie problemów jest bardzo obciążające psychicznie. I oni po prostu nie są do tego przygotowani.
A państwa dziwi to, że są teraz młodzi ludzie, którzy na przykład boją się kelnera, kelnerki?
MA - Nie.
Ponoć powstała już cała generacja, która woli zamawiać na ekranie niż zamawiać u żywego człowieka.
MA - To po prostu element szerszego zjawiska. Byliśmy dwa lata temu na konferencji w Hiszpanii zrzeszającej organizatorów campów z całego świata. Wyszedł człowiek z Wielkiej Brytanii i opowiadał, że dwa związki pracodawców zwróciły się do rządu, że mają problem z młodymi ludźmi z pokolenia Z.
Nie potrafią pracować?
KA - Inaczej. Bardzo źle znoszą krytykę, a jak ktoś powie, że robią coś źle, to powstaje spory problem. Nie mówiąc o tym, że potrafią rzucić pracę w ciągu godziny, dnia.
Brytyjski rząd zlecił ogólnonarodowe, badania, które przeprowadziły cztery tamtejsze uniwersytety. Wyszło im, że młodzi ludzie mają duży problem komunikacyjny. Nie umieją współpracować. Brakuje im umiejętności pracy zespołowej, umiejętności koncentracji. Szkoła nie uczy tych kompetencji.
I co z tym zrobić?
KA - Też zadaliśmy to pytanie. Zrobiliście badania, jest źle, co z tym robimy? Jak się okazało, przeprowadzili pilotażowy program na kilku campach w Anglii, bardzo intensywny, prowadzony przez pracowników naukowych uniwersytetu. Wprowadzono tam elementy takie jak drabina Jakuba, czyli ćwiczenia, których nie da się wykonać inaczej, niż tylko współpracując. I na koniec wyszło, że to nastawienie młodych ludzi można jednak zmienić.
Zapytaliśmy podekscytowani, gdzie są materiały do prowadzenia takich zajęć? Dajcie nam jakieś narzędzia do tego, żeby wiedzieć, jak to robić. Usłyszeliśmy, że są one „in the making".
I dalej są na tym etapie, bo się tym całkiem niedawno interesowaliśmy.
Czyli co? Przegwizdane?
KA - Ja się z takim podejściem nie zgadzam. Ciągle genetycznie potrzebujemy komunikacji. Jesteśmy zwierzętami społecznymi. Tylko ludziom trzeba dać narzędzia do tej komunikacji.
Dlatego jak na campy przyjeżdżają dzieci, to zaczynamy od co najmniej półtorej godzinnych zajęć integracyjnych. Od najprostszych rzeczy jak podanie swoich imion. Jak to, że można wziąć kogoś na barana i się z nim przejść, co uczy na nowo kontaktu bezpośredniego między dziećmi.
MA - Trzeba przełamać barierę, bo dzieci nie są do tego przyzwyczajone.
Rozumiem, że kiedyś uczyły tego podwórka?
KA - Podwórka zostały zamordowane przez naszą generację. I co? Warto było? Obecnie dzieci od rana do wieczora słyszą wyłącznie polecenia i zakazy. Dziecko w szkole robi to, co mu każe robić nauczyciel. Potem dzieciak ewakuuje się z tej szkoły albo jest odwożony na zajęcia, gdzie znowu trener czy instruktor pianina mówi: zrób to tak, śmak, inaczej.
Dziecko jedzie do domu, musi odrobić lekcję. I idzie spać.
Posiedzi jeszcze z telefonem.
KA - Pewnie tak. Ale gdzie tu jest miejsce na to, żeby dziecko sobie siadło, podłubało w nosie i stwierdziło, no dobra, no a może bym zrobił to, czy tamto?
Nie ma czasu na nudę
KA - Właśnie. A to jest błąd! Dlatego staramy się, szczególnie młodszym dzieciom, zostawiać przestrzenie do samodzielnej zabawy. Wypuszczamy je do lasu, do baz, zrobionych na potrzeby campu na półtorej, dwie godziny.
Co tam jest?
KA - Łopata, jakiś młotek, trochę porozrzucanych gałęzi, desek. Siedzi jeden instruktor na skrzynce i patrzy, żeby nikt sobie krzywdy nie zrobił.
A dzieciaki muszą same kombinować, co tu zrobić. I jeśli dziecko sobie siedzi i nic nie robi, to tłumaczę ludziom: wy też nic nie robicie. Poczekajcie. Może Jasiu chce posiedzieć pod tą jabłonką, potrzebuje, nie wiem, pokontemplować swoje sznurówki.
I co robią?
KA - Po dwudziestu minutach już się zbiera trójka czy czwórka i robią jakąś ziemiankę.
Ale to jest ich inicjatywa. To one wybierają, co chcą robić. Tak samo jest z jedzeniem. Mają szwedzki stół, gdzie to dziecko musi wybrać, co chce zjeść, bo w domu nie ma zazwyczaj takiej możliwości.
Dzieci muszą zdecydować, czy wolą iść na żagle, na supa, czy po prostu spędzić czas z koleżanką czy kolegą. Mają podjąć swoją decyzję. Wykazać inicjatywę.
