Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Paweł Goźliński: Na zakończenie programu Światowej Stolicy Książki UNESCO, którą Wrocław stanie się już jutro, wymyśliłeś, że Jan Kanty Pawluśkiewicz skomponuje muzykę do wiersza "Włosek poety" Tadeusza Różewicza. W ten sposób powstanie hymn książki, który zostanie odśpiewany na całym świecie. Czy musimy komponować hymny, robić "Gazetę Pisarzy", stawać na rzęsach, żeby przypominać ludziom o rzeczy dość oczywistej: o czytaniu?

Irek Grin: Jeśli chcesz zapobiec katastrofie cywilizacyjnej - bo taką katastrofą byłby świat, który nie czyta - musisz działać na wszystkich możliwych poziomach. Od wyrafinowanej refleksji humanistycznej po masowe, spektakularne wydarzenia, które przypominają, że istnieje coś tak fantastycznego jak książka i literatura. Ale czy hymn książki to jest fanfaronada, czysto wizerunkowa zabawa? Wcale tak nie uważam.

Dla mnie każda okazja, żeby przywoływać Różewicza, jest dobra. Zresztą to fantastyczny wiersz:

" Słyszycie. Czasem wisi coś

na jednym włosku wisi

Dziś włoskiem tym poety głos

Słyszycie".

- Tu chodzi o coś więcej niż o jeden wiersz. Chodzi o wspólnotę. Czy myślisz, że pokolenia, które śpiewają "Obłoki" Grechuty, powszechnie wiedzą, że to poezja Ryszarda Krynickiego? Nie muszą tego wiedzieć, a i tak stają się dzięki niej lepsze.

Od kilku lat we Wrocławiu organizowana jest Europejska Noc Literatury. Kilkanaście tysięcy ludzi wędruje z miejsca na miejsce, by słuchać książek czytanych na żywo przez aktorów. Świetne! Ale kiedy przyglądałem się temu wydarzeniu, zauważyłem, że brakuje w nim zasadniczego elementu. Otóż ten przemieszczający się tłum czytelników był anonimowy, rozpływał się w tłumie przypadkowych przechodniów. Spróbuj sobie teraz wyobrazić, że to wygląda trochę inaczej: siedzimy w ogródkach, pijemy piwo, a pośród nas zaczynają się poruszać wyraźnie wyróżniające się z tłumu grupy dywersyjne, które swoją innością, wyjątkowością czarują ludzi i prowadzą ich tam, gdzie czyta się Szekspira albo Cervantesa.

Rozumiem - chcesz powiedzieć, że warto by było, żeby czytający tworzyli w większym stopniu wspólnotę, która jest w stanie wyrwać ludzi z kulturalnej inercji. Potrafi przejść z czytelniczej defensywy do ofensywy. Skończyć z katastroficzną opowieścią o pogłębiającym się nieczytaniu Polaków. No właśnie, tylko jak zmienić tę opowiadaną tonem moralnego szantażu historię czytelniczej zapaści?

- Zmieńmy ją od razu. Posłuchaj. Według ostatnich badań tylko 37 proc. Polaków przeczytało w ubiegłym roku książkę czy też inny większy tekst.

Na przykład instrukcję obsługi.

- Żeby nie dać się do końca przytłoczyć tej wizji, poprosiłem o dane na temat wypożyczeń książek w bibliotekach we Wrocławiu. Okazało się, że w ciągu roku wypożycza się miliony książek! Więc jak to jest? Skoro tak niewielu spośród nas czyta, to jeszcze ta czytająca mniejszość skupiła się w 600-tysięcznym Wrocławiu? Czy to oznacza, że w Białymstoku nie czyta nikt? Przecież to niemożliwe.

Podważasz wiarygodność badań Biblioteki Narodowej?

- Nie, chcę tylko przestać myśleć o czytelnictwie w kategoriach zanikającej mniejszości. Dlatego warto inwestować w działania wspólnotowe. Nawet jeśli czytanie to w gruncie rzeczy akt intymny, warto wyjść na ulicę albo zredagować specjalną gazetę i przypomnieć, że rzeczywistość wokół nas jest tekstem i jeśli nie będziemy umieli go odczytać, nie zrozumiemy ani świata, ani siebie samych. Ta wiedza jest częścią tradycji, którą powinniśmy przekazywać dzieciom.

Tylko w jaki sposób przekonywać do czytania bez infantylizacji i budzenia podejrzeń, że to belfersko-rodzicielski spisek przeciwko młodym, którym chcemy wmusić jakieś anachroniczne narzędzia rozumienia świata?

