Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Gdy wiosną ubiegłego roku Krutin wygrał konkurs na prezesa koncernu, przedstawiano go jako osobę, która naprawi KGHM, by nawet w czasie dekoniunktury przynosił zyski. Oszczędności zaczął od siebie - zrezygnował z kierowcy i kazał sprzedać samolot, którym latali poprzednicy. Potem zabrał się za firmę, m.in. zamknął przedstawicielstwa spółki za granicą i zmienił system zakupów. To wielki tort do podziału - KGHM co roku robi zakupy za ponad 4 mld zł, nie licząc energii. Dzięki wprowadzonym zmianom tylko w pierwszym kwartale tego roku zaoszczędzono 100 mln zł.

Wielkim problemem kolejnych zarządów KGHM jest uzależnienie od polityków partii rządzącej. Z tym prezes Krutin sobie nie poradził. Nowe stanowiska dostawali głównie członkowie Platformy: szef partii w powiecie lubińskim, żona posła, radny z Głogowa, były radny z Legnicy, senator i inni regionalni członkowie partii. Do rady nadzorczej spółki zależnej od KGHM trafił też Marek Dyduch, były sekretarz generalny SLD, a obecnie radny sejmiku, który w krytycznym momencie poparł koalicję PO-PSL rządzącą województwem.

Jednak gwoździem do trumny stała się dla Krutina inna wada prezesów Polskiej Miedzi - uległość wobec związków zawodowych.

Krutin na początku postawił się silnym działaczom związkowym. Jesienią tak sprytnie z nimi negocjował, że zrezygnowali z żądania podwyżek. Sukces był tym większy, że działo się to w bardzo krytycznym dla koncernu momencie - gdy światowe ceny miedzi były najniższe od wielu lat.

Prezes przegrał jednak kolejną rozgrywkę. W kwietniu związki zażądały 5 tys. zł premii dla każdego z pracowników. Zarząd godził się tylko na 2 tys. Ustąpił jednak, gdy związkowi liderzy zorganizowali pikietę pod siedzibą firmy. Zza okien prezes Krutin i jego zastępcy słyszeli syreny, huk petard i hasła: "Złodzieje!", "Krutin-Putin!", "Wypierdalaj do Warszawy!", "Krutin, kutasie, zbieramy dla ciebie kasę!".

W końcu szefowie KGHM ustąpili, co będzie kosztowało koncern 130 mln zł. Tę klęskę prezes Krutin firmował swoją twarzą. To on ogłosił decyzję protestującym, i to on został przez nich wygwizdany.

Następnego dnia Ministerstwo Skarbu Państwa wydało komunikat, w którym domagało się odwołania Krutina na najbliższym posieedzeniu rady nadzorczej. - Nie może być tak, że związki zawodowe dyktują władzom spółek skarbu państwa politykę płacową - tłumaczy Maciej Wewiór, rzecznik ministra. Władze koncernu skrytykował też publicznie wicepremier Grzegorz Schetyna.

Prezes Krutin nie chce komentować tych zarzutów. Nieoficjalnie członkowie zarządu przekonują, że nie mieli wyjścia: - To była cena za spokój w spółce, a i tak stosunkowo niska.

W piątek, na trzy dni przed zwołaniem rady nadzorczej, prezes postanowił ratować swoją skórę. Zarząd firmy wydał komunikat, że rozważa możliwość wypłaty dywidendy. Do tej pory Krutin stał twardo na stanowisku, że cały ubiegłoroczny zysk trzeba pozostawić w spółce, bo mogła wydać je na inwestycję.

- Sygnał jest czytelny: "Kochani politycy, dla was jestem gotów zrobić wszystko!" - kpi Józef Czyczerski, szef zakładowej "Solidarności".

Dziś rada nadzorcza podejmie decyzję w sprawie prezesa Krutina. Decydujący głos będą mieli przedstawiciele skarbu państwa.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.