Akcja ratownicza w górach to dla wielu widowisko. Dla ratowników TOPR - moment, w którym jedna nieprzemyślana decyzja może zamienić akcję ratunkową w kolejną tragedię. - Każdy poderwany kamień czy przedmiot stanowi dla nas śmiertelne zagrożenie - przypominają.
Nepalski przewodnik Hillary Dawa Szerpa został odnaleziony pod Mount Everestem. Zaginął sześć dni temu na wysokości 7900 m n.p.m. i był uważany za zmarłego.
Sekundy decydowały o życiu rannych po wypadku na drodze. Gdy śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego przygotowywał się do lądowania, w pobliżu pojawił się dron. Niewielka maszyna mogła doprowadzić do katastrofy. Sprawa została zgłoszona policji.
Po niemal 10 dniach spędzonych zalanej wodą jaskini czterech Laotańczyków wyszło z niej o własnych siłach. Ratownicy nadal jednak poszukują dwójki zaginionych.
Komora, gdzie przebywają, znajduje się ponad 300 metrów od wejścia, a prowadzący do niej wąski korytarz zalany jest wodą. Nadal nic nie wiadomo o losach dwóch pozostałych zaginionych.
Siedem osób od tygodnia przebywa w jaskini odciętej przez powódź. Nurkowie usiłują do nich dotrzeć, ale nawet jeśli się uda, nie wiadomo, jak ich stamtąd wyciągnąć.
Wychodzą na jaw dramatyczne szczegóły akcji ratunkowej humbaka, które stawiają pod znakiem zapytania nie tylko profesjonalizm zaangażowanych osób, ale przede wszystkim etyczny wymiar całego przedsięwzięcia.
Humbak Timmy został wypuszczony na Morzu Północnym. Wieloryb sam opuścił barkę, w której był transportowany i popłynął na północny zachód. To dobry znak, ale biolodzy studzą emocje: prawdziwy sukces będzie można ogłosić dopiero wtedy, gdy zwierzę przeżyje kolejne dni i wróci do normalnego żerowania.
Losy humbaka uwięzionego na Bałtyku wywołały medialną histerię. Timmy został ostatecznie zabrany z mielizny i jest transportowany barką na północ, ale stan zwierzęcia jest krytyczny. Organizatorzy akcji są pełni optymizmu, ale eksperci oceniają, że szanse na przeżycie humbaka są niewielkie.
Strażacy z Lubania i Pobiednej uratowali bociana, który spadł na dno kilkudziesięciometrowego komina. Akcja trwała ponad godzinę i wymagała ręcznego rozebrania podstawy konstrukcji.
List z nazwiskami ponad 400 osób trafił do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Błagają w nim o pomoc w wydostaniu się ze Sri Lanki i Malediwów.
Ratownicy TOPR dostali zgłoszenie o pomoc z rejonu Kasprowego Wierchu. Narciarze utknęli na popsutej kolejce krzesełkowej w Kotle Goryczkowym.
W pobliżu miejscowości Goppenstein, w południowej części Alp Szwajcarskich, wykoleił się w poniedziałek pociąg - poinformowała na platformie X lokalna policja. Funkcjonariusze przekazali, że w wyniku tego zdarzenia rannych zostało pięć osób.
- To był nadludzki wysiłek - mówi CNN australijski komendant ratownictwa morskiego Paul Bresland. - Dwie godziny bez kamizelki ratunkowej, ale udało mu się.
W poniedziałek, około godziny 12, służby otrzymały zawiadomienie o mężczyźnie leżącym nieruchomo na lodzie Zatoki Puckiej. Zgłoszenie przekazał przechodzień, który zauważył go z brzegu.
Dziewczynki weszły na zamarznięty Kanał Bydgoski w okolicy śluzy. W pewnym momencie załamał się pod nimi lód. Na pomoc wezwano straż pożarną.
Do zdarzenia doszło w sobotę 10 stycznia około godziny 10. Strażacy z Tczewa zostali wezwani do akcji w miejscowości Szczerbnięcin. W jeziorze tonęło auto.
W piątkowe (9 stycznia) popołudnie doszło do wypadku w należącej do KGHM kopalni Polkowice-Sieroszowice. W podziemnym wyrobisku skały spadły na jedną z maszyn, w której uwięziony został górnik.
Młodemu pacjentowi z odległego szpitala ustawała akcja serca, leki nie pomagały. - Bez naszej pomocy chłopak nie miał szans na przeżycie - mówi anestezjolog Bartłomiej Kociński.
Nowy Rok w Bydgoszczy minął spokojnie, choć doszło do dramatycznej akcji ratunkowej na Brdzie przy spichrzach. Imprezowicz wpadł do rzeki, a policja chwali świadków, którzy pierwsi ruszyli z pomocą.
