W kosmosie zaczynamy od nowa - mówi Rafał Modrzewski, współzałożyciel firmy ICEYE, który z katowickiego Zawodzia dotarł do kontraktów wartych miliardy euro zawieranych z armiami Europy. Jego zdaniem Europa przespała rewolucję IT, ale dziś ma jeszcze jedną szansę: technologie kosmiczne. Pytanie brzmi, czy tym razem jej nie zmarnuje
Rafał Modrzewski: Po co panu właściwie ten konkurs EY Przedsiębiorca Roku?
Rafał Modrzewski*: Przyszedł do mnie kolega przedsiębiorca i powiedział: cały czas brakuje nam w Polsce dostatecznej ilości dowodów na to, że młodzi ludzie ze świetnymi pomysłami mogą te pomysły przekształcić w rzeczywistość. I ty jesteś takim przykładem.
Pan się zaczerwienił i się zgodził, a ja bym tutaj na kontrze powiedział, że owszem, mamy w Polsce trochę superzdolnych ludzi, ale tak naprawdę to kształcą się oni za granicą. Bo tam jest infrastruktura, która daje im możliwość realizacji ich pomysłów. I tam już zostają.
- Na pewno jest tak, że łatwiej niektóre pomysły zrealizować za granicą. Ale nie jest też tak, że nie jest to możliwe w Polsce. Moją podstawową ideą jest jednak to, aby pokazać, że normalni Polacy, normalni studenci, mogą robić duże rzeczy.
Moja historia jest właśnie taka. Jestem z Katowic. Z takiego osiedla pół na pół. Pół normalne, pół nie. Dużo betonu, dużo terenów poprzemysłowych, mało zieleni, czyli Zawodzie. Pan mieszka w Warszawie? To nie jest Żoliborz Katowic. Prędzej takie Bródno. Normalne osiedle.
I wiele osób mówi, że nie da się u nas zbudować dużej, technologicznej firmy, Zostaw to. Tylko się zmęczysz. A ja twierdzę, że nawet najbardziej szalone pomysły mogą się udać. Owszem, czasami może trzeba wyjechać, czegoś poszukać, nauczyć się czegoś nowego.
Ale na pewno warto marzyć i warto wierzyć. Uważam, że jest bardzo duży potencjał w polskich przedsiębiorcach i w polskich inżynierach. I trzeba to pokazać.
Adam Góral, szef Asseco, szóstej firmy informatycznej w Europie: „Jak ktoś jest wykształcony na Princeton, Harvardzie, MIT, teraz na najlepszych uczelniach chińskich – przez wybitnych profesorów – to zwyczajnie będzie lepszy. Znajdziemy pojedynczych Polaków, którzy skończyli tam studia. Dlaczego Wojtek Zaremba, który jest współzałożycielem OpenAI, osiągnął tak wiele? Pomogło mu to, że znalazł się w odpowiednim miejscu, w odpowiednich uwarunkowaniach, w grupie megazdolnych ludzi. W pewnej strukturze, której w Polsce nie ma".
- To jest kilka przemyśleń, z których z częścią się zgadzam, a z częścią nie do końca. Swoją drogą z Wojtkiem Zarembą nawet się znam.
Studiował w Paryżu, potem się przeniósł za ocean
-Tak, ale też nie było tak, że nie studiował w ogóle w Polsce.
W Polsce skończył matematykę i informatykę na Uniwersytecie Warszawskim, ale były też francuska École polytechnique i New York University
- Czy byłoby łatwiej, gdyby takie uczelnie, które zaliczają się do najlepszych na świecie, istniały w Polsce? Pewnie, że byłoby łatwiej. Tak, łatwiej się wtedy osiąga sukces.
Ta sieć kontaktów, z którą się wychodzi, jest zupełnie inna.
Czyli ludzie, którzy ich otaczają, po prostu są inni.
