Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czytaj także: Okulary Google'a pod lupą regulatorów. Czy zagrażają naszej prywatności?

Właśnie rzecznicy ochrony danych osobowych z czterech kontynentów wystosowali precedensowe wystąpienie do prezesa Google'a. Chodzi o najnowszy wynalazek: Google Glass. To okulary, w które wbudowana jest kamera i aparat fotograficzny, umożliwiające natychmiastowe umieszczanie zdjęć i filmów w internecie. Można też za ich pomocą przeglądać strony internetowe czy skrzynkę e-mailową. Czyli urządzenie szpiegowskie rodem z Bonda. Rzecznicy są zaniepokojeni, że Google nie konsultował z nimi ani z organizacjami zajmującymi się ochroną prywatności swojego wynalazku. Zadają konkretne pytania.

Trzeba jednak zadać pytanie fundamentalne - o etyczną granicę rozwoju i wykorzystania tego rodzaju technologii.

Sądzę, że w dziedzinie tych wynalazków znaleźliśmy się w punkcie, w którym jakieś 20 lat temu znalazła się biomedycyna. Okazało się, że postęp biotechnologii może być nieograniczony i że głęboko ingeruje w zdrowie, życie i godność człowieka. Zdecydowano więc nałożyć na nią etyczne granice. Powstała Europejska Konwencja Bioetyczna (której notabene od 16 lat Polska nie jest w stanie ratyfikować) i ONZ-owska Powszechna Deklaracja o Prawach Człowieka i Bioetyce. Zakazują one klonowania człowieka, tworzenia ludzko-zwierzęcych hybryd, czerpania zysku z ludzkich organów, tkanek i komórek, leczenia wbrew woli czy selekcji zarodków pod kątem wyboru płci.

Czytaj także: GIODO: Możemy zablokować dane pochodzące z Google Glass

Dziś mamy podobną sytuację z technologiami cyfrowymi. Doszło do tego, że nawet nieużywająca internetu i telefonu komórkowego osoba może być inwigilowana, np. kiedy wejdzie w obszar monitoringu, da się sfotografować znajomym czy przypadkowo zarejestrować za pomocą właśnie Google Glass. Dane o niej stają się źródłem zysku i przedmiotem handlu. I mogą być dowolnie pozyskane - od firm przez służby specjalne, co potwierdziła afera PRISM.

Potrzebujemy konwencji, która zakreśliłaby etyczne granice tworzenia i wykorzystywania śledzących technologii. Powstaje - w bólach - europejska dyrektywa o ochronie danych osobowych. Oparta jest na zasadzie naszej "poinformowanej zgody". Ale potrzeba czegoś więcej: ogólnego aktu wyznaczającego nieprzekraczalne granice. Tą granicą nie powinna być zgoda, tak jak zgoda nie wystarcza, żeby komuś sprzedać swoją nerkę. Są decyzje, które przynoszą nam tak głęboką i nieodwracalną szkodę, że niedopuszczalne powinno być namawianie do ich podjęcia i czerpanie z nich korzyści.

To właśnie naszą zgodą firmy dostarczające usługi online legitymizują wszelkie swoje poczynania. Mówią: dajemy usługę za darmo, płacicie jedynie swoimi danymi. I sprzeciwiają się ograniczaniu ich wolności w zbieraniu i wykorzystywaniu tych danych, strasząc upadkiem sektora i krachem gospodarczym. Czy dopuszczalne moralnie jest, by gospodarka światowa oparta była na pożeraniu naszej prywatności? Dokąd nas to zaprowadzi?

Musimy ustalić, czego absolutnie nie wolno, nawet jeśli daje to miliardy dolarów zysku i podnosi PKB. Ustalić to nie tylko na poziomie Europy, ale też reszty świata. Również tego, którego na razie nie stać na internet, ale gdzie pojadą turyści w okularach Google'a, z podsłuchującymi online i filmującymi iPhone'ami, iPadami, laptopami i wszystkim, co jeszcze zdołamy wymyślić, by spieniężyć prywatność i uczynić ją na koniec pojęciem z zamierzchłej przeszłości.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.