Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Konrad Niklewicz, Leszek Baj: Na łamach "Gazety" pięciu znanych polskich ekonomistów zasugerowało, że Europie przydałoby się szybkie rozszerzenie strefy euro na kolejne kraje. To by była wielka idea, której teraz Europie bardzo brakuje. Dotychczasowe zasady wchodzenia do strefy euro można przecież zmienić, jeśli tylko jest do tego polityczna wola.

Joaquin Almunia*: Za każdym razem, gdy rządy poszczególnych krajów UE spotykają się i dyskutują na temat rozszerzenia strefy euro, zapada decyzja, żeby trzymać się kryteriów z Maastricht. A skoro przedstawiciele 27 krajów, Europejskiego Banku Centralnego i Komisji Europejskiej dochodzą do takiego wniosku - to ja bardzo uważnie ich słucham.

Łatwo wymyślać różnego rodzaju idee. Ale ci, którzy ponoszą odpowiedzialność za przyszłość obywateli, nie są głupi. Rozważyli za i przeciw zmianie kryteriów i mają powody, by się ich trzymać. Wiarygodność unii walutowej jest kluczowa. Jeśli chcielibyśmy zmieniać zasady gry każdego dnia, przestalibyśmy być wiarygodni - a rynek by nas za to pokarał. Stracilibyśmy wszystko, co zyskaliśmy dzięki sukcesowi wprowadzenia euro. Bądźmy więc ostrożni!

Jednym z kryteriów przyjęcia euro jest zrównoważenie finansów publicznych - deficyt nie może przekraczać 3 proc. PKB. W ty roku przynajmniej 13 krajów UE znacznie ten próg przekroczy. Czy to nie porażka całego unijnego systemu? Czy komisarzowi ds. monetarnych nie jest smutno, tak po ludzku?

- Nie, nie jest. Martwi mnie to, skąd się wziął kryzys finansowy, czyli niedoskonały nadzór, złe zarządzanie ryzykiem w instytucjach finansowych czy działanie agencji ratingowych. To było porażką. Konsekwencje tego kryzysu są ogromne. Wielu ludzi jest bez pracy, małe i średnie firmy nie mogą uzyskać kredytów, gospodarstwa domowe są mocno zadłużone, a wartość ich majątku spada, przez co ludzie stają się biedniejsi. To mnie martwi. Deficyty są tylko konsekwencją tego wszystkiego.



Chce pan powiedzieć, że powiększanie deficytów było nieuniknione, bo europejskie rządy musiały walczyć z kryzysem?

- Jeśli gospodarka europejska skurczy się o 4 proc. w tym roku, to jasne jest, że potrzebuje pobudzenia i zwiększenia popytu, bo jego zwyczajowe składniki - konsumpcja i inwestycje - nie działają. Potrzebowaliśmy tych pakietów stymulujących.

To naturalne, że gdy gospodarka zwalnia, państwom rosną deficyty budżetów, bo ich dochody są mniejsze, a wydatki - np. na zasiłki dla bezrobotnych - większe. Dług publiczny dodatkowo powiększają też wydatki na wspieranie systemu bankowego. Aż 17 krajów UE musiało przygotować solidnie pakiety dla swoich banków.

To, co teraz musimy zrobić, to naprawić system finansowy, dobrze wykorzystać pakiety stymulujące gospodarki i instrumenty polityki monetarnej. Trzeba wyciągnąć wnioski z przeszłości, by poprawić regulacje i zapewnić lepszy nadzór nad instytucjami finansowymi.

Na koniec będziemy musieli zacząć rozmawiać o tym, jak wycofać się z tych pakietów w odpowiednim czasie, gdy już nie będą potrzebne. Wtedy trzeba będzie rozpocząć reformy strukturalne, które pozwolą na osiągnięcie wzrostu gospodarczego.

W przeszłości wiele razy Komisja Europejska ostrzegała unijne rządy, że czarna godzina kiedyś nadejdzie. I że trzeba się do niej przygotować, wykorzystując czasy prosperity na uporządkowanie finansów publicznych. Nie żal teraz, że kraje nie posłuchały tych rad?

- Ale przecież w 2007 r., gdy rozpoczynał się kryzys finansowy, średni deficyt był blisko zera - w strefie euro wynosił 0,6 proc. PKB, najmniej w historii! To prawda, że nie wszystkie kraje się przygotowały. Te, które nie uporządkowały swoich finansów, dziś płacą za to, bo mają mniej możliwości pobudzania gospodarek. Polska jest jednym z nich. Wasza gospodarka w I kwartale rozwijała się co prawda najszybciej w UE, i to jest świetna wiadomość. Ale jednocześnie w poprzednich latach - gdy wzrost PKB sięgał 5-6 proc. - Polska nie potrafiła w pełni zreformować swoich finansów publicznych. Dlatego teraz ma mniej możliwości kompensowania spadających inwestycji czy mniejszego popytu z zagranicy.