- Ich połączenia i ich podejście do pewnych rzeczy jest zupełnie inne. Można studiować na MIT, mieć pomysł na startup, a kolega z roku będzie miał tatę, który prowadzi fundusz inwestycyjny. I od razu w ten startup zainwestuje.
Czyli z miejsca jest kapitał, odpada mnóstwo formalności. Wojtek Zaremba był w Dolinie Krzemowej - od razu wśród odpowiednich ludzi. I tak, prawda jest taka, że najlepsi Polacy starają się być częścią tego środowiska, starają się jakoś w tym środowisku zaistnieć. A to środowisko, niestety, w ogóle nie jest w Europie, tylko w Stanach Zjednoczonych czy w Chinach.
Ale nie zgadzam się tu z panem Góralem w jednej kwestii. Że ta jakość kształcenia tam jest na tyle lepsza, że z miejsca dyskwalifikuje osoby po innych uczelniach. W Europie są szkoły, po których można osiągnąć duże rzeczy. Ba, w Polsce są takie uczelnie.
Tylko czasami brakuje nam niestety wiary we własne siły.
To dlaczego pan osiągnął sukces, studiując w Finlandii, a nie w Katowicach?
- Tu nie było żadnej magicznej historii. Studiowałem na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej i dopiero na trzecim roku, jako student Erasmusa, wyjechałem do Finlandii, na Uniwersytet Aalto. I tam robiłem już magisterkę w dziedzinie radiokomunikacji i inżynierii. A ze studiów nie wróciłem do Polski tylko dlatego, że otworzyliśmy w Finlandii firmę.
Czy fińska infrastruktura w tym pomogła? Tak. Czy ta firma nie mogła powstać w innym kraju Europy? Mogła. Choć od razu powiem, że wtedy, czyli w 2013 roku, otwarcie takiej firmy w Europie było trudne.
W Polsce?
- Jeszcze trudniejsze.
A w USA?
- Byłoby dość typowe, choć też nie najłatwiejsze, bo jeszcze ten big tech nie był na tyle modny. Ale do wykonania.
A gdzie pan na co dzień pracuje? W Polsce czy w Finlandii?
- W samolocie.
To gdzie pan tak lata?
- Wczoraj po południu wróciłem z Indii. Przed Indiami byłem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. A wcześniej byłem w Japonii. Latam tam, gdzie klienci potrzebują zdolności, które my jesteśmy w stanie dostarczyć.
A oni rozumieją, czym pan się zajmuje?
- Klienci, z którymi rozmawiamy już tak.
Pierwsze pytanie znajomych, jak mówiłem im, że będę rozmawiał z panem, było: a czym to się różni od Starlinka?
- To pytanie często wraca. Choć powiedziałbym, że jeżeli chodzi o naszą znajomość przemysłu kosmicznego, to jest już w Polsce coraz lepiej.
Zaczynamy rozumieć, że są różne typy satelitów. Kiedyś było tak, że satelita to satelita. Nie miało znaczenia, czy jest mały, duży, komunikacyjny, obserwacyjny czy nawigacyjny.
Grunt, że był w kosmosie. Teraz to się zmienia. Starlink oczywiście jest najbardziej znany. I jest to satelita komunikacyjny, a my wykonujemy obserwację Ziemi.
Jak dla pięciolatka, poproszę.
- Nasz system to jest „aparat fotograficzny", a Starlink jest jak telefon komórkowy, ale bez aparatu fotograficznego.
Czyli innymi słowy wygląda to mniej więcej tak, że wy widzicie, a oni o tym pomagają powiedzieć innym.
- Tak jest.
A czym to się różni od aparatu fotograficznego?
- Dalej jak dla pięciolatka?
Tak.
- To teraz będzie trudniej. Ten nasz „aparat fotograficzny" niestety już jest bardziej skomplikowany. Ponieważ zwykły aparat fotograficzny wykonuje zdjęcia w świetle widzialnym, a my wykonujemy zdjęcia przy pomocy wiązki radarowej.
Czyli widzicie w nocy też.
