Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiceminister infrastruktury Rafał Weber mówił podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego we wrześniu, że jak dotąd w transporcie publicznym nie potwierdzono żadnego ogniska zakażeń koronawirusem. 

Miesiąc później podobnie mówił wiceminister infrastruktury Marcin Horała, w programie "Tłit" WP: – Placówki ochrony zdrowia, domy opieki społecznej, imprezy towarzyskie – tam w największym stopniu dochodziło do wzrostu zachorowań. Z danych wynika, że transport publiczny jest bezpieczny. 

Te wypowiedzi giną jednak wśród innych, które transportem straszą.  

W marcu minister infrastruktury Andrzej Adamczyk apelował, by samorządy zawiesiły na czas epidemii opłaty parkingowe, by ci, którzy muszą jechać do pracy, dla bezpieczeństwa jechali autem. Orlen, do pary, zaproponował tańsze paliwo, by Polacy “korzystali z własnych samochodów, zamiast komunikacji zbiorowej”.  

Podobnie ostrzegali: MEN ("w miarę możliwości unikaj transportu publicznego"), Łukasz Szumowski ("Boję się transportu publicznego ze szkół i do szkół”), Piotr Gliński (“W pandemii głównym zagrożeniem jest transport publiczny”) i rzecznik rządu Piotr Müller (“Gdyby do siłowni, kin czy teatrów można było dostać się z pominięciem transportu publicznego, to decyzja [o ich zamknięciu] byłaby pewnie inna”. 

Skąd dane, że transport zagraża zakażeniem?

– Z sufitu. Nie ma żadnych argumentów i żadnych badań, na podstawie których rząd może mówić o zagrożeniu i wprowadzać obostrzenia – mówi Paulina Matysiak, posłanka Partii Razem (klub Lewicy) i przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Walki z Wykluczeniem Transportowym. Jakie to obostrzenia? Zajęte może być 50 proc. miejsc siedzących lub 30 proc. wszystkich.

By się upewnić, że nie ma dowodów na zagrożenie, zapytała Polskiej Akademii Nauk. Usłyszała, że "nie są dostępne dane dotyczące ryzyka zakażenia SARS-CoV-2 w związku z używaniem konkretnego środka transportu publicznego w Polsce". 

Badania przeprowadzały za to zagraniczne instytucje. We Francji tylko 1,2 proc. zakażeń wirusem, zarejestrowanych między 1 maja a 28 września, miało miejsce na pokładzie samolotów, statków lub w pociągach. Głównymi winowajcami są zaś praca w firmach, szkoły, uniwersytety, imprezy publiczne i prywatne oraz ośrodki zdrowia. One są odpowiedzialne za dwie trzecie zakażeń.

W Hongkongu odnotowano tylko 68 przypadków zakażeń w transporcie publicznym na 100 tys. Podobne wyniki odnotowało Tokio, gdzie dodatkowo zabroniono rozmów w autobusach czy pociągach. Badania nie wykazały, by źródłem zakażeń były te pojazdy – były nimi za to siłownie czy kluby karaoke. 

Dalej. W Stanach Zjednoczonych zarejestrowano 2,2 tys. zakażeń w transporcie na 100 tys. (czyli 2,2 proc.), a w Hiszpanii 1,6 tys. na 100 tys. potwierdzonych zachorowań (1,6 proc.). W Londynie, według szefa transportowej spółki metropolitalnej Transport for London (TfL) w transporcie publicznym nie było potwierdzonego ani jednego przypadku zakażenia w metrze. 

W Niemczech, na ponad 55 tys. przypadków zachorowań na koronawirusa, w środkach komunikacji zbiorowej doszło tylko do 90 zakażeń. Co ciekawe, nie było przy tym nawet ograniczeń w liczbie pasażerów w autobusach czy pociągach. – Ministerstwo Infrastruktury nie zapoznało się z tymi wynikami albo nie wyciągnęło wniosków. Nie zleciło też podobnych badań w Polsce – mówi posłanka.

PKP Intercity i warszawski ZTM przekonują, że nie ma potwierdzonych przypadków, by pasażer zakaził się podczas podróży. Czy to wyklucza jednak taką możliwość? Michał Wolański, ekspert transportowy z SGH, zwraca uwagę, że można się posłużyć prostym wskaźnikiem: na kolei konduktorzy nie zarażali się częściej niż inni pracownicy firmy.

– To potwierdza wyniki badań, które negują, że transport zbiorowy jest źródłem zakażeń. Gdyby było inaczej, konduktorzy chorowaliby masowo, a wcale tak się nie dzieje. Powinno to przekonać nawet laika w temacie transmisji wirusa – mówi Wolański.

Gęsty rozkład jazdy 

A jaki jest najlepszy sposób, by zawsze czuć się bezpiecznie w transporcie zbiorowym? Zapewniłoby to po prostu rozwijanie go. Czyli musi być częsty i musi go być dużo. Wtedy zatłoczenie w pojazdach będzie mniejsze, co pomoże nie tylko na koronawirusa i nie tylko w czasie pandemii.

