Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Łódzkie zagłębie odzieżowe do niedawna drżało przed powstającymi wielkimi konkurentami. Imperium budowało wywodzące się z Łodzi Monnari (w portfelu: Monnari, Pabia, Molton) i Wólczanka po fuzji z Vistulą (Vistula Group wchłonęła też m.in. Galerię Centrum).

Dzisiaj Monnari upada, banki wypowiedziały mu kredyty.

Problem ze spłatą długów ma Vistula Group - gdy na giełdzie panowała hossa, spółka chciała szybko się rozwijać i przejęła firmę jubilerską Kruk, biorąc 250 mln kredytu w Fortis Banku.

A Galeria Centrum (spółka zależna Vistuli Group) złożyła wniosek o upadłość.

Małą łyżeczką, ale codziennie

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja mniejszych firm odzieżowych.

Urszula Gocał, prezes Olimpii, weszła do upadającej firmy dziewiarskiej w 1994 roku, jako zarządca komisaryczny. Dziś mówi: - Kryzys, który dotknął duże firmy, Olimpii nie dotyczy. Od piętnastu lat nieustannie zmniejszamy koszty, działamy w trochę spartańskich warunkach. Ale nie mamy żadnego kredytu. Bo najważniejsza jest płynność finansowa. Tego nauczyło mnie zarządzanie firmą, która wiele lat temu miała nie najlepszą opinię. Przecież gdyby nie ugoda bankowa, Olimpii by nie było.

Podobnie myśli Modesta Rzepecka, właścicielka niewielkiej firmy Modesta z Ozorkowa: - Od dwudziestu lat jestem na rynku, ale nigdy nie byłam chora na gigantomanię. Mam zasadę: małą łyżeczką, ale codziennie. Owszem, czasem bierzemy kredyt, jeśli mamy w perspektywie jakąś inwestycję - żeby nie osłabiać płynności finansowej firmy. Ale nie są to duże sumy, Najwyżej 300-500 tys. zł.

Związek Producentów Odzieży i Tekstyliów "Lewiatan" już w kryzysie przeprowadził ankiety w firmach odzieżowych z Łódzkiego. - Mniejsze firmy nie opierają swojej działalności na kredytach. Banki zawsze traktowały sektor odzieżowy jako branżę podwyższonego ryzyka. Raczej nie ma obaw, że dziś mniejsze firmy odzieżowe będą tracić płynność - mówi Bogusław Słaby, prezes związku.

Gdy banki odmawiają kredytów, liczy się przychylność ludzi z branży. - Na szczęście na rynku jesteśmy już długo i mamy bardzo dobrą opinię u dostawców tkanin i dodatków. Zawsze wywiązujemy się z zobowiązań, więc nam ufają. I udzielają kredytu kupieckiego - mówi Halina Zawadzka, właścicielka firmy Hexeline.

Hexeline nie idzie na giełdę

W pabianickiej firmie Pawo jeszcze kilka lat temu zazdrościli konkurentowi - Wólczance - dynamicznego rozwoju. Fantazyjnych kampanii reklamowych, powiększania sieci sklepów, a potem fuzji z Vistulą, której twarzą stał się Pierce Brosnan, były James Bond. Dziś Paweł Wolski, dyrektor handlowy Pawo, mówi z satysfakcją: - Duże firmy odzieżowe myślały chyba, że prosperita będzie trwała wiecznie. Na gwałt brano kredyty, wypuszczano akcje i obligacje. I co się stało na przykład z marką Reporter? Wypuściła obligacje płatne do końca marca 2009 r. i nie wykupiła ich w terminie.

Wolski zarzeka się, że w Pawo kryzysu nie widać: - Dwa lata temu przeszliśmy restrukturyzację. Obniżyliśmy koszty zarządu. Kredyt inwestycyjny wieloletni mamy w PKO BP.

Firmy cerują dziury budżetowe rezerwami finansowymi. - Dostawcy żądają od nas przedpłat. Dodatkowe kredyty nie wchodzą w grę, zresztą ich koszty wzrosły. Na szczęście jak każda racjonalnie funkcjonująca firma mamy odłożone pieniądze. Negocjujemy warunki i szukamy oszczędności - mówi Jacek Ulowski z KAN (marka Tatuum).

