Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W ubiegły piątek wieczorem grupa 21 medyków wystosowała pismo do ministra Mariusza Kamińskiego - szefa MSWiA. Poprosili o zgodę na wjazd do strefy stanu wyjątkowego - bez ukrytych motywacji i celów politycznych, wyłącznie w celu niesienia pomocy uchodźcom. W środę ministerstwo odmówiło, powołując się na bezpieczeństwo kraju i konieczność obrony granic. Rozmawiamy z inicjatorem akcji, lekarzem anestezjologiem Jakubem Sieczką.

Adriana Rozwadowska: Jak zareagowałeś na odpowiedź ministra Kamińskiego?

Jakub Sieczko: - Choć wstrząsająca, była do przewidzenia. Jest potwierdzeniem wszystkich podejrzeń co do tego, jak wygląda sytuacja w strefie stanu wyjątkowego. Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził.

Zamierzacie jeszcze przekonywać ministra?

- Kilka dni temu napisaliśmy pismo do prymasa Polski Wojciecha Polaka. Jego odpowiedź odczytujemy jako poparcie dla naszych działań. Prymas zwrócił w niej uwagę, że skoro na granicy dochodzi do dramatów, można podejrzewać, że system nie działa i że konieczna jest współpraca wszystkich stron zaangażowanych w kryzys, tj. rządu i organizacji pomocowych.

Dlatego teraz zamierzamy się do niego zwrócić raz jeszcze. Bo niejednokrotnie w trudnych momentach historii Kościół pełnił rolę pośrednika między władzą a społeczeństwem, a nasza władza deklaruje przecież przywiązanie do wartości chrześcijańskich. To ostatni z pomysłów, który przychodzi nam do głowy, jak skłonić MSWiA do rozmowy.

Wasza inicjatywa powstała, bo...

- Bo nie pamiętam takiego kryzysu humanitarnego w tym kraju, który odbywałby się za mojego życia. Wiem, że na świecie bywają gorsze, o ile wolno je w ogóle stopniować. Dlatego szokuje mnie, że - choć sporo się o tym mówi - informacje, co przeżywają ci ludzie na granicy, do dziś nie otwierają serwisów informacyjnych.

Też wiedziałem tyle, co inni. Niewiele. Dopiero bezpośrednia rozmowa z osobami, które działają tam na miejscu, uświadomiła mi, o czym my w ogóle mówimy. Koleżanka z jednej z organizacji pomocowych zrzeszonych w Grupie Granica napisała do mnie dramatyczną wiadomość, że są tam ludzie wymagający pilnej pomocy medycznej – i pytała, czy znam ratownika z okolic Białegostoku, który mógłby tam czasem przyjechać i pomóc. Nie mogłem uwierzyć w to, co opowiadała. Hipotermia, w jednym z przypadków temperatura poniżej 30 stopni Celsjusza, odwodnienie, świerzb, rany, zapalenia płuc, choroby przewlekłe i COVID-19.

Wierzysz na słowo koleżance?

- Wierzę nie jednej osobie, ale wielu członkom organizacji pomocowych, którzy są na miejscu. Wierzę materiałom wizualnym dostępnym w internecie, które pokazują proceder nielegalnego wypychania imigrantów na stronę białoruską przez strażników z psami. I nie muszę mieć już żadnych innych dowodów, kiedy przecież wszyscy wiemy, że ludzie tam umierają. Jak ten szesnastolatek z Iraku, o którym wiadomo, że jeszcze zaledwie kilka dni wcześniej był po stronie polskiej.

Jeżeli do licznych nadużyć dochodziło, kiedy na miejscu byli dziennikarze, aktywiści i posłowie, jeżeli nawet wtedy nie pozwalano, żeby podawali uchodźcom jedzenie i picie, nie wpuszczono lekarki, żeby pomogła tym ludziom, to nie jestem aż taki naiwny, żeby wierzyć, że kiedy teraz nikt nie patrzy władzy na ręce, standardy moralne nagle znacząco wzrosły.

