Polska ma jeden z najwyższych wskaźników zanieczyszczenia powietrza w Europie. Szacuje się, że z powodu smogu przedwcześnie umiera w Polsce ponad 40 tysięcy osób rocznie. W dekadę to niemal pół miliona istnień. Węgiel jest nieekonomiczny i szkodliwy dla zdrowia publicznego - mówi Artur Dela, założyciel Eneris Surowce, który studiował filozofię we Francji, pracował z Applem, a duże pieniądze zbił na satelitach.
Piotr Miączyński: Co pan właściwie robi w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych?
Artur Dela, Eneris Surowce*: - A dziękuję za pytanie. Towarzystwo Zachęty jest w pewnym sensie matką obywatelskiego zaangażowania w kulturę. Towarzystwo powstało w 1860 roku. Nie mieliśmy państwa, a mieliśmy naród. A co jest spoiwem polskiego narodu? Kultura.
Ludzie wspierali artystów po to, by tę kulturę zachować i odbudowywać. Dlatego w 1900 roku powstało Muzeum z datków prywatnych.
Dziś paradoksalnie jesteśmy w podobnym momencie - kultura nie może być traktowana jako sprawa wyłącznie rządowa. Przez ostatnie dekady trochę tak było, ale uważam, że ten czas się kończy. Społeczeństwo obywatelskie powinno znacznie mocniej angażować się w kulturę. W Polsce około 98 proc. nowych dzieł trafia do kolekcji prywatnych - i tu wzrasta przestrzeń dla mecenatu prywatnego. Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych widzi swoją misję między innymi właśnie w umacnianiu roli mecenatu prywatnego w kulturze.
Ale na czym to zaangażowanie powinno polegać?
- Powinniśmy wspierać Narodową Galerię, artystów i promować dostęp do sztuki oraz polską sztukę za granicą.
To raczej pan dysponuje tu narzędziami. Czytaj ma pan kapitał.
- Naprawdę się staram pomagać. Chcielibyśmy otworzyć w Polsce duże miejsce przeznaczone na pracownie dla artystów.
Do tej pory Zachęta opierała się głównie na gronie miłośników sztuki. Naszą rolą jest, aby wyjść szerzej. Zachęcić kolekcjonerów, przyciągnąć mecenasów sztuki, wspomóc artystów w autopromocji, przedstawić ich galeriom i przede wszystkim edukować. Ostatecznie każde drzewo ocenia się po owocach. Czy nam się uda wprowadzić coś nowego do Towarzystwa Zachęty, okaże się wtedy, gdy pojawią się kolejne konkretne efekty.
To wymaga troszeczkę czasu.
A pana to naprawdę pasjonuje?
- Tak, bo sztukę kolekcjonuję przede wszystkim dla innych, a nie dla siebie. Chcę, by inni ludzie też ją widzieli i z nią obcowali. Kiedy ktoś wchodzi do naszej siedziby, to widzi, że sztuka jest wszędzie. W korytarzach, gabinetach i w wejściu do budynku – wszędzie są prace muzealne.
Żyjemy i pracujemy obok nich. Jestem przekonany, że sztuka zmienia sposób patrzenia na świat. Często słyszę „Ja się na sztuce nie znam". A ja uważam, że to nie znajomość sztuki jest ważna, ale to, co człowiek czuje, kiedy z nią obcuje.
I co pan wtedy odpowiada?
- Pan nie musi znać się na sztuce. Kiedy byliśmy dziećmi, to każdy z nas rysował, a potem społeczeństwo, szkoła to ucięła. Przestaliśmy rysować, bo ktoś powiedział "nie umiesz". Ale przecież dziecko naturalnie lubi wiersze, lubi rysować, lubi taniec i śpiew. My to mamy naturalnie w sobie. I później…
Tracimy to?
- Niestety tak.
A ja jestem głęboko przekonany, że samo przebywanie ze sztuką otwiera w człowieku obszary myślenia, które na co dzień pozostają uśpione.
Dzięki temu stajemy się bardziej kreatywni i wrażliwsi. Działam w branży surowcowej i ochrony środowiska, co wydaje się odległe od galerii sztuki, ale to błąd poznawczy. Niezależnie od tego, czy jesteś kontrolerem finansowym, prawnikiem czy logistykiem – jeśli dzięki sztuce potrafisz spojrzeć na problem szerzej, jesteś lepszym, bardziej innowacyjnym pracownikiem.
To buduje też atmosferę pracy. Moja firma jest firmą z misją. Wróciłem do Polski, bo czuję się odpowiedzialny za środowisko, a kultura jest jego częścią.
A jak ludzie reagują na tę sztukę?