- Owszem.
Przez chmury?
- Przez chmury, przez dymy, deszcze, śniegi, wybuchy wulkanów, czyli pyły wulkaniczne, burze piaskowe. Ludzie pytają: czemu ty jedziesz do Emiratów Arabskich? Po co w Emiratach taki satelitarny radar?
Co pan odpowiada?
- Że trzeba tam pojechać, zobaczyć, jak burza piaskowa wygląda. I jakie ma skutki.
A co przeciętny człowiek by wyczytał z takiego obrazu satelitarnego?
- Dzisiaj już dużo. Ostatnio, jak zapostowaliśmy obrazy z polskiego, pierwszego satelity wojskowego, to ludzie znaleźli tam swoje domy.
Można w ten sposób zobaczyć lasy, budynki, drogi. Jakby to było zdjęcie jakiejś infrastruktury wojskowej, to pewnie czołgi i samoloty. Te zdjęcia są na tyle wysokiej rozdzielczości i jakości, że dzisiaj upodobniły się znacząco do zdjęć optycznych.
Państwa system jest w stanie rozpoznać, że to jest konkretny typ pojazdu wojskowego?
- Jeśli jest to większy pojazd, to tak.
A jak to jest mniejszy?
- Jeśli to jest na przykład samochód, to trudno jest ustalić markę, jeśli o to pan pyta. Ale typ wyrzutni rakietowej – już jak najbardziej tak.
Polska armia kupiła od was trzy satelity rozpoznawcze, z opcją na zakup kolejnych trzech.
- Pierwszy już działa, kolejne dwa będą uruchomione w tym roku.
Macie też już kontrakty z Finlandią, Holandią, Portugalią i Grecją. Ostatnio podpisaliście umowę ze szwedzką armią. A w grudniu wasza spółka i niemiecki gigant zbrojeniowy Rheinmetall dostali od Bundeswehry zlecenie za 1,7 mld euro
- I będzie to jeden z największych pojedynczych kontraktów na systemy z radarem na świecie. Na potrzeby kontraktu powołaliśmy wspólnie z Rheinmetall: Rheinmetall ICEYE Space Solutions. Spółka założona w niemieckim Neuss będzie odpowiadać za produkcję satelitów, budowę swojej konstelacji ale także pełną usługę rozpoznawczą: zarządzanie satelitami i dostarczanie materiałów Bundeswehrze.
Sprzedajemy satelity, ale sprzedajemy też nieobrobione obrazy i dane z konstelacji radarowych, czy gotowe produkty analityczne oparte na tych danych, na przykład ostrzegające przed wystąpieniem powodzi.
Który z tych rynków jest dla was najbardziej perspektywiczny?
- Oczywiście największym źródłem dochodów jest sprzedaż satelitów jako takich. I ten segment będzie się cieszyć największym zainteresowaniem przez najbliższych kilka lat.
Tyle że to wszystko działa trochę jak system naczyń połączonych. Ponieważ ktoś jest w stanie przetestować nasze usługi, zobaczyć, co one dają, zdaje sobie sprawę, że ich potrzebuje, i wtedy może dokonać zakupu własnej konstelacji.
Ile macie tych satelitów w tym momencie?
- Od 2018 roku wystrzeliliśmy ponad 60 – na potrzeby naszej konstelacji, oraz naszych klientów.
A ile ma ich być docelowo?
- Jak na razie staramy się dojść do około 100. Ale wszystko zależy od rynku. Określenie, ile tych satelitów będzie potrzebne, jest bardzo trudne.
Jesteśmy w ciekawym momencie, jeśli chodzi o kosmos. Proszę spojrzeć:
Google ma dzisiaj niecałe 28 lat, ale zmienił świat. Co się tam stało?
W pewnym momencie pojawiły się nowe zdolności technologiczne, które trzeba było bardzo szybko zaadaptować i przekształcić w produkty. I to się udało w Stanach Zjednoczonych.
