Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Czym się różni dobry producent od złego? - Zły producent będzie traktował twój film jako dojną krowę, na każdym kroku sugerując cięcie kosztów. Wyobraź sobie, że potrzebujesz konia wyścigowego - dostajesz chabetę, a producent mówi: "I tak nie będzie widać", i będzie się upierał, że koń potrafi przecież biegać. A ja widzę, że na planie ten koń nie pobiegnie, dobrze, jeśli nie zdechnie - mówi mi o swoich doświadczeniach jeden z polskich reżyserów filmowych. Chce jednak pozostać anonimowy. - Dobry producent będzie chciał przede wszystkim zrobić dobry film, będzie rozumiał, że stara chabeta nie może udawać konia wyścigowego.

To jest łańcuch powiązań: im lepszy film, tym większa szansa na nagrodę, więcej ludzi go zobaczy i jest szansa, że wyjdzie poza Polskę, co umożliwi producentowi zdobywanie funduszy w innych krajach i realizowanie międzynarodowych koprodukcji. Spora grupa młodych, ambitnych producentów już rozumie te zależności.

Polak lubi w kinie się pośmiać

Wyniki box office'u jednoznacznie wskazują, co cieszy się powodzeniem wśród polskich widzów. Hitami frekwencyjnymi są filmy lekkie i optymistyczne, takie jak "Planeta singli" czy "Listy do M. 2" albo takie jak "Pitbull", czyli sensacyjne kino według sprawdzonego wzoru.

W polskich warunkach trudno zrobić superprodukcję na wzór Hollywood. Bo to kosztuje dużo pieniędzy. Tymczasem średni budżet polskiego filmu fabularnego to 4--5 mln zł. I to filmu kameralnego, dziejącego się współcześnie, z okresem zdjęciowym między 21 a 30 dni, czyli krótkim.

- Branża filmowa to jeden z tych biznesów, w którym czas rzeczywiście równa się pieniądze. Co gorsza, brak czasu to nie tylko większe koszty, ale też liczne kompromisy, które nie wpływają pozytywnie na finałową jakość dzieła. Ale są także filmy, które powstają za ułamek tej kwoty i są doskonałe albo przynajmniej dobre, bo napędza je determinacja producenta i wizja twórcza reżysera - mówi Joanna Szymańska, współwłaścicielka firmy produkcyjnej Shipsboy zajmującej się głównie produkcją ambitnych filmów dokumentalnych.

Finansowa droga przez mękę

W świadomości przeciętnego odbiorcy filmów producent funkcjonuje najczęściej jako stereotypowy grubas z cygarem i walizką pieniędzy pochodzących z niewiadomego źródła. Nic bardziej mylnego.

Joanna Szymańska podkreśla, że zyski osiągane w kinach nie trafiają bezpośrednio do producenta. - Po drodze swoją część zabiera kino (ok. 50 proc.), dystrybutor, który ponosi koszty promocji i marketingu oraz odbiera włożone w produkcję minimum gwarantowane. W dalszej kolejności należy spłacić inwestorów, koproducentów i twórców, zwrócić dotację do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (PISF), a dopiero na końcu można cieszyć się ewentualnym zyskiem. Często jest więc tak, że choć film zarobił miliony złotych, producent nie zobaczył ani złotówki - mówi Szymańska.

Skąd się bierze pieniądze na filmy w Polsce? Pierwszą, najważniejszą wciąż instytucją wspierającą rodzime kino jest PISF. I to tam pierwsze kroki kieruje producent zarówno filmów dokumentalnych, jak i fabularnych.

Kolejnymi źródłami finansowania są regionalne fundusze filmowe. Działa ich w Polsce 11 i coraz prężniej wspierają nie tylko krajowe produkcje, wchodzą także w koprodukcje międzynarodowe.

Pieniądze pozyskuje się też od stacji telewizyjnych, aktywnie projektów szukają zarówno TVP, jak i Polsat, Canal+ czy HBO. Telewizje dofinansowują nie tylko filmy kinowe, ale też dokumenty czy seriale. Do bud-żetów dokładają się także dystrybutorzy filmowi.

Można zarobić na ambitnym kinie

- Każdy producent szuka Świętego Graala, czyli ambitnego, wysokiej jakości kina, które zagwarantuje sukces frekwencyjny i artystyczny - stwierdza Joanna Szymańska.

Takim filmem byli na przykład "Bogowie", którzy nie tylko spodobali się krytykom, lecz także zyskali uznanie ogromnej widowni w Polsce (2,2 mln widzów).

Z drugiej strony "Ida", wybitne dzieło filmowe, obsypane nagrodami, dystrybuowane na całym świecie, zarobiła ponad 10 mln dol., ale w samej Polsce osiągnęła wynik nieporównywalny z największymi hitami.

- To po prostu dwa różne kina - wyjaśnia Joanna - dwa różne sposoby opowiadania, dwie różne widownie. Myślę, że pora wyjść z zaklętego kręgu dyktatury box office'u. Pewne filmy muszą powstać, niezależnie od tego, czy pójdzie na nie pięciu widzów, czy 5 mln. Pewne projekty nie są stworzone do kapitalistycznego i rynkowego mechanizmu wymuszającego zwrot inwestycji. Ale też muszą powstawać, bo kształtują naszą kulturę, nasze zrozumienie świata, stawiają przed nami wyzwania i zmuszają do myślenia - mówi Szymańska.

* Gaja Grzegorzewska, ur. w 1980 r., pisarka. Stworzyła cykl o prywatnej detektywce Julii Dobrowolskiej, w którym ukazały się w sumie cztery książki. Za "Topielicę" (2010) dostała Nagrodę Wielkiego Kalibru. Ostatnio wydała "Betonowy pałac" (2014). 27 kwietnia ukaże się jej najnowsza powieść "Kamienna noc".




Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.