Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Wydatki na komunikację zbiorową są wielkim obciążeniem (na przykład dla Warszawy to jedna trzecia całego budżetu), a mieszkańcy wciąż nie są zadowoleni z jej jakości. W określonych godzinach urzędy się zapychają, a ludzie zmuszani są do stania w kolejkach. Tramwaje i autobusy jeżdżą nabite albo prawie puste. Niestety. Przepustowość ulic i torowisk jest fizycznie ograniczona, na budowę nowych nie ma miejsca. Problem nie dotyczy wyłącznie przeludnionych miast Azji czy Indii. Samochodowe korki tylko w krajach Unii kosztują średnio jeden procent PKB.

Ludzie radzą więc sobie sami. W Moskwie na przykład, mieście znanym z niekończących się korków, wielu biznesmenów rezygnuje z powrotów do domu, oprócz krótkiej przerwy na sen w samym środku nocy. Po co mają tracić czas w korkach? Jedzą na mieście, korzystają z rozrywek, odnowy biologicznej i wszelkich usług w obrębie centrum. Wymusza to zdecydowane zróżnicowanie czasu dostępności tych usług zgodnie z prawami rynku. Znacznie gorzej jest w chińskich miastach przemysłowych takich jak Shenzen czy Czangsza. Żyje się tam w zgodzie z rytmem zmian w fabrykach. Całe rodziny, ba, całe kwartały, dostosowują czas swojej aktywności do rytmu zakładów przemysłowych i wymuszają w ten sposób działanie wszystkich służb oraz usług.

W Paryżu na przykład, choć w dzień na siłę upycha się pasażerów w wagonach, to w nocy metro jest nieczynne. A przecież każdy środek transportu zarabia na siebie jedynie wtedy, kiedy jest w ruchu, przewozi ludzi. Każdy budynek jest w pełni wykorzystany tylko wtedy, kiedy wypełniają go ludzie. Kiedy stoi pusty, przynosi straty, bo przecież trzeba go ciągle ogrzewać, konserwować i ochraniać.

Jak temu zaradzić?

Na wielkie inwestycje nie ma już miejsca. Pozostaje tylko zmiana organizacji. Czy możemy się zorganizować w ten sposób, żeby w pełni wykorzystać istniejącą infrastrukturę miasta?

Może trzeba rozważyć jedną z radykalnych idei, czyli system dwuzmianowy? Pojemność komunikacyjną i użytkową można w prosty sposób niemal podwoić. Wystarczy podzielić mieszkańców na dwie grupy: tych, którzy wybiorą okres swojej aktywności od północy do południa, oraz tych, którzy wybiorą okres od 12 do 24. Połowa ludzi będzie więc widzieć jedynie wschody słońca, a połowa zachody. Zamiast dwóch szczytów na drogach w ciągu doby będą cztery. Ale za to o połowę mniejsze. Miasto będzie czynne non stop, infrastruktura wykorzystana w stu procentach, wszelkie budynki publiczne, kina, restauracje, muzea z całodobowym obłożeniem. Nie będzie kolejek w urzędach, a w parkach tłoku. A to tylko wierzchołek zmian, które się dokonają, bo prawdopodobnie także szybko zminimalizowalibyśmy bezrobocie.

Aktywność człowieka to więcej niż 12 godzin. Życie obu grup będzie się przenikać. Korekta przynależności do konkretnej zmiany jest w każdej chwili możliwa i nie powinna sprawiać kłopotu. Badania nad jetlagiem, czyli chorobą wynikajacą z błyskawicznego przemieszczenia się do innej strefy czasowej, mówią, że u normalnego człowieka pełna adaptacja następuje już po tygodniu.

Pytanie tylko, kto będzie chciał spać w ciągu dnia. Ale aglomeracje od dawna w dzień oferują głównie smog, a w nocy sztuczne światło. O tradycyjnym podziale na dzień i noc już prawie zapomnieliśmy.

* Andrzej Ziemiański, ur. w 1960 r., pisarz science fiction i fantasy, ale też autor powieści kryminalnych i historycznych. Wydał m.in. cykl "Achaja", jedną z najbardziej kasowych serii w polskiej literaturze, czy zbiory opowiadań "Zapach szkła" i "Pułapka Tesli".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.