Teraz nie ma przetasowania w IT. Ciężko jest, nie wiem, walczyć z Google’em na przeglądarki.
Można walczyć na AI.
- Można. Ale na pewno warto walczyć na kosmos. Bo nawet w Stanach Zjednoczonych pod tym względem zaspali.
A my w ogóle mamy jakichś europejskich gigantów technologicznych, poza informatycznym SAP-em i holenderskim ASML, dostawcą maszyn litograficznych dla przemysłu półprzewodników?
- W branży farmaceutycznej mamy mocne firmy. Jest duńskie Novo Nordisk, znane z Ozempicu, jest brytyjskie GlaxoSmithKline. Francuski koncern Thales jest dużą, międzynarodową firmą technologiczną, budującą bardzo skomplikowane rzeczy: radary, satelity, awionikę. A Airbus jest gigantem, który bardzo skutecznie konkuruje z Boeingiem.
Globalna awaria oprogramowania Microsoftu w lipcu 2024 roku: problemy miały lotniska, banki, odwoływano operacje w szpitalach, część stacji telewizyjnych, jak Sky News, przestała nadawać. Czy mamy w Europie firmy, które są w stanie kontrolować aż tak rzeczywistość?
- ASML jest chyba najbliższy tego wszystkiego. Bez nich to faktycznie cała światowa gospodarka ma kłopot. Ale tych wpływowych firm w Stanach Zjednoczonych też nie ma tak dużo. Za to są bardzo potężne.
My, Europa, mamy problem z tym, że przespaliśmy ten cały rajd w branży IT. No i niestety tego nam brak. Poza SAP-em nie ma u nas ani Google’a, ani Microsoftu, ani Amazona.
Wszystkie te trzy wymienione przez pana firmy dominują, jeśli chodzi o chmurę. A chmura obliczeniowa jest dziś tym, czym ropa i elektryczność były dla gospodarki XX wieku. Bez chmury nie ma dziś: AI i modeli językowych, fintechów i bankowości online, e-commerce, nowoczesnej logistyki, streamingu etc.
- Nie ma cloud providera europejskiego. I to jest niestety trochę problem, ale myślę, że to jest błąd ostatnich 20 lat.
Czyli co? Przegwizdane?
- Właśnie nie, bo moim zdaniem, jest teraz coraz lepiej.
Pojawiają się teraz dobre produkty europejskie, jeżeli chodzi o nowe technologie, na przykład małe elektrownie atomowe. Pojawiają się dobre produkty europejskie, jeśli chodzi o sztuczną inteligencję. I nie mówię tutaj tylko o Mistralu.
Francuski Mistral to dziś najbardziej znany europejski projekt AI, często przywoływany jako „europejska odpowiedź na OpenAI". To rzadki przypadek deep techu z UE.
- Jest Lovable (lovable.dev), czyli szwedzki startup AI, który stał się popularny jako narzędzie do budowania aplikacji, w branży, która jest zdominowana przez amerykańskie firmy. Jest Sana Labs, czyli szwedzki startup AI, który jest przeznaczony dla korporacji.
Fintech też mamy dobry, Revolut jest w końcu europejski. Są więc firmy, które działają dobrze i to na skalę światową.
Powiedział pan niedawno: „Ubolewam nad tym, że w Europie nie ma jednego dużego parkietu wspólnego dla co najmniej kilku krajów. Bardzo by się przydał, jeżeli myślimy o budowaniu europejskich gigantów technologicznych".
- Niedawno rozmawiałem na ten temat z jedną osobą z rodziny Wallenbergów.
Jedna z najbogatszych i bardzo wpływowych rodzin Szwecji, kontroluje pośrednio bądź bezpośrednio nawet jedną trzecią szwedzkiego PKB. Inwestują teraz w AI.
- Od razu zgodziliśmy się, że taki europejski wspólny rynek dużo by zmienił na korzyść.