Dlaczego właściwie, wbrew intuicji, do zakażeń nie miałoby dochodzić w transporcie publicznym? To kwestia na przykład wymiany powietrza. Wiele nowszych pojazdów jest wyposażonych w systemy wentylacyjne lub klimatyzacyjne, a wszystkie i tak regularnie otwierają drzwi, zapewniając przewietrzenie.

– W związku z pandemią nie ma już przystanków na żądanie. Autobusy zatrzymują się na każdym i otwierają drzwi dla lepszej cyrkulacji powietrza – mówi rzecznik warszawskiego ZTM, Tomasz Kunert. 

Do tego w transporcie publicznym przebywa się najczęściej krótko i generalnie nosi się maseczki. To przeciwieństwo kina czy restauracji, gdzie maseczki można zdjąć (czasem ukradkiem) i przesiaduje się w zamkniętym pomieszczeniu.  

By zwiększyć bezpieczeństwo w autobusach, tramwajach czy pociągach, przewoźnicy lub/i zlecający transport spisali specjalne wytyczne. Warszawski ZTM nakazał przewoźnikom m.in. codzienne przecieranie poręczy kasowników, biletomatów, uchwytów oparć, uchwytów poręczy i przycisków środkami dezynfekującymi. Jak mówi Kunert, wykonywanie tych zabiegów jest kontrolowane przez ZTM w zajezdniach.  

Nowe rozwiązania w autobusach, wspomagające utrzymywanie bezpieczeństwa epidemiologicznego, proponuje też ich producent, Solaris. Wśród nich są:

* bramki świetlne, które rozpoznają osoby chcące wejść do autobusu lub opuścić pojazd, umożliwiające bezdotykowe otwieranie i zamykanie drzwi;

* montaż urządzeń dozujących płyn do dezynfekcji rąk na poręczach we wnętrzu autobusu. Zakupiło je już MPK Poznań;

* systemy liczące pasażerów;

* zamknięte kabiny kierowcy, gwarantują kierowcom oddzielne urządzenia wentylacyjne i klimatyzacyjne.

Instalacje mogą być montowane w nowych, dopiero zamawianych pojazdach, jak i starych.

Solaris radzi też klientom użytkować i utrzymywać urządzenia wentylacyjne i klimatyzacyjne w autobusach. Dzięki temu można zwiększyć bezpieczeństwo pasażerów oraz ograniczyć do minimum ryzyko przeniesienia się infekcji w autobusie. 

Bezpieczniej niż w domu

– Propozycje rozwiązań antywirusowych sprawiają, że pojazdy komunikacji publicznej są bezpieczne również w czasie epidemii. Można nawet stwierdzić, że są one nawet bezpieczniejsze niż wiele innych zamkniętych przestrzeni publicznych czy prywatnych, gdzie nie stosuje się tego typu środków prewencyjnych – mówi Javier Calleja, prezes Solarisa.  

Trudniej niż instalować nowy sprzęt, jest jednak zmienić sposób myślenia o transporcie zbiorowym. To wydaje się dziś największym problemem.

– Decydenci polityczni nie rozumieją roli transportu publicznego. Rezygnację z niego traktują na równi z rezygnacją z wyjścia do kina, dlatego lekką ręką przypisują mu zagrożenia i nakładają obostrzenia. Mogą się przy tym pokazywać, jak panują nad pandemią – mówi Paulina Matysiak. 

Bo, jak tłumaczy, obostrzenia w transporcie zbiorowym są nieraz widowiskowe. Na drzwiach ostrzeżenia o limitach pasażerów, a w środku pozaklejane taśmami miejsca, które mają być wolne. – To działa na wyobraźnię. Wchodzimy do autobusów czując się, niesłusznie, od razu jak w strefie zagrożenia – mówi.  

Efekt jest taki, że mniejsza liczba pasażerów (bo siedzą w domach) pogarsza sytuację przewoźników. Przewoźnicy ponoszą duże straty finansowe. 

Inna sprawa, że obostrzenia są nieraz czysto teoretyczne. Pasażerów nikt (prócz PKP Intercity, które ma system rezerwacyjny) nie liczy i do pociągów regionalnych czy PKS-ów zwykle wsiada tyle osób, ile musi. Po prostu innej opcji dojazdu wiele osób nie ma. Z kolei dla przewoźników, którzy obostrzeń chcieliby przestrzegać, możliwość zabrania tylko połowy pasażerów oznacza, że kursy będą nieopłacalne.

– A w autokarach zwykle i tak nie ma tłoku, bo wchodzi do nich tylko tyle pasażerów, ile jest miejsc siedzących. Obostrzenia w transporcie zbiorowym powinny więc być zdjęte – mówi Matysiak.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.