Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Udowodniliśmy, że w czasie swoich ośmioletnich rządów socjaliści popełnili poważne przestępstwa przeciwko Węgrom i teraz powinni za to odpowiedzieć - powiedział pod koniec lipca Peter Szijarto, rzecznik rządu Orbána i.przewodniczący parlamentarnej komisji badającej politykę gospodarczą Węgierskiej Partii Socjalistycznej, która doprowadziła do lawinowego wzrostu długu publicznego. Liczby nie kłamią - dowodzą politycy rządowej koalicji (tylko oni mają swoich przedstawicieli w komisji, została ona zbojkotowana przez opozycję, która odmówiła udziału w "szopce" i "procesach pokazowych", jak pogardliwie określają działanie komisji), pokazując liczby - w 2002 roku, gdy socjaliści obejmowali władzę, dług publiczny wynosił 55,6 proc. PKB, osiem lat później, gdy zastąpił ich Fidesz, było to już 80,2 proc. PKB. Za ten stan rzeczy odpowiedzialni mają być trzej byli premierzy, którzy w latach 2002-10 sprawowali rządy nad Dunajem: Peter Medgyessy, Gordon Bajnai i Ferenc Gyurcsany.

W maju komisja zaczęła ich przesłuchiwać: jako pierwszy wystąpił Medgyessy, który przyznał, że nieco zwiększył poziom zadłużenia kraju, ale niewiele, bo tylko do 59 proc. Pod koniec maja przed komisją pojawił się Bajnai, premier-niezależny ekspert i bezpośredni poprzednik Orbána, który pochwalił się, że jego rządowi udało się zahamować wzrost zadłużenia. Czyli wszystkiemu winny Gyurcsany - wciąż znienawidzony przez dużą część węgierskiej ulicy człowiek, którego przyznanie się do kłamstw w kampanii na zamkniętym spotkaniu z kolegami i wyciek nagrania do mediów spowodowały wielotygodniowe zamieszki i demonstracje? - To część skomplikowanej gry Fideszu mającej na celu zdyskredytowanie mnie. Moim zdaniem jest to działanie kompletnie nielegalne - mówił były premier przed wejściem na komisję. - Jestem tak samo odpowiedzialny za wzrost długu publicznego jak premier Orbán - powiedział i przedstawił swoje własne wyliczenia, z których wynikało, że w latach 2000-10 z powodu rozbuchanych wydatków socjalnych dług publiczny Węgier zwiększył się o 1,9 biliona forintów (29,2 mld zł). Z tej kwoty rząd Orbána (obecny premier rządził już w latach 1998-2002) odpowiada za 570 miliardów forintów długu (ok. 8,7 mld zł), Medgyessy za 817 miliardów (12,5 mld zł) , a Gyurcsanyi - za 512 miliardów (7,8 mld zł).

Jeśli nie ma prawa, to...

"Wyrok" zapadł pod koniec lipca - Szijarto ogłosił, że cała trójka z powodu "niekompetencji, korupcji i hołdowania własnym interesom" jest odpowiedzialna za katastrofalny stan finansów publicznych i że zwróci się on do komisji budżetowej i konstytucyjnej z pytaniem, czy możliwe jest pociągnięcie oskarżonych do odpowiedzialności karnej. Jeśli zaś odpowiedź będzie negatywna, obie komisje zostaną poproszone o określenie, jakie zmiany prawne są konieczne, "by w przyszłości było to możliwe". Rzecznik dodał przy tym od niechcenia, że takie przepisy i tak trzeba będzie wprowadzić w związku z nową konstytucją, która ściśle reguluje kwestię długu publicznego i wprowadza górny limit, powyżej którego nie można się dalej zadłużać. Rząd Fideszu wydaje się zdeterminowany, by byłych premierów postawić przed sądem - kilka dni temu prawnik i wicepremier Tibor Navracsics powiedział, że węgierski kodeks karny pozwala na oskarżenie byłych premierów i po konsultacjach ze środowiskiem prawniczym nie trzeba w tym celu wprowadzać żadnych zmian w prawie.

Gorąca atmosfera wywołała polityczną burzę. - Nie znam demokratycznego kraju, w którym kwestie deficytu budżetowego i zadłużenia mogą skończyć się procesem karnym. W sprawie polityki danej partii werdykt zawsze powinien należeć do wyborców - komentował Laszlo Kovacs z WPS. Jego kolega z partii i jej główny ekonomiczny mózg Imre Szekeres posunął się jeszcze dalej, oskarżając Fidesz o wprowadzanie opinii publicznej w błąd. - Jeśli szukacie winnych długu, spójrzcie na całe dwudziestolecie - powiedział i, a jakże, przedstawił swoje własne wyliczenia. Wynika z nich, że socjalistyczny gabinet Gyuli Horna rządzący Węgrami w latach 1994-98 zredukował poziom długu z 90 do 62 proc. PKB (dzięki bardzo niepopularnemu planowi zaciskania pasa ówczesnego ministra finansów Lajosa Bokrosa), a dalsza redukcja długu za czasu rządów Fideszu to zasługa podążania utartą przez socjalistów ścieżką. Odpowiedź Fideszu można streścić jednym zdaniem: "Nie było was w komisji, nie macie prawa głosu w tej sprawie". - To nie jest żaden europejski precedens, że stawia się zarzuty osobom odpowiedzialnym za sprzeniewierzanie publicznych funduszy albo działania przeciw dyscyplinie budżetowej - odpowiada Navracsics.