Pomagałby firmom pozyskiwać kapitał, a ludziom, społeczeństwu, inwestować w takie firmy. Czy ja, jako Polak mogę bez problemu, ze swojego banku, zainwestować w firmę w Wielkiej Brytanii, czy w Finlandii, czy we Francji? Tak niestety nie jest.
Polskie akcje mogę kupić, ale nad innymi parkietami trzeba się trochę bardziej napracować. Nawet z Revoluta nie da się w niektóre rzeczy zainwestować.
I to niestety powoduje, że firmy europejskie w pewnym momencie stają przed dość trudnym zadaniem pozyskania już poważnego kapitału.
A jeżeli nie ma na rynku odpowiedniej, jak my to mówimy, głębokości kapitału, takiej jak ma NASDAQ czy New York Stock Exchange, to niestety firmy bardzo często wylądują tam, napędzając amerykańską gospodarkę.
I to oznacza, że będą kontrolowane przez amerykański KNF, czyli przez SEC. To również oznacza, że tam muszą starać się o inwestorów, że muszą zatrudnić działające tam banki inwestycyjne, które pomogą im w IPO. I to ogranicza zdolności czy to Polaków, czy Europejczyków w ogóle do inwestowania w te firmy i zarabiania na tym pieniędzy.
W momencie, kiedy rozmawiamy, ukazał się dobry artykuł w „Financial Times": Why Europeans need to learn more about money, czyli „Dlaczego Europejczycy muszą lepiej zrozumieć pieniądze". Zdaniem FT w wielu krajach Europy wiedza finansowa jest niska, a oszczędności trzymane są w niskodochodowych produktach, co spowalnia gospodarkę całego kontynentu.
I to jest prawda. My cały czas mamy tendencję do inwestowania w bardzo podstawowe instrumenty inwestycyjne, a niezbyt często wchodzimy w te bardziej skomplikowane, bo niestety dostęp do nich jest taki, jaki jest.
Ale stworzyć jeden europejski rynek będzie niezwykle trudno. Jeżeli byśmy wybrali giełdę we Frankfurcie, to Paryż by oszalał. W drugą stronę to samo. Nacjonalizmy bardzo mocno teraz rozrywają Unię.
- Ale to nie znaczy, że nie można i nie trzeba próbować. Jeśli oczywiście chcemy mieć silne europejskie firmy i bogate społeczeństwa.
A widzi pan jakieś szanse na taką wspólną giełdę?
- Widzę. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz wyszedł z taką inicjatywą do prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Zaproponował, aby zacząć od zmiany europejskich regulacji kapitałowych. A jak już zmienimy regulacje, to wtedy zobaczymy, co rynek pomyśli i jak zareaguje. Na razie niestety regulacje w każdym kraju są inne. Dlatego konsolidacje giełd w Europie zamarły.
W Polsce od razu byłoby, że Niemcy rządzą Europą i zabijają nam giełdę. Takie dyskusje nie są racjonalne, tylko polityczne.
- Zgadza się. Bo gdyby taka decyzja miała być oceniana w kategoriach racjonalności, to już by się to wydarzyło.
Ale zaczynamy też pokazywać, jak wiele jesteśmy w stanie robić razem, zamiast robić pewne rzeczy osobno. Zakupiliśmy szczepionki na COVID wszyscy razem. I to był w ogóle pierwszy raz, kiedy coś takiego się udało. Niedawno wspólnie jako UE zakupiliśmy sprzęt komunikacyjny i IT. Jak widać, następują powolne kroki w stronę wykonywania pewnych dużych zakupów wspólnie. I to ma sens, bo duży może więcej. Dostaje lepsze warunki. I z tym wspólnym rynkiem kapitałowym jest dokładnie tak samo.
Nasze narodowe parkiety są za małe. I one zawsze będą za małe. Albo będziemy konkurowali na świecie jako rynek europejski, albo przestaniemy konkurować w ogóle. Niestety nikt nie jest w stanie tego zmienić na poziomie swoim narodowym.