Co dalej z kryzysem ekonomicznym? Czy jesteśmy już na dnie?

- Myślę, że najgorsze już za nami. Kolejne kwartały przyniosą niższe spadki PKB niż w I kw. tego roku czy ostatnim kwartale ubiegłego roku. Na plus gospodarka europejska powinna wyjść w połowie 2010 r.

Kilka dni temu unijny urząd statystyczny Eurostat ogłosił, że polska gospodarka rozwija się najszybciej w UE. Jego dane mówią o 1,9-procentowym wzroście. Był pan zaskoczony? Do tej pory Komisja prognozowała nam, że w całym roku będziemy mieli recesję na poziomie -1,4 proc.?

- Nie, nie jestem zaskoczony! My przewidywaliśmy tylko nieco niższy, bo 1,3-proc. wzrost w pierwszym kwartale. Zresztą w żadną prognozę, nawet własną, nie wierzę stuprocentowo. Bo wiem, że to tylko prognozy, a nie przepowiednie.

Są ryzyka, które mogą zagrozić polskiej gospodarce, i braki, które mogą się uwidocznić w przyszłości. Ale byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby polska gospodarka pod koniec roku zanotowała lepsze rezultaty od tych, które my przewidujemy.

Jakie jest prawdopodobieństwo, że tak się stanie?

- To już zależy od decyzji rządu. Od tego, jak będzie wyglądał znowelizowany budżet, jak skonsoliduje finanse publiczne i czy da impuls do wzrostu, np. poprzez wydatki na inwestycje infrastrukturalne. Ale to też zależy od cen energii oraz od tego, jak sobie będzie radziła niemiecka gospodarka.

Polska gospodarka ma kilka silnych stron - jest mniej uzależniona od zagranicy, bardziej polega rynku wewnętrznym.

Gdyby premier Donald Tusk albo minister finansów spytali o radę - podnosić podatki, czy też może szybciej prywatyzować, żeby zalepić dziurę w budżecie - co by pan powiedział?

- Minister Rostowski poinformował mnie, że przygotuje znowelizowany budżet w najbliższych tygodniach. Jest zdecydowany przeprowadzić ambitną konsolidację finansów publicznych, gdy nadejdzie ożywienie gospodarcze. To ważne zobowiązania, które usłyszałem.

Tylko tyle? Takie obietnice są dla Komisji wystarczające?

- To zależy od tego, jak ten znowelizowany budżet będzie wyglądał. Dla nas deficyt polskich finansów publicznych na poziomie 3,9 proc. PKB w 2008 r. był bardzo przykrą niespodzianką. A prognozy mówią, że polski deficyt pogłębi się w tym roku, a także w 2010 r., o ile dodatkowe działania nie zostaną podjęte.

Naprawa finansów publicznych powinna być dostosowana do tempa wzrostu gospodarczego. Jasne jest, że jeśli sytuacja gospodarcza jest ciężka, nie można być zbyt ambitnym, trzeba zachować równowagę pomiędzy utrzymaniem wzrostu konsumpcji, niepogarszaniem sytuacji na rynku pracy a wiarygodną ścieżką do zmniejszenia deficytu i długu publicznego. To oznacza nie tylko krótkoterminowe podwyżki podatków czy cięcia wydatków, ale też długoterminowe reformy, np. dodatkową reformę systemu emeryta.

Czy są jakieś proste sposoby uzdrowienia finansów Polski?

- Nie wchodzę w takie dyskusje. To rząd musi podejmować takie decyzje. Nie jestem doradcą rządowym, jestem komisarzem Unii Europejskiej.

Ale rządy mogą przecież prosić o radę.

- Jeśli poproszą, odpowiem na prośbę. Nie zostałem o nią poproszony.

Wspomniał pan, że w tym roku Polska powinna zaciskać pasa. Ale to przecież zupełnie inna strategia walki z kryzysem niż ta, którą stosują np. państwa zachodnioeuropejskie, które pompują na potęgę pieniądze w gospodarkę.

- Wszystko zależy od tego, jakie pole manewru ma dany kraj. Polska gospodarka ciągle rośnie, a inne kraje kurczą się w tempie -4, -5, czy -6 proc. (jak w przypadku Niemiec). Więc zapotrzebowanie na pakiety stymulujące gospodarki nie są takie same. Musimy to rozróżnić. Poza tym niektóre kraje naprawdę naprawiły swoje finanse publiczne w poprzednich latach i teraz mają lepszy punkt wyjścia. Polska tego do końca nie dokonała.

A teraz bardzo liczy się wiarygodność. Na świecie bardzo szybko rośnie emisja obligacji. Coraz więcej jest też chętnych do zadłużania się w ten sposób, nie tylko rządów, ale i podmiotów z prywatnego sektora. W ten sposób rośnie konkurencja. A warunki dla różnych krajów co do refinansowania długu, wysokości oprocentowania są różne. Każdy rząd powinien brać to pod uwagę.

*Joaqu~n Almunia* - komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.