- To właśnie dzięki niej udaje mi się przyciągać ludzi z talentem. Wchodzą do firmy, rozejrzą się i mówią: ta firma jest inna, to firma z misją. Sztuka nadaje ton całemu otoczeniu, budzi ciekawość i tworzy atmosferę. Pamiętam, jak w 1983 roku wszedłem po raz pierwszy do Apple Computer – od progu czułem, że to przestrzeń myśląca inaczej, odważna.
Miał pan spotkanie z szefem Apple, które wtedy planowało wprowadzenie na rynek komputera Macintosh. Agencja reklamowa BBDO, w której pan pracował, wprowadziła markę Apple do Francji, potem do Europy, a w końcu dostaliście budżet na cały świat.
- To było dla mnie ważne doświadczenie.
Pamiętam, że atmosfera w Apple była zupełnie inna, niż w tradycyjnych korporacjach tamtych lat. Wszedłem tam i zobaczyłem przy wejściu stół do tenisa stołowego, przy którym grali pracownicy. Dziś w startupach to standard, ale 40 lat temu to był szok kulturowy. Zrozumiałem wtedy, jak bardzo przestrzeń i sposób pracy wpływają na myślenie ludzi.
Dziś podobnie patrzę na obecność sztuki w firmie. To element kultury organizacyjnej, który realnie wpływa na sposób działania. Odbywam niewiele spotkań poza biurem, również dlatego, że kontrahenci lubią do nas przychodzić. Czują tu inną jakość.
Że wnosi pan coś do społeczeństwa?
- Taką mam nadzieję. Udostępniam dzieła sztuki na wystawy. Wspieramy Pawilon Polski na Biennale Sztuki w Wenecji i inne. Państwowe muzea potrzebują współpracy z kolekcjonerami i mecenasami, ponieważ dzisiaj to kolekcjonerzy kupują większość nowych prac.
Ale chcę to podkreślić – sztuka powinna być widoczna: w muzeach, w przestrzeni publicznej, wśród ludzi. To jej sens.
Skończył pan filozofię, a pracował przy wprowadzaniu na rynek Apple. Założył pan własną firmę i tworzył prywatne kanały telewizyjne. Był pan pierwszym prywatnym udziałowcem Eutelsatu, europejskiego operatora satelitarnego. To, skąd się panu te odpady wzięły?
- Pytanie brzmi: dlaczego po high-tech zająłem się odpadami? Bo tu jest realny, gigantyczny problem do rozwiązania.
Przez lata odpady były tematem tabu: wywożono je na wysypiska, byle dalej od wzroku mieszkańców. Dziś to nie są już śmieci, to jest surowiec.
Nowoczesna gospodarka odpadami to de facto przemysł energetyczny i materiałowy. Im więcej przetwarzamy, tym więcej odzyskujemy energii i surowców, których nie musimy wydobywać z ziemi. To niezwykle skomplikowany, technologicznie zaawansowany i trudny biznes. Gminy czy małe firmy nie mają zaplecza kapitałowego i technologicznego, by sprostać wymogom środowiskowym. Tu potrzeba skali, wizji, inwestycji i korporacyjnego know-how.
A dlaczego to taki brutalny biznes?
- Ponieważ operujemy na styku usług publicznych i twardej gry rynkowej. Odpady komunalne są powierzane w drodze przetargów. Gmina oczekuje najniższej ceny, a jednocześnie musi wykazać rosnące poziomy recyklingu, które narzuca prawo.
To rodzi ogromną presję na marże i efektywność. Kiedy wchodziłem na ten rynek w Polsce, był on bardzo rozdrobniony. Działało kilka koncernów międzynarodowych i mnóstwo małych podmiotów, ale brakowało silnego, polskiego lidera, który podszedłby do tematu kompleksowo.
Moją misją jest stworzenie podmiotu, który zagospodaruje odpady całościowo. Dzwoni do nas miasto lub zakład przemysłowy, a my nie tylko odbieramy ładunek, ale gwarantujemy, że zostanie on przetworzony, a nie porzucony. Odzyskujemy szkło, plastik, papier, frakcję bio. To fascynująca inżynieria materiałowa.
Mówi pan: "zielonego trendu nie da się zatrzymać. To nie jest kwestia decyzji politycznej, tylko zdrowego rozsądku". Tyle że ludzie chcą zatrzymać tę zieloną rewolucję, bo uważają, że będzie ich zbyt dużo kosztowała. Oni by chcieli, żeby było tak jak po staremu. Czyli żeby dalej były kopalnie, energia z węgla i tak dalej.
- Spójrzmy na liczby, a nie na sentymenty. Energia z węgla jest dziś po prostu droższa niż energia z OZE. Co więcej, węgiel, który spalamy, w coraz większym stopniu pochodzi z importu, bo polskie wydobycie jest kosztowne i trudne. Jako kraj płacimy gigantyczne kwoty za emisję CO2. Ale koszt ekonomiczny to jedno. Jest jeszcze koszt społeczny.