Historia Monnari spowodowała, że firmy ostrożniej zapatrują się na finansowanie zewnętrzne. Paweł Wolski z Pawo: - Mimo namów nie weszliśmy na giełdę. Dzięki Bogu!

Halina Zawadzka, właścicielka Hexeline, rozważała debiut giełdowy kilka lat temu. Teraz cieszy się, że jej firma nie weszła na parkiet. - Gdybyśmy dwa lata temu zadebiutowali na giełdzie, nie wiadomo, jak by się to skończyło. Mamy obecnie kilka przykładów firm, które pozyskały kapitał przez giełdę, z rozmachem go zainwestowały, a obecnie są na skraju bankructwa i tragedii życiowych założycieli. Zawsze myślałam o Hexeline jako o przedsięwzięciu rodzinnym, które przecież firmuję własnym nazwiskiem. Zamiast giełdy rozważam obecnie współpracę z funduszem inwestycyjnym. Rozmawiamy już z kilkoma funduszami, zbieramy oferty i szukamy najkorzystniejszej - mówi.

Wszystko za pół ceny

Sygnałem, że w odzieżówce panuje kryzys, są wszechobecne wyprzedaże, dochodzące do 50 proc. Halina Zawadzka: - Najgorzej było w lutym, bo zapanował popłoch: ludzie przestraszyli się kryzysu. Ale już w maju sprzedawaliśmy tyle, co w ubiegłym roku.

Pawo chwali się 33-proc. wzrostem sprzedaży w pierwszym kwartale. Wolski: - Garnitury różnych firm nie odbiegają od siebie jakością. W obliczu kryzysu klient woli kupić garnitur za kilkaset złotych, a nie kilka tysięcy. Tutaj wygrywamy.

Sposobem na kryzys jest też obniżanie marż. - Przez to znacznie wzrosły nam obroty. Ale trzeba było też inaczej pomyśleć o projektowaniu. Sporo nas nauczyły kontraktacje na przyszłą zimę. Za mało kryzysowo podeszliśmy do kolekcji. Kupiliśmy za drogie tkaniny, a kolekcja za bardzo podążała za trendami. W kryzysie klient kupuje bardziej uniwersalne rzeczy, w klasycznej kolorystyce - podkreśla Modesta Rzepecka.

Po plecach bankruta

Po bankructwie dużych firm małe płacą mniej za wynajem sklepów w galeriach handlowych. - Jeśli z galerii wypadają od razu trzy sklepy jednej firmy, ktoś musi zająć ich miejsce. W rezultacie telefony się u nas urywają, bo w deweloperce też różowo nie jest. Do końca roku otworzymy jeszcze siedem sklepów - deklaruje Paweł Wolski z Pawo.

Właścicielka jednej z firm odzieżowych mówi wprost: - Dwa lata temu nie było dla nas miejsca w największych galeriach. A teraz? Sami dzwonią.

Sieć sklepów Tatuum powiększy się w tym roku o kolejne 15, również za granicą. W pierwszym kwartale salon pod szyldem marki otwarto we Frankfurcie nad Menem, przy Zeil - jednej z najbardziej prestiżowych ulic handlowych w Niemczech. W ostatnich dniach maja zaczął działać też sklep w Kijowie. Właściciel Tatuum, łódzka firma KAN, tworzy też nową sieć sklepów z akcesoriami pod marką Coyoco.

Właściciele firm odzieżowych uważają, że w kryzysie obroni się albo bardzo niska cena, albo świetna jakość. - Kryzys oczyści rynek z firm nieprofesjonalnych, bez bazy organizacyjnej i know-how, nastawionych wyłącznie na duży popyt - uważa Halina Zawadzka.

Modesta Rzepecka: - Obawiam się tylko jednego: że likwidatorzy upadających firmy będą musieli wyprzedać za wszelką cenę zapasy magazynowe. I nastąpi ogromne nasycenie rynku. Do końca roku już nic takiego się nie wydarzy, ale przyszły może być tragiczny.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.