Mogę kupić narrację przekazywaną przez władzę na konferencjach, z których materiały dość szybko okazują się - powiem eufemistycznie - dość mało wiarygodne, albo uwierzyć ludziom, którzy mają informacje bezpośrednio od uchodźców. A ich autorytet wzmacnia Janina Ochojska, która od kilkudziesięciu lat pomaga ludziom w różnych częściach świata i zjadła na tym zęby.

A która startowała do Europarlamentu z listy Koalicji Obywatelskiej.

- Tak, jest też prezeską Polskiej Akcji Humanitarnej i jeździła w miejsca dotknięte kryzysami humanitarnymi, zanim komukolwiek przyśniła się Koalicja Obywatelska.

Bardzo chciałbym się dowiedzieć, jaka agenda polityczna przyświeca ministrowi Kamińskiemu, że ten nie chce udzielić zgody na nasz wjazd. W jaki sposób bezpieczeństwu państwa zagrozi wpuszczenie tam dwudziestu kompetentnych osób z wykształceniem medycznym? Jak zaszkodzimy sprawie, o ile sprawą jest udzielanie pomocy medycznej? Nie ma na to wyjaśnienia. Według władz wszystko jest super, bo ci ludzie umierają zgodnie z prawem. Zwykła sprawa, prawda?

Nasze intencje są czyste. Nie jestem politykiem, nie ubiegam się o żadną funkcję publiczną. Czy naprawdę tak trudno uwierzyć w to, że ludzie, którzy zajmują się zawodowo ratowaniem życia, przejęli się tym, że na terenie ich kraju zaczynają umierać ludzie z zimna, głodu i chorób, które w XXI wieku są absolutnie uleczalne? Już nawet tu nam musi ta polityka wejść?

Mam wybór: albo bezradnie patrzeć na to, co się dzieje w moim kraju, albo próbować cokolwiek zrobić. To próbuję, a minister Kamiński mi to uniemożliwia. A ja się nie chcę wstydzić za mój kraj. Holendrzy do dziś wstydzą się Srebrenicy. Kiedy władze przyzwalają na śmierć Bogu ducha winnych osób, czy to dziwne, że obywatel tego kraju krzyczy? Od razu jest pożytecznym idiotą Łukaszenki, lewakiem, opozycjonistą, agentem Tuska?

Władze odpowiadają, że nie rozumiecie, w co się mieszacie.

- Jako lekarz nie wypowiadam się, czy ci ludzie na granicy mają kryształowe serca, czy przyjeżdżają tutaj, żeby ciężko pracować, ani czy państwo powinno pozwolić na ich pobyt na terenie Polski. To nie są moje kompetencje. Ale w cywilizowanym świecie powinno być tak, że taka osoba ma szansę przeżyć, a potem trafia do ośrodka, w którym władze zweryfikują, z kim mają do czynienia.

Tak się to przedstawia: poważni, dorośli ludzie w garniturach, którzy rozumieją złożoność tej sprawy, cały kontekst międzynarodowy, są twardzi i umieją nas bronić, postawić te druty, a jeśli ktoś wchodzi, to go wypychać. I argument z Łukaszenki – że to on zaczął. Rozumiem, że to nasz nowy horyzont moralny – nie być gorszym od Łukaszenki. Tak, Łukaszenka jest okropnym typem i ponosi odpowiedzialność za to, że ci ludzie umierają. Ale ja nie mam wobec niego żadnych oczekiwań. Mam je wobec siebie, rodaków i władz mojego państwa.

Słyszymy, że jesteśmy dzieciakami, które się bawią i nie rozumieją tych poważnych panów. To nas gombrowiczowsko upupia. Ale po latach w pamięci zostaniemy nie my, tylko trupy.

"To może im też zróbcie teleporady, hehe".

- Odpowiadam: przepracowałem w pandemii setki godzin w kombinezonie, i nie mam w tym zakresie żadnych wyrzutów sumienia.