- Również my - po nazwiskach - jesteśmy winni temu, że wykastrowaliśmy literaturę ze szkół. Dlatego trzeba sprawić, by młodzi nie mieli wrażenia, że czytanie oznacza wejście w świat urządzony im przez starych, który można tylko kontestować albo ignorować. Jak to próbujemy zrobić w ramach Europejskiej Stolicy Kultury? Budujemy na przykład Wrocławski Portal Literacki.

Tworzą go od podstaw uczniowie.

- Jakkolwiek by to naiwnie brzmiało, jest nadzieja, że skoro sami konstruują narzędzie dla siebie, to będą z niego korzystać. To oczywiście skomplikowany proces. Ale nie ze względu na technologię, tylko jego uczestników. Chodzi o to, żeby ci młodzi nie odnieśli wrażenia, że próbujemy ich korumpować, wciągnąć w jakiś skostniały system. Dlatego najpierw rozmawiamy z nauczycielami, prosimy, by wskazali uczniów, których szczerze literatura kręci, i ich kolegów, którzy wolą rysować albo są utalentowanymi programistami. W ten sposób doprowadzamy, w kontekście literatury, do spotkania młodych ludzi, których - zdawałoby się - nic nie łączy. Może to nie jest do końca sprawiedliwa selekcja, ale teraz młodzi przychodzą do nas sami. Pukają i pytają, dlaczego ja w tym nie gram. Zrodził się wokół tego przedsięwzięcia zdrowy snobizm.

Tworzenie mody i dobrze pojętego snobizmu wokół czytania - to sobie wpisują do programu wszystkie akcje proczytelnicze. Wszystkie one też mówią mniej więcej to samo: bez czytania nie zrozumiesz świata ani siebie, twój mózg się zwinie, nie pójdę z tobą do łóżka... Ale te akcje są raczej mało skuteczne.

- Niestety, masz rację. Do tego dzieje się tak, że jeśli jeden festiwal literacki zaprasza znanego pisarza, to trzyma karty przy orderach, żeby się inni nie dowiedzieli. Więc ląduje pisarz w mieście X, ale już do Y czy Z nie pojedzie, mimo że przeleciał pół świata. Bo nasz ci on już. Żenujące. A przecież można inaczej. Wymyśliliśmy w ramach ESK Festiwal Poezji "Silesius", w którego przygotowaniu na równych prawach uczestniczą festiwale Poznań Poetów, Miasto Poezji z Lublina, Festiwal Czesława Miłosza z Krakowa, Europejski Poeta Wolności z Gdańska. No i miasto Wrocław. A więc da się. Ale droga do współpracy, a potem do wspólnoty jest długa. Można to też wyjaśnić oczekiwaniami płatników. Bo skoro jakieś miasto finansuje wydarzenia literackie, to traktuje je przede wszystkim jako działania wizerunkowe, autopromocyjne. Czytelnictwo, literatura, pisarze zmieniają się w preteksty i narzędzia promocyjne. To bez sensu. U nas w ogóle przyjęło się mówić: promujemy się przez literaturę.

Czytaj: leczymy kompleksy.

- A gdzie jest rozwój przez literaturę, rynek książki i przemysły kreatywne? Mam dość XIX-wiecznego myślenia w kategoriach wyłącznie wielkiej literatury romantycznej i że pisarze to Chrystusowie narodów, i że się należy. To jest również rynek. Biznes. Albo położymy na stole narzędzia systemowe, które pozwolą się temu rynkowi rozwijać, albo przegramy. Bo jeżeli nie będzie inwestycji w książkę, to nie będzie książki w ogóle. Nie przekonują mnie uwagi, że czytelnicy przenieśli się do internetu, a tam można publikować i czytać za darmo. To taka sama część życia literackiego jak każda inna, ale wciąż promilowa i paradoksalnie utrwalająca właśnie romantyczne klisze. A my mamy problemy na rynku analogowym i - uwierz mi - zbyt nonszalancko wróży mu się upadek. On jest gotów na dalszy rozwój, potrzebuje tylko impulsu.

Odpowiedzią na podobny kryzys i podobne pytania w świecie filmu była ustawa o kinematografii i powstanie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. A co z literaturą?

- Nie ma gotowych rozwiązań. Ale jest punkt wyjścia: Wrocławski Program Wydawniczy. To gigantyczny sukces Europejskiej Stolicy Kultury i Wrocławia.

Jak wiadomo, właściwie każdy region w Polsce ma już swój fundusz filmowy - bo się wszyscy zorientowali, że inwestycja w film się opłaca. I nie chodzi tylko o promocję regionu. To inwestycja, która przynosi konkretny, mierzalny złotówkami zysk. Dlaczego nie robić tego samego na rynku wydawniczym?