Dług - o tym się mówi

Od początku roku kwestia zmniejszenia madziarskiego zadłużenia jest głównym tematem rządowej retoryki. - Dług publiczny jest naszym wrogiem numer jeden. Prowadzimy wojnę przeciwko zadłużeniu i chcemy tę walkę wygrać - ostro mówił pod koniec maja Orbán. A każda wojna wymaga ofiar, do czego rząd stara się przekonać Madziarów. Jest więc zaciskanie pasa i cięcie wydatków budżetowych, a także publiczna zbiórka wśród obywateli - w kwietniu katolicki ksiądz Elemer Redly założył Ligę przeciwko Długowi Publicznemu. To fundusz, na który Madziarzy mogą wpłacać dobrowolne datki na rzecz oddłużenia kraju. Inicjatywie przyklasnął i nagłośnił ją rząd, jednak na razie Węgrzy nie są zbyt szczodrzy dla budżetu - według danych na koniec czerwca na konto funduszu wpłacono tylko 150 tys. euro.

Wszystkie działania rządu są podporządkowane nadrzędnemu celowi, jakim jest zmniejszenie długu do 50 proc. PKB w 2018 roku. Jest to też górny pułap zadłużenia kraju wpisany do nowej konstytucji, która zacznie obowiązywać na Węgrzech od 1 stycznia. Fidesz już teraz nagłaśnia każdy najmniejszy sukces w walce z zadłużeniem - dwa miesiące temu premier Orbán stwierdził, że duża część aktywów węgierskich OFE po upaństwowieniu systemu emerytalnego została przeznaczona na oddłużanie kraju. W efekcie dług jednorazowo spadł z 81 do 77 proc., co w opinii Orbána stanowi "rekord świata".

Część komentatorów zadziwia nagłe zainteresowanie Fideszu długiem. Przypominają, że jeszcze nieco ponad rok temu, tuż po przejęciu władzy, jednym z pomysłów Orbána było zwiększenie wydatków i zadłużenia w celu ożywienia koniunktury gospodarczej. Pomysł przepadł, bo wtedy Węgry znajdowały się jeszcze na garnuszku UE i MFW i musiały zachowywać dyscyplinę fiskalną. Był to zresztą jeden z powodów, dla których rząd Orbána zerwał umowę kredytową z Funduszem.

Kto ma rację?

Wydaje się, że - jak to zwykle bywa w politycznych sporach - prawda leży pośrodku. Socjaliści ponoszą część winy za zwiększenie węgierskiego zadłużenia (przyznaje to nawet sam Gyurcsany - jego zdaniem zadłużenie wzrosło, bo nie wypaliła rządowa strategia, która zakładała ożywienie gospodarcze dzięki zwiększonym wydatkom), ale poprzedni gabinet Orbána też nie jest bez winy. Opozycja wskazuje na dużą szczodrość poprzedniego gabinetu, m.in. podwyżki dla sfery budżetowej oraz specjalne mieszkaniowe subsydia dla młodych małżeństw, które wynosiły nawet kilkaset milionów euro rocznie.

Niezależnie od tego, jak skończy się to zamieszanie, ponownie ucierpi wizerunek Węgier na arenie międzynarodowej. Od momentu przejęcia władzy w połowie ubiegłego roku Fidesz przy każdej okazji krytykuje swoich poprzedników, zarzucając socjalistom fałszowanie danych makroekonomicznych i zostawienie kraju w katastrofalnej sytuacji gospodarczej. Musi jednak uważać, by się nie zapędzić, tak jak wiceszef partii Lajos Kosa. W czerwcu ubiegłego roku, w apogeum greckiego kryzysu, powiedział on, że sytuacja węgierskich finansów publicznych jest katastrofalna i są niewielkie szanse na to, że Budapeszt uniknie losu Aten. Dzień później rzecznik rządu Szijarto, zamiast uspokoić nastroje, dolał tylko oliwy do ognia. - Na Węgrzech poprzedni rząd fałszował dane. W Grecji też je fałszowali. W Grecji moment prawdy już nadszedł. Węgry są ciągle przed nim - stwierdził. W reakcji kurs forinta i węgierska giełda zanurkowały w dół na kilka dobrych tygodni.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.