Ale jesteś lekarzem, który od dawna publicznie pisze o tragicznej sytuacji w polskiej ochronie zdrowia i doskonale wiesz, jak długo Polacy potrafią czekać na pomoc. Jednocześnie chcesz zostawić szpital w Warszawie i pomagać uchodźcom. Jak odpowiesz tym, którzy zapytają, czy masz za mało pracy z Polakami? Komuś sfrustrowanemu własną historią starcia z ochroną zdrowia?

- Że nikt w Polsce nie czeka na karetkę dwa tygodnie. Ci ludzie nie przyszli tu na tomografię komputerową czy endoprotezę biodra. Mówimy o kryzysie humanitarnym. Gdyby to była grupa ludzi, którzy zwracają się do nas, aby objąć ich pełną gamą świadczeń finansowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia, to ta sytuacja by mnie nie poruszyła i nigdzie bym nie jechał.

Poza tym mam prawo spędzać mój czas wolny, jak chcę. Jedni biegają półmaratony, drudzy pieką ciasta, trzeci czytają książki, drudzy pieką ciasta, a ja - odkąd wiem, co dzieje się na granicy z Białorusią - nie odczuwam już potrzeby oglądania Netflixa. Wszyscy pomagamy w naszym prywatnym czasie.

Wiceminister Błażej Poboży napisał na Facebooku, że sugerujecie, że na teren stanu wyjątkowego nie mogą wjechać ratownicy, a to nieprawda - bo mogą. Po co ratownicy z Warszawy, w podlaskim jacyś chyba są?

- Pomijając to, że właśnie trwają przygotowania do protestu ratowników medycznych i od 1 do 10 października ogromna część z nich nie przyjdzie do pracy, a także to, że w pogotowiu od kilku miesięcy trwa permanentny kryzys kadrowy - załóżmy na chwilę, że system działa świetnie. To skoro system działa świetnie, to czemu mamy trupy? I dlaczego tydzień temu operator numeru 112 nie wysłał karetki do czterech osób z Konga, ale zbył zgłoszenie?

MSWiA nie odpowiedziało na to pytanie od tygodnia. Zamiast o stan zdrowia poszkodowanych, operator pytał zgłaszającą aktywistkę m.in. o to, skąd w ogóle ma numer do uchodźców. To też jest częste pytanie.

- To proste, ci ludzie do nich dzwonią, bo na arabskich i afrykańskich forach udostępniono numery polskich organizacji pomocowych. I dzięki temu organizacje dostają informacje z terenu – że w punkcie „x" jest taka i taka grupa. Warto z tej wiedzy korzystać. Do większości nie mogą się dostać, bo uchodźcy znajdują się w strefie stanu wyjątkowego, ale czasem ktoś się prześlizgnie. A czasami imigranci znajdują się poza strefą, tak jak we wtorek, kiedy cztery osoby wyłowiono z rozlewisk rzeki.

Dlatego teraz, póki mamy związane ręce, prowadzimy działania zdalne – szkolimy wolontariuszy tych organizacji, jak skutecznie rozmawiać z pogotowiem i odpowiadamy na pytania medyczne. I wciąż utrzymujemy naszą gotowość do rozpoczęcia akcji. Jeśli dostaniemy od wolontariuszy informację, że rozmiar tragedii jest już taki, że ludzie potrzebują pomocy także poza strefą – ruszamy mimo wszystko. Bo nikt z nas nie jest w stanie sobie wyobrazić, co przeżywają ci ludzie. Ani ty, ani ja, ani minister, ani nikt, kto to teraz czyta, nie zrozumie, co to znaczy siedzieć przez kilka tygodni w lesie, pod koniec września, bez jedzenia, picia i podstawowych środków higieny.

Naprawdę nie rozumiem potrzeby zamarzania ludzi na granicy polsko-białoruskiej w celu obrony granic. Dylemat, czy chronić granice, czy pomagać ludziom - to fałszywa alternatywa. Nie musimy sobie tego jako kraj robić. Bo będziemy się tego wstydzić.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.