Polska ma jeden z najwyższych wskaźników zanieczyszczenia powietrza w Europie. Szacuje się, że z powodu smogu przedwcześnie umiera w Polsce ponad 40 tysięcy osób rocznie. W dekadę to niemal pół miliona istnień. To cena, którą płacimy za trwanie przy starych technologiach. Węgiel jest nieekonomiczny i szkodliwy dla zdrowia publicznego
Węgiel jest według niektórych patriotyczny. Świadczy o naszej niezależności.
- Nie jestem wrogiem górnictwa. Mój dziadek był górnikiem, wychowałem się na Śląsku i doskonale rozumiem etos tej pracy oraz jej znaczenie dla tożsamości regionu, ale
prawdziwy patriotyzm to dbanie o przyszłość, a nie o przeszłość.
Nasza infrastruktura węglowa jest u kresu wytrzymałości technicznej. Budowa nowych bloków węglowych to droga donikąd. Zielona transformacja, jeśli przeprowadzona mądrze, nie musi być droższa. Gospodarka o Obiegu Zamkniętym (GOZ) to nic innego jak gospodarność. Jeśli mam surowiec w butelce, którą wyrzucam, to tańsze i mądrzejsze jest jej przetworzenie, niż importowanie ropy do produkcji nowej. Lepiej produkować prąd ze słońca nad własnym dachem niż sprowadzać gaz z drugiego końca świata.
Jak masz materiał, to odzyskaj go.
- Dokładnie. Jak masz ciepło odpadowe, wykorzystaj je. Uważam, że przyszłością ogrzewnictwa miejskiego jest wykorzystanie ciepła z procesów przemysłowych i termicznego przekształcania odpadów. Jeśli mamy zakład produkcyjny, który generuje ciepło jako "odpad", to powinniśmy to ciepło wtłoczyć do sieci miejskiej, zamiast je marnować. Dobrze wdrożony obieg zamknięty powinien stabilizować ceny usług komunalnych. Opór społeczny wynika z lęku i braku rzetelnej wiedzy. Rolą biznesu i państwa jest to wytłumaczyć i pokazać korzyści.
A działa już gdzieś ten system odzysku energii, tak, żeby zapewnić tę energię cieplną dla miasta?
- Oczywiście. To standard w Skandynawii, w Niemczech, w wielu krajach rozwiniętych.
A w Polsce?
- Również. Historycznie duże zakłady, jak huty czy rafinerie, ogrzewały sąsiednie osiedla. Koncept nie jest nowy, nowa jest technologia i skala. Teraz chodzi o to, by robić to w sposób bardziej rozproszony i efektywny, wykorzystując instalacje termicznego przekształcania odpadów.
I będzie pan to wdrażał na małą skalę?
- Pracujemy nad takimi rozwiązaniami. Planujemy budowę instalacji, w których energia odzyskana z odpadów komunalnych i biomasy zasili procesy przemysłowe, a ciepło resztkowe trafi do lokalnych sieci ciepłowniczych. Analizujemy projekty zarówno na północy, jak i na południu Polski.
Sama Unia Europejska w tym momencie się spiera, że zbyt szybko idziemy z tą rewolucją, jest bardzo dużo głosów sprzeciwu.
- Każda rewolucja technologiczna budzi opór. Gdy wchodziły komputery, ludzie pytali: po co nam e-mail, skoro mamy faksy? Gdy pojawił się telefon, zwolennicy telegrafu pukali się w głowę. Czy wszystko w UE jest wdrażane idealnie? Nie. Komunikacja oparta na nakazach i zakazach rzadko jest skuteczna.
Ludzie reagują alergicznie, gdy słyszą "będziesz płacić więcej, bo Bruksela tak chce". Ja też się temu sprzeciwiam. Musimy mówić językiem korzyści: zobacz, ten worek na śmieci wraca do ciebie jako energia lub nowy produkt. To buduje niezależność surowcową kraju.
Czyli zamiast "zielony ład" powiedzieć ludziom, że trzeba wykorzystać to, co mamy.
- Tak. Dzieci to rozumieją błyskawicznie – segregują, bo wiedzą, że to chroni ich świat. Dorośli kalkulują, ale system kaucyjny, który teraz wdrażamy, też ma ten wymiar edukacyjny i ekonomiczny. Odzyskujemy surowiec, zamiast kupować go od zagranicznych koncernów. Czy naprawdę mamy jeszcze wątpliwości co do zmian klimatu? Czy nie widzimy, że zasoby wody w Polsce drastycznie maleją?
Dlaczego nam brakuje?