No i tak się dzieje: każde większe miasto ma swoje programy wspierania księgarzy, NGO promujące czytelnictwo.

- Za mało. A poza tym: dlaczego ograniczać się do organizacji pozarządowych? My we Wrocławskim Programie Wydawniczym nie obrażamy się na firmy, które chcą inwestować prywatny kapitał w postęp cywilizacyjny i na tym zarabiać. Działamy na podobnych zasadach jak fundusze filmowe. Każdy wydawca, czy to związany z Dolnym Śląskiem, czy wydający książkę w jakiś sposób powiązaną z regionem, może otrzymać wsparcie. I to na czysto rynkowych zasadach. Ten program nie dotuje - co jest absurdalnym i fikcyjnym często ograniczeniem - tylko książek, które z założenia nie mogą przynieść zysku. Przeciwnie, grzecznie prosimy wydawcę, żeby się tym zyskiem, proporcjonalnie do wkładu, z nami podzielił.

Więc zamiast zajmować się promocją Wrocławia w ramach Światowej Stolicy Książki UNESCO, zajmujecie się tworzeniem laboratorium rozwiązań, które pomogłyby podleczyć literacki obieg i rynek książki w Polsce?

- Trzeba tworzyć zręby nowego systemu. I my to robimy, podejmując ryzyko. Ale jeżeli nie sprawdzimy, nie będziemy wiedzieć, czy działają.

Skoro - jak mówisz - nie chodzi w programie Światowej Stolicy Książki UNESCO o działania wizerunkowe, co w tym wszystkim robi pomysł na "Gazetę Pisarzy"?

- On się wziął z frustracji. Media na całym świecie w czasach ostrej konkurencji o naszą uwagę stawiają coraz bardziej na szybki, powierzchowny komunikat. Tworzony w ten sposób obraz świata jest zamknięty i wsobny. A do tego odklejony od rzeczywistości. Wydaje nam się, że to są nasze myśli, nasze poglądy - a to jest świat podany na tacy. Gotowy, uproszczony, łatwy do przełknięcia. Stworzyliśmy sobie sami pewną umowę społeczną dotyczącą roli i kształtu mediów, sposobu, w jaki będą nam one objaśniały świat. Ale nie dostrzegamy, jak bardzo nas ta umowa krępuje. Mam nadzieję, że ten jeden dzień, kiedy "Gazeta Wyborcza" stanie się "Gazetą Pisarzy", to będzie ten dzień, kiedy wyślemy jeszcze mocniejszy niż zwykle sygnał, że o świecie można mówić innym językiem. Z całym bagażem, jaki niesie ze sobą fraza: "język pisarza".

Sam powiedziałeś, że masz dość XIX-wiecznego myślenia o literaturze. A tymczasem chcesz w nich widzieć kogoś w rodzaju współczesnych wieszczów.

- Ja nie chcę, żeby mi się literat stroił w pióra profety i mnie męczył swoimi fantasmagoriami. Ja wymagam, by zmierzył się z opisem rzeczywistego świata i wziął odpowiedzialność za narzędzia, które mu dała natura. Są to: umiejętność posługiwania się niebanalnym językiem i wyostrzony słuch na życie. A gazeta codzienna to jest konkret. Tu się nie da pisać dla samego pisania, z przekonaniem o milionach ludzi oczekujących na te słowa jak na zbawienie i o swojej wyjątkowości.

Gazeta ma swoje reguły. Powieść się w gazecie nie zmieści. Nawet w odcinkach.

- To prawda. Ale spójrzmy na ekipę, którą udało się wam zebrać na potrzeby "Gazety Pisarzy". Są w niej ludzie od fantastyki, od kryminału, od powieści obyczajowej, są także - ponownie przepraszam - zadeklarowani artyści. Sądzę, że jeszcze dziesięć lat temu nie do pomyślenia byłoby, że ludzie z tak różnych literackich działek i półek robią razem cokolwiek, a co dopiero gazetę. Udało się więc stworzyć literacką wspólnotę, jakiej dotąd nie było, która - mam nadzieję - różnymi językami, z różną dynamiką, na nowo opowie nam świat. Jutrzejsza "Gazeta Pisarzy" to dowód, że do końca nie zdurnieliśmy.




Filmy, seriale, płyty, koncerty, książki, spektakle, wystawy, komiksy.
Przez cały dzień i cały tydzień.
Dołącz do nas na Facebooku.



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.