Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
To przez nią lada chwila paliwo w całym kraju kosztować będzie 5,8 zł - pisze "Dziennik Gazeta Prawna". I niestety najprawdopodobniej nie będzie najwyższy poziom cen. Bo drożeje nie tylko ropa, lecz także dolar. Wystarczy, że tendencje widoczne na rynkach surowcowym i walutowym utrzymają się jeszcze przez dwa tygodnie, a na stacjach ceny wszystkich paliw będą się rozpoczynały cyfrą 6.

- Rosnące ceny ropy uderzą przede wszystkim w osłabione kraje Europy Zachodniej oraz w gospodarki wschodzące, takie jak Polska. Inwestorzy zaczną wyprzedawać ich kupować dolary. W efekcie można się spodziewać umocnienia amerykańskiego pieniądza - tłumaczy Marek Rogalski, główny analityk DM BOŚ. Upraszczając tę filozofię - ropa jest droga, bo drogi jest dolar, a dolar jest drogi, bo droga jest ropa. Koło się zamyka. Widać to było już po wczorajszych notowaniach walut - po południu za dolara płacono 3,13 zł - o kilka groszy więcej niż pod koniec ubiegłego tygodnia.

Czy padnie granica 6 złotych?

Dla kierowców oznacza to same złe wieści - wystarczy, że dolar dobije do 3,2 zł, co może nastąpić jeszcze w tym tygodniu, a Orlen i Lotos będą kontraktowały baryłkę - po przeliczeniu - po 400 zł. To zaś wystarczający powód do tego, aby już na początku przyszłego tygodnia ceny stacjach otarły się o psychologiczną granicę 6 zł za litr.

Od lutego ropa Brent podrożała o 15 dol., przebijając pod koniec ubiegłego tygodnia poziom 126 dol. Co prawda wczoraj płacono za nią 124 dol., jednak analitycy twierdzą, że to tylko skromna korekta.

- Szybkiego uspokojenia sytuacji na rynku surowca nie ma co oczekiwać. Obecnie największy wpływ na jego cenę ma czynnik polityczny, czyli groźba poważnych konfliktów w Iranie i Syrii, które w dodatku mogą się rozlać na inne kraje eksportujące ropę - wyjaśnia Urszula Cieślik, dyrektor działu prognoz i analiz w firmie Reflex. Dodaje, że obecnie to właśnie polityka jest najmniej przewidywalnym i jednocześnie najbardziej wpływowym czynnikiem decydującym o cenie ropy. Z kolei krótkowzrocznym politykom, głównie z krajów zagrożonych niewypłacalnością, właśnie na drogiej ropie zależy - w końcu im droższe paliwo kierowcy wlewają do baków swoich aut, tym wyższe kwoty przelewają do państwowych budżetów.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.