I są odzwyczajone od tego?
KA - Nie są do tego przyzwyczajone.
Dzieci są też mniej sprawne manualnie niż kiedyś. Jak wyglądają pierwsze zajęcia z majsterki u nas? Jest pieniek, gwoździe i młotek. Dzieci wbijają gwoździe w ten pieniek.
Bo synchronizacja...
Leży.
KA - Leży. Proste czynności, jak przenoszenie łódki, sprawiają dzieciom trudność. Nawet jak łódkę wyciągają na brzeg, to mają z tym problem. I to trzynastolatki, które mają już zajęcia z fizyki w szkole.
Nie rozumieją, że tutaj trzeba pociągnąć, tam obniżyć, tam popchnąć. I kiedyś tego nie było.
MA - Kiedyś uczyliśmy na campie sześciu, siedmiu węzłów żeglarskich. Teraz to zajmuje dwa razy więcej czasu.
Ponoć rodzice przekonują teraz dzieci, że każde jest wyjątkowe. Pokolenia płatków śniegu. Widać to?
KA - Nie. Dla dziecka, które jedzie na campy, szczególnie młodszego dzieciaka, to jest olbrzymia szansa. W szkole ma już przybitą łatkę. Że jest średni. Albo w tym utalentowany, a w tym kiepski. W domu też jakoś tam już jest zaszufladkowany. Tutaj zaczyna od nowa. Może nagle się okazać, że jest świetny w jojo, a ta kompetencja jest kluczowa w grupie. Albo że z tego wiosłowania to jest całkiem niezły, mimo że wydawało się inaczej.
Dla dzieci jest to możliwość zaistnienia na zupełnie innym poziomie w grupie. Bo co jest kluczowym elementem bezpieczeństwa dla dziecka?
Akceptacja.
KA - Właśnie. To jest najważniejsze. Nie ma nic ważniejszego. Akceptacja w grupie, w domu. Jak dziecko ma 8 – 9 lat, to jeszcze dobra pani wychowawczyni jest w stanie to zamortyzować i skompensować. Powyżej tego wieku już nie.
A im starsze jest dziecko, tym bardziej tego potrzebuje. I to są często proste rzeczy.
Choćby to, jak dzieciaki przybijają piątkę i podają swoje imiona. Młody człowiek nie ma nic cenniejszego niż własne imię. Nawet nazwisko nie jest tak cenne.
Przychodzą do państwa rodzice i mówią, że przecież oni się bardzo troszczą o swoje dziecko że dziecko ma właśnie te zajęcia dodatkowe, o których państwo wspominali, że bardzo dobrze się uczy. Jesteście w stanie wytłumaczyć im, że robią w pewien sposób krzywdę temu dziecku?
KA - Powiedziałbym, że zabranie dziecku pola do wykazania własnej inicjatywy, do ponudzenia się, do rozwiązywania samemu problemu, nie jest dobrym pomysłem.
Jak dziecko dzwoni z problemem, rodzice natychmiast się angażują w jego rozwiązywanie. To naturalne, ale odbierają tym samym dzieciom poczucie sprawczości.Na campie dzieciak, jak ma problem, musi podejść do instruktora, sam spróbować znaleźć rozwiązanie. To jest bardzo duża wartość. Nie pozbawiajmy tego dzieci.
A rodzice dzwonią z pretensjami? „Syf, brud, wróciła totalnie brudna" I co Pan wtedy odpowiada?
KA - Ja akurat już nie odpowiadam.
Kiedyś Pan odpowiadał.
KA - Dziecko jest brudne, bo działało. I tyle.
Podrapane dziecko wróciło
KA - Widać dobrze się bawiło.
Łatwiej się jest dogadać teraz z rodzicami niż trzy dekady temu?
KA - Kiedyś rodzice bardziej pamiętali podwórka. Ci podwórkowi rozumieją, że kolana mogą być zdarte.
Nowe pokolenie rodziców takich doświadczeń już nie ma. Dużo później też wysyłają dzieci na obozy. Bo się o nie boją. Niestety, co utrudnia nam pracę, rodzice kłamią w ankietach na temat swoich dzieci i nie piszą wszystkiego.
Jak?
KA - Na przykład nie piszą, że dzieci mają bardzo poważne zaburzenia. I my to dopiero po drugim, trzecim dniu na campie nagle odkrywamy. I jak dzwonimy do rodzica, to okazuje się, że no tak, nagle sobie przypominał, że dziecko ma problemy.
Czy tego jest dużo? Procentowo nie. Większość naszych rodziców to są naprawdę bardzo rozsądni ludzie. Ale oczywiście takie przypadki najbardziej nam zapadają w pamięć.
Dziecko ucieka na drzewo, siada na tym drzewie i mówi, że nie zejdzie. Choćby nie wiem co. Dzwoni do mnie kierownik: Krzysztofie, co zrobić?
I co pan odpowiedział?
KA - Czekajcie, w końcu znudzi mu się i zejdzie.
Czyli nie ma co wywierać presji, prosić, błagać?
