Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Ostatnie 30 lat to najbardziej burzliwy okres w historii finansów. Czy główny winowajca - dolar - wyjdzie z niego cało?

Sekretarz skarbu USA Timothy Geithner w zeszłym tygodniu przez trzy dni przekonywał Chińczyków, że dolar jest bezpieczny, a deficyt budżetowy USA pod kontrolą. Trudno powiedzieć, czy Chińczycy dali się pokrzepić.

Od końca lat 60. wartość dolara i innych walut narodowych wahała się znacznie bardziej niż kiedykolwiek, nie wyłączając czasów Wielkiego Kryzysu. Stany Zjednoczone z największego kredytodawcy świata w 1980 r. przeobraziły się w największego dłużnika w 2000 r. Nigdy wcześniej nie było tak gwałtownych przesunięć w globalnym systemie finansowym. Także z powodu trzech spektakularnych pęknięć baniek cenowych: najpierw w nieruchomościach i na giełdzie w Japonii oraz krajach nordyckich, potem w Azji, a ostatnio w Stanach Zjednoczonych.

Dlaczego USA przemieniły się z kredytodawcy w dłużnika? Nie z powodu boomu konsumpcyjnego w Ameryce ani niedostatecznej skłonności do oszczędzania. Główną przyczyną był apetyt zagranicznych rządów i firm na amerykańskie papiery wartościowe, pisze "Wilson Quarterly". Głównym orężem krajów rozwijających się wobec światowego braku stabilności stało się kumulowanie rezerw. Im więcej kupowano amerykańskich papierów, tym bardziej rósł kurs dolara. To z kolei doprowadziło do wzrostu amerykańskiego importu, słabej dynamiki eksportu i rosnących deficytów.

Skąd to zainteresowanie akurat "zielonym"? Zaczęło się ono podczas pierwszej wojny światowej, gdy USA stały się schronieniem dla kapitału wobec ograniczeń nałożonych na przepływy międzynarodowe przez rządy innych krajów, zwłaszcza Wielkiej Brytanii. Dla dolara oznaczało to niespodziewaną międzynarodową karierę.

Dziś 70 proc. rezerw na świecie to aktywa o dolarowym nominale. Gdy banki centralne sprzedają lub skupują własną walutę na rynkach, jej cena wyrażona jest w dolarach. W "zielonych" podaje się też ceny ropy, złota czy miedzi.

Szkopuł w tym, że ten system jest niestabilny, bo uzależnia wartość głównej waluty rezerw od amerykańskiej polityki makroekonomicznej i bilansu płatniczego USA. Od czasu gdy świat odszedł w 1971 r. od parytetu złoto/dolar, globalna gospodarka doświadcza coraz dotkliwiej cyklicznych wahań kursu dolara. Dolar utracił to, co powinno stanowić podstawową cechę aktywów rezerw - stabilną wartość.

Na domiar złego obecny system jest niesprawiedliwy. Wymusza transfer środków z krajów rozwijających się do państw uprzemysłowionych, z których pochodzą waluty rezerw. Ten transfer dramatycznie się powiększył w ciągu ostatnich 20 lat.

Międzynarodowe zadłużenie Stanów Zjednoczonych rosło w tempie 16 proc. rocznie, a PKB - tylko 6 proc. Na dłuższą metę taka proporcja jest nie do utrzymania, bo cudzoziemcy teoretycznie przejęliby w końcu Amerykę na własność. Obecny kryzys tylko pogorszył sytuację.

Czy możliwy jest inny model międzynarodowych finansów? Może koszyk walut zamiast dolara? To propozycja Chin obawiających się o wartość swoich dolarowych rezerw. Zdaniem noblisty Josepha Stiglitza to niezły pomysł. W koszyku znalazłyby się między innymi jen i euro, a ryzyko rozproszyłoby się. Ryzyko walutowe dziś skłania kraje rozwijające się, by odkładały pieniądze na czarną godzinę, zamiast je wydawać i inwestować. A więc mniejsze ryzyko mogłoby pobudzić światowy popyt. Wzloty i upadki jednej waluty nie powinny trzymać w szachu globalnej koniunktury, powiedział Stiglitz w wywiadzie dla opiniotwórczego serwisu internetowego "Huffington Post".

Tylko co by to oznaczało dla przyzwyczajonej do łatwych pożyczek Ameryki? W dłuższej perspektywie wbrew pozorom wyszłoby jej na dobre. Zamiast eksportować obligacje skarbowe, wróciłaby może do eksportu aut lub innych towarów.

A nową walutą rezerw mogłyby stać się według noblisty Specjalne Prawa Poboru Międzynarodowego Funduszu Walutowego (Special Drawing Rights, czyli SDR-y) wyceniane w oparciu o koszyk walut, dające krajom pewność, że w razie sytuacji kryzysowej otrzymają pomoc z funduszu.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.