- W Skandynawii pod lodem ginie kilka osób rocznie. W Polsce kilkadziesiąt. U nas nie ma kultury korzystania z lodu - uważa Przemysław Rembielak, strażak z 40-letnim stażem.
Pali się dawny budynek kolejowy w centrum miasta. Jak nieoficjalnie ustaliła "Wyborcza" ogień został już okiełznany, nie rozprzestrzenia się. - Nie potwierdza się informacja, by w pustostanie przebywały osoby bezdomne - mówi Piotr Szwiec z wrocławskiej straży pożarnej.
Już podczas ewakuacji, kiedy mieszkańcy opuszczali blok, jedno z dzieci powiedziało strażakowi, że w budynku został jego tata. Strażacy ruszyli na pomoc. W jednym z mieszkań znaleźli nieprzytomnego mężczyznę.
W poniedziałek, 6 stycznia tego roku pogoda w Tatrach była zła. Silnie wiało, panował mróz i mgła. Mimo to 28-letni Jakub K. zdecydował się na wysokogórską wyprawę. Zabrał ze sobą 8-letnią córkę.
Ratownicy TOPR ewakuowali w Tatrach dwóch turystów, którzy zgubili szlak w rejonie Orlej Perci i weszli w przepaścisty, pokryty śniegiem teren. Nie potrafili się z niego wydostać, nie mieli ze sobą odpowiedniego ekwipunku.
W tym miejscu łatwo uderzyć w dno nawet kajakiem, a co dopiero dużym, pływającym domem z 25 osobami na pokładzie. WOPR interweniował na Duńczycy, gdzie tak zwany house boat utknął na mieliźnie.
Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe ujawniło szczegóły dramatycznej akcji pod Rysami. W wypadku zginęło tam dwóch turystów. Udało się uratować osiem innych osób, które także znalazły się w tarapatach pod tym szczytem w Tatrach.
Do Grupy Jurajskiej GOPR dotarło zgłoszenie o braku kontaktu z grotołazem, który nie wyszedł o ustalonej godzinie alarmowej z jaskini Piętrowej Szczeliny koło Mirowa w pow. myszkowskim. Na miejsce natychmiast ruszyli ratownicy.
Do akcji ratunkowej na Akademickiej Perci wysłano śmigłowiec. Chory mężczyzna i towarzysząca mu kobieta weszli na najbardziej niebezpieczny szlak Babiogórskiego Parku Narodowego bez przygotowania. W dodatku ten szlak jest zamknięty dla turystów.
Zagrożony rejon zabezpieczono tamami przeciwwybuchowymi. W akcji w kopalni Szczygłowice wzięło udział prawie 600 zastępów ratowniczych.
Poważnymi obrażeniami dla jednego z turystów skończyło się nocne zimowe wyjście na szlak w Karkonoszach na Kozich Grzbietach. Akcja czeskich i polskich ratowników skończyła się po kilku godzinach.
Koszty akcji ratunkowych powinni pokryć ci, którzy idą na zamknięte szlaki - grzmią wędrujący po górach, komentując niedzielną akcji GOPR ze śmigłowcami, gdy ratowano osoby, które zignorowały górski zakaz. Szef GOPR przekonuje, że nie tędy droga.
Mężczyzna na wyprawę w Tatry zabrał swoje dziecko, mimo silnego mrozu i huraganowego wiatru. Oboje trafili do szpitala, gdzie lekarze stwierdzili odmrożenia rąk i nóg.
W sobotni (4 stycznia) wieczór w Dębogórzu wybuchł pożar. Na miejscu lądował śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, który zabrał do szpitala poważnie ranną osobę.
Po ośmiu godzinach akcji ratunkowej, prowadzonych nocą w trudnych warunkach, sprowadzono do schroniska Murowaniec turystę, który utknął w rejonie Żlebu Kulczyńskiego.
Na miejscu pracuje prawie 30 zastępów straży pożarnej. Z budynku ewakuowano 36 osób.
W akcji ratunkowej bierze udział ekipa nurków Państwowej Straży Pożarnej. Niewykluczone, że w akcji wykorzystana zostanie komora hiperbaryczna.
Przypadkowy spacerowicz zauważył ciało mężczyzny unoszące się w wodach Odry we Wrocławiu. Nieoficjalnie wiadomo, że miał skrępowane ręce i nogi. Znaleziono przy nim także plecak.
W mieszkaniu przy ul. Otolińskiej wybuchł pożar. Policjanci wynieśli z niego dwóch mężczyzn. Jeden z nich zmarł na skutek poniesionych obrażeń.
Senior i jego córka utknęli na zamkniętej nekropolii na Junikowie na cztery godziny i prawie spędzili tu noc. Inna osoba forsowała kilka dni wcześniej płot cmentarza. Wszystko przez wprowadzoną niedawno zmianę.
Copyright © Wyborcza sp. z o.o.