Nawet Niemcy?
- Nawet.
Czyli co? Będziemy, jak to niektórzy straszą, skolonizowani albo przez Chińczyków, albo Amerykanów, albo przez jednych i drugich?
- Nie będzie to kolonizacja, ale popadniemy w bardzo poważną zależność.
Powiedział pan niedawno: „Przed Polską stoi ogromna szansa".
- W Formule 1 jest tak, że kierowcy jadą, jadą, ścigają się, ktoś ma w tym wyścigu bardzo dużą przewagę, a potem nagle zmieniają się warunki na torze, pojawia się tak zwany safety car. I następuje wyrównanie wszystkich bolidów. I wyścig startuje od początku.
Zdolności i technologie kosmiczne właściwie nie zmieniały się przez ostatnich 50 lat, a zaczęły się szalenie zmieniać przez ostatnie 10.
Tam był według Elona Muska wręcz regres. Stany Zjednoczone się nie rozwijały, tylko się cofały.
- Dokładnie. Lockheed, Boeing pozasypiali. I dopiero Elon ich obudził tym swoim szaleństwem. Tyle że w Europie również nastąpiło to przebudzenie.
I moment, w którym technologie kosmiczne zaczynają się tak szalenie zmieniać, oznacza również zrównanie szans, podobnie jak dzieje się to z safety carem.
Bo nagle się okazuje, że to, co kiedyś określone kraje sobie zdobyły, wytworzyły pewne zdolności, to całą swoją przewagę mogą bardzo szybko utracić. Bo się okazuje, że wszyscy zaczynamy od nowa.
Więc teraz jest moment, kiedy należy zainwestować w kosmos, ponieważ teraz jest to przetasowanie. Mamy jako Europa szansę na pole position.
*Rafał Modrzewski jest współzałożycielem ICEYE
Polsko-fińska firma jest pionierem oraz globalnym liderem w segmencie małych satelitów radarowych SAR (Synthetic Aperture Radar) i dysponuje największą na świecie konstelacją radarowych satelitów obserwacyjnych. Jej główna siedziba mieści się w fińskim Espoo, a w Warszawie działają laboratorium badawczo-rozwojowe oraz Centrum Operacji Satelitarnych. Pierwszego satelitę założyciele zbudowali w 2017 roku.
Technologia SAR umożliwia obserwację Ziemi w każdych warunkach pogodowych i dowolnej porze doby. Satelity ICEYE potwierdziły swoją skuteczność podczas wojny w Ukrainie, dostarczając niezbędnych danych ukraińskim siłom zbrojnym. Od 2025 roku z usług firmy korzysta także kwatera główna NATO w Brukseli. Dane SAR służą również do badań naukowych, oceny szkód powstałych w wyniku katastrof naturalnych oraz zarządzania kryzysowego w trudno dostępnych rejonach - firma dostarczała regularne raporty sztabom kryzysowym i służbom podczas powodzi w Polsce w 2024 roku.
Rafał Modrzewski jest nominowany w konkursie EY Przedsiębiorca Roku w kategorii Nowe Technologie / Innowacyjność
Wszystkie komentarze
Ja rozumiem, że jest w Polsce chęć do pokazania jakiegoś naszego sukcesu, ale udawanie to nie jest właściwa droga do celu.
Headquarters
ICEYE
Maarintie 6
02150 Espoo
Finland
Ze strony anglojęzycznej Wiki:
ICEYE Ltd. (natively ICEYE Oy) is a Finnish microsatellite manufacturer and operator.
Ze strony polskojęzycznej Wiki:
ICEYE – fiński producent mikrosatelitów z siedzibą w Espoo i oddziałami w 7 krajach, w tym w Polsce.
A technologie internetowe i e-commerce poszły w odstawkę po kryzysie dotcomów w 2000? :) Nie. One nigdy nie pójdą w odstawkę. Banka pęka, kryzys może być, ale technologia pozostaje z nami na zawsze.