- Polska ma jedne z najmniejszych zasobów wody pitnej w Europie. W przeliczeniu na mieszkańca jesteśmy w ogonie kontynentu, w sąsiedztwie krajów południa Europy.
Ale ludzie o tym nie wiedzą.
- To nasza rola, by o tym mówić. Jesteśmy krajem rolniczym i chcemy być przemysłowym, a oba te sektory potrzebują wody. Musimy ją szanować i retencjonować. Rabunkowa gospodarka wodna obniża poziom wód gruntowych i stepowi kraj. Zielony porządek to nie ideologia, to odpowiedzialność za własne podwórko. Za to, by nasze dzieci miały w jakich warunkach żyć.
*Artur Dela, rocznik 1956, urodzony w Polsce, ma obywatelstwo polskie i francuskie. Tworzona przez niego Grupa Eneris Surowce powstała w 2015 roku w wyniku nabycia polskiego oddziału firmy Veolia, specjalizującego się w gospodarce odpadami. Dziś jest nowoczesnym przedsiębiorstwem działającym w obszarze odzysku surowców. Celem właściciela jest stworzenie niezależnej, polskiej platformy ochrony środowiska i zielonej transformacji.
Artur Dela w konkursie EY Przedsiębiorca Roku jest nominowany w kategorii Produkcja i Usługi. Patronat nad konkursem objęła redakcja Wyborcza.biz.
Wszystkie komentarze
Polska pomnikiem węgla, ponieważ tzw. "w kryzysie biedy" mają dożywotnie prawo trucia otoczenia. I nie, nie chodzi o polskie górnictwo, bo ostatnio trucie odbywało się tańszym węglem ruskim. Nic to nie ma wspólnego z patriotyzmem. Wręcz przeciwnie. To jak sabotaż, kolaboracja. Nic się nie zmieni, bo inaczej suweren wyjdzie na ulicę
Żyjemy kosztem przyrody z przed milionów lat - węgiel i ropa.
Pytanie ; jak długo. Tutejsze barany "myślą" ; że drzewa na Rynku Gł.
w Krakowie nas uratują ( plusów na ten temat ok 90%).
A jest nas prawie 9 mld !
Węgiel i ropa - kończą się - i już nie są(nie będą)problemem.
I tyle - BARANY.
W moim mieście elektrownia weglowa dożywa swojego kresu i ma byc zlikwidowana.
Nagle ma mnostwo obrońcow.
Ale jak jakieś dwa lata temu byl projekt, żeby w tej elektrowni zrobic spalarnię odpadow, to ci sami co teraz protestują przeciwko likwidacji, byli przeciwko spalarni.
Taka hipokryzja.
Kopalnia też jest do likwidacji, jej węgiel kupuje tylko sąsiednia elektrownia (do likwidacji).
Tu znowu placz, bo wegla jest jeszcze na kilkadziesiąt lat.
Nie ważne, że tego wegla z tej kopalni nikt nie chce, nie wazne, że koszt wydobycia jest wyższy niz cena sprzedaży, nie ważne, że żeby do tych złóż dostać się, trzeba wylożyc bardzo dużą kasę, której kopalnie (PGG) ne ma, bo od lat jedzie na stratach.
to nasi kopacze byliby bezrobotni.
Słychać to już od ponad trzydziestu lat i dalej dotacje dla kopaczy
bo to głosy wyborcze, a nasze zdrowie może poczekać
By nam buty mogły śmierdzieć,
Jak śmierdziały przed stu laty…"
O powietrze. Jest skażone opadem smogowym oraz tonami piasku sypanymi na ulice zimą, nawet gdy nie ma takiej potrzeby. Dziś np. mam cały chodnik umorusany piachem gdy dobrze wiadomo, że jest odwilż. Popołudniem będzie breja a od wiosny tumany kurzu.
Porównajcie zdjęcia choćby na google maps jaka jest czystość na zachodzie południu i u nas. Nie zauważyliście, że auta jeżdżą brązowe po dach? Nie zauważyliście, że będąc za granicą praktycznie nie trzeba ich myć? Nie zauważyliście, że nawet w lato, auto jest brudne na 2-3 dzień po myciu? Nie zauważyliście, że chodząc w sandałach po Rzymie stopa pozostanie czysta? A po Warszawie będzie czarna?
To jest nasze powietrze. Toksyczne, skażone, wiecznie brudne, ciągnące tumany kurzu za sobą w letni, suchy dzień. My tym oddychamy.
Państwo polskie powinno zostać za to pozwane.
Nie jestem w stanie zrozumieć ani jednej osoby, która ma to "gdzieś". To nas dosłownie zabija. Dostaje się do płuc i krwioobiegu. Niszczy i demoluje wszystko gdzie trafi.
No i estetyka. My po prostu brudni jesteśmy.