KA - Po prostu prędzej czy później dziecko zgłodnieje, to zejdzie.
Nie obawiają się państwo, że demografia zabije biznes?
KA - Campy to jest nisza. Nie tylko w Polsce, we wszystkich krajach. Rynek jest też mocno rozdrobniony.
Większym problemem niż demografia są zmiany społeczne, o których rozmawialiśmy, podniesienie się wieku inicjacji wyjazdowej.
I szkolenia kadry, bo musimy coraz więcej szkolić ludzi, w ubiegłym roku było to prawie 500 osób. Na firmę naszej wielkości to są potężne koszty.
A państwa dzieci przejmą biznes po rodzicach?
MA - Tak, starszy syn.
Brał udział w campach?
KA - Przez całe dzieciństwo. A później pracował przez dwa lata w budynku, w którym rozmawiamy, tyle że w HSBC. Jest już w naszej firmie, już pracuje.
* Od ponad 30 lat Magdalena i Krzysztof Alchimowicz prowadzą firmę CHRIS Turystyka i Rekreacja – pioniera w organizacji obozów i programów edukacyjnych dla dzieci i młodzieży. Każdego roku z oferty firmy korzysta ponad 25 tysięcy uczestników z całej Polski i zagranicy.
Ich pierwszym klientem była ambasada amerykańska. Krzysztof Alchimowicz przyszedł z napisaną odręcznie przez swoją żonę ofertą zajęć pływania. Dookoła kłębili się ludzie chcący dostać wizę. On wzbudził wśród urzędników takie zainteresowanie, że został zaproszony od razu do środka.
Magdalena jest z wykształcenia lekarzem radiologiem. Teraz są właścicielami ośmiu unikalnie położonych ośrodków – campów, zaprojektowanych z myślą o potrzebach i bezpieczeństwie młodych ludzi. To przestrzeń życia offline – bez smartfonów – co stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów marki.
Magdalena i Krzysztof Alchimowicz są finalistami konkursu EY Przedsiębiorca Roku w kategorii Produkcja i Usługi.
Wszystkie komentarze
Nie jest groźniejszy niż komórka. Wychowywanie niesamodzielnych dzieci to niestety inny problem niż szkody, które wyrządzają im smartfony. Są badania, które tego dowodzą.
Ogólnie, ma Pan rację, że (to także wniosek z oficjalnych badań) dzieci są "otoczone nadmierną opieką w świecie realnym, a niedostateczną w wirtualnym". To, o czym Pan pisze, to pierwszy człon tego zdania.
To, co dzieje się w wirtualnym, starczyłoby na długi post, ale dam tylko okruszek: jak wytłumaczyć fakt, że w Stanach, krzywa ilości popełnianych rocznie targnięć na życie wśród niepełnoletnich kobiet zaliczyła kilkuset procentowy skok (i nie spadła) po "wejściu" Insta? I tak dalej, i tym podobne.
Owszem, dawanie dzieciom samodzielności to ważny krok by uniknąć także nieszcześć w świecie cyfrowym, ale to nie dokładnie ten sam temat i problem.
To chyba jakiś lapsus językowy. No przecież właśnie te dzieciaki mają jedno z takich narzędzi: smartfony.
Tylko, że akurat TO narzędzie trzeba im ograniczać, bo jest szkodliwe na tym etapie rozwoju. Wrodzone instynkty do komunikacji zaraz się obudzą, jak widać na przykładzie tych obozów. Najbardziej potrzebne "narzędzia" do komunikacji człowiek ma wbudowane: język, ręce, oczy, twarz - ciało po prostu. Ale dziaciaki wychowane w wysokiej technologii od 3 roku życia rzeczywiście nie wiedzą już do czego służy ciało.
Bardzo dobra inicjatywa. Potwierdza konieczność odklejania dzieci od smartfonów także w szkołach; jest to bezwzględnie konieczne jeśłi chcemy mieć jako ludzkość w miarę normalne społeczeństwa, a nie roboty czy zombie. Szkoda, że takim problemem są rodzice, którzy sami nie pamiętają czym jest podwórko i spontaniczna zabawa w grupie, i rzucają kłody pod nogi swoim dzieciom i organizatorom takich obozów.
W każdym razie życzę powodzenia. Tak trzymać!
Dorośli są nawet bardziej i to oni są odpowiedzialni za uzależnienie wśród młodzieży.
Na"moim"osiedlu jest mały trawnik z moimi nasadzeniami.Dzień w dzień musiałem się zmagać z bachorami aby nie niszczyli trawnika.
Nagle zniknęli.Pojawiły się hulajnogi,
osiedle jest pobudowane na różnych poziomach,zadaniem rodziców stało się który bachor będzie miał droższą hulajnogę.Nagle hulajnogi i elektryczne rowery...zniknęły.Okazało się że służą tylko na dojazd do małego placyka gdzie wszyscy siedzą w milczeniu i ...dziubią w ekrany.Od czasu do czasu słyszę komentarze(mam tam garaż)na temat pornograficznych obrazków na ekranie.
To dzieci a nie bachory. Jesteś agresywny i potrzebujesz wsparcia psychiatry