Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Opcje walutowe miały zabezpieczyć eksporterów przed spadkiem kursu euro. Na czym polegały umowy? "Parkiet" wyjaśnia, że banki zobowiązały się w nich do wykupienia waluty, np. euro, po określonym kursie, wyższym od obecnego. Do firm było to korzystne, gdyż polska waluta systematycznie się umacniała. Według gazety umowy zawierały jednak kruczek: gdyby złoty się osłabił, firma, która sprzedawała bankowi w transzach np. 10 mln euro po 3,5 zł, musiałaby w określonych terminach dostarczyć dużo więcej walut, np. 100 mln euro, po tym samym kursie. Dodatkowo część umów pozwala bankom zerwać umowę w przypadku umacniania się złotego i zawrzeć nową. Firmy nie zastrzegły sobie takiego prawa w przypadku osłabiania się waluty.

Dziś firmy, które nie mają odpowiedniej ilości euro muszą zapłacić bankom różnicę między ceną waluty z dnia rozliczenia transakcji a uzgodnionym z bankiem kursem.

Z danych "Parkietu" wynika, że zobowiązania niektórych przedsiębiorstw przekraczają ich kapitał własny, grożą utratą płynności i bankructwem. Pierwszą firmą, która przyznała się do strat jest "Ciech" - w III kwartale z tytułu transakcji walutowych stracił 38,6 mln zł. Dziś do strat mogą przyznać się Zakłady Chemiczne Police. "Parkiet" twierdzi, że kłopoty mogą mieć też Zakłady Azotowe Puławy.

Gazeta twierdzi, że przedsiębiorcy, którzy podpisali opcje walutowe albo nie doczytali umów, albo nie przewidzieli, że złoty zacznie się osłabiać. Specjaliści od transakcji walutowych przyznają anonimowo na łamach gazety, że umowy trudno nazwać transakcją zabezpieczającą. Są raczej chwytem pozwalającym na bieżące poprawienie wyników finansowych.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.