Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
- Bezprecedensowy przetarg na majątek stoczni w Gdyni zakończył się sukcesem - deklaruje minister skarbu Aleksander Grad. Z 31 elementów majątku stoczni, udało się sprzedać 25, za 288 mln złotych (cały majątek stoczni wyceniono na 307 mln zł). To, co zostało niesprzedane, pójdzie na aukcję, 21 maja.

Ale najważniejsze elementy majątku stoczni, te, które pozwalają produkować statki - znalazły nabywcę.

Skąd pochodzi nabywca - Stichting Particuler Fonds Greenrights? Minister skarbu Aleksander Grad nie chciał ujawnić, zasłaniając się dobrem transakcji.

Nieoficjalnie wiadomo, że firma jest powiązana z kapitałem z Kuwejtu i Kataru. Te państwa, cieszące się gigantycznymi zyskami ze sprzedaży ropy, od lat inwestują w cenne aktywa przemysłowe w całej Zachodniej Europie. A teraz także w Polsce.

Dla Grada najważniejsze jest jednak co innego. - Inwestor potwierdził, że chce kontynuować produkcję w stoczni w Gdyni. Produkcję w oparciu o doświadczenia polskich inżynierów, polskich stoczniowców - cieszył się Grad.

Nabywca stoczni ma ułatwione zadanie. Kupił ją w ruchu (ledwie co wodowano w niej ostatni statek). A zgodnie z umową z Komisją Europejską, tak podzielony i sprzedany majątek stoczni jest już "czysty", pozbawiony jakichkolwiek zobowiązań. Nowy właściciel nie musi się przejmować ciążącą pomocą publiczną. Na jej częściową spłatę pójdą pieniądze, uzyskane w przetargu, tak samo jak na spłatę "starych" stoczniowych długów. Ale to już nie jest problem katarsko-kuwejckiego inwestora, który w Gdyni będzie mógł budować np. statki do przewozu skroplonego gazu.

- Teraz widać, że warto było wynegocjować z Komisją taki sposób prywatyzacji. To, co się dziś wydarzyło, to ukoronowanie naszych starań - triumfował minister skarbu Aleksander Grad.

Cieszyli się też gdyńscy stoczniowcy. - Jeśli informacja się potwierdzi, będzie to cud. Znalezienie inwestora, który byłby zainteresowany zakupem głównych elementów stoczni, po to, by budować statki, w czasach kryzysu wydawało się niemożliwe - mówi Marek Lewandowski, rzecznik "S".

Dziś [w piątek] rozpoczyna się niemal identyczny przetarg na majątek stoczni w Szczecinie. Majątek Stoczni Szczecińskiej Nowa został wyceniony na ok. 100 mln zł. Według nieoficjalnych informacji, nim także jest zainteresowany inwestor z Gdyni.

W chwili, gdy rozstrzygał się przetarg na majątek stoczni Gdynia, w Brukseli przedstawiciele rządu przekonywali Komisję do uratowania Stoczni Gdańsk. Od początku była ona inaczej traktowana przez Komisję. Ponieważ w 2007 r. została sprywatyzowana (kupił ją ukraiński ISD), Bruksela nie kazała jej sprzedać po kawałku. Kazała za to przygotować plan restrukturyzacji zakładów, z którego jasno by wynikało, że stocznia będzie rentowna. I że ograniczy produkcję, zamykając dwie z trzech pochylni. Pod tymi warunkami KE gotowa była zgodzić się na potężną pomoc publiczną, jaką SG już dostała.

Przygotowanie planu okazało się trudne. Komisja odrzuciła pierwszą wersję. Przed tygodniem minister skarbu wysłał do Brukseli kolejną, poprawioną wersję - przygotowaną przez ISD. Wczoraj z unijnymi urzędnikami rozmawiał o niej wiceminister skarbu Zdzisław Gawlik. Zapewnił, że KE oczekuje już tylko dodatkowych gwarancji inwestycyjnych. I że może dać "zielone światło" jeszcze w maju.

Projekt restrukturyzacji SG zakłada, że zatrudnienie nie spadnie poniżej 1,9 tys. osób (teraz w stoczni pracuje ok. 2,3 tys. osób). Gdańskiemu zakładowi - historycznej kolebce "Solidarności" - nie pomaga dość agresywne postępowanie obecnych członków związku "Solidarność". Prócz organizacji gwałtownych demonstracji w Polsce (ostatnio w Warszawie, na kongresie Europejskiej Partii Ludowej), związkowcy wsławili się m.in. wyjazdem do Brukseli.

Od dawna pojawiały się zarzuty, także w "Gazecie", że gdańska "S" mogła być manipulowana przez polityków PiS. Dotarliśmy do kolejnych dokumentów, które taką tezę uprawdopodabniają.

Obecnie jednym z kłopotów ISD w Gdańsku są żądania związku zawodowego podpisania "pakietu socjalnego". - Związkowcy domagają się gwarancji zatrudnienia dla wszystkich do końca życia - pół żartem, pół serio mówi rzecznik ISD.

I teraz pytanie: kiedy po raz pierwszy związkowcy zażądali hojnego "pakietu socjalnego"? Czy wtedy, gdy ISD dopinał przejęcie stoczni, w ostatnich tygodniach rządów PiS? Nie! Jeszcze 20 września, gdy związki zawodowe w SG prosiły w liście do Agencji Rozwoju Przemysłu o prywatyzację stoczni (dla ISD), o "pakiecie socjalnym" nie było ani słowa. To żądanie wypłynęło dopiero... 21 listopada 2007 r. (5 dni po powstaniu rządu PO-PSL) w kolejnym piśmie związkowców do ARP. I dopiero od tego dnia kierownictwo związków zawodowych Stoczni Gdańsk domaga się wprowadzenia odpowiednich zmian w prywatyzacji, krytykując obecną ekipę rządzącą za rzekome działanie na szkodę stoczni. - Mam o to pretensję do "Solidarności" z Gdańska - kwaśno skwitował Grad.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.