Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nasze państwo wciąż jest właścicielem dużej części majątku produkcyjnego. Cztery lata temu powstała lista spółek o strategicznym dla państwa znaczeniu, nad którymi skarb państwa sprawuje szczególną pieczę. Pozostaną pod kontrolą państwa przez wiele lat.

Opinia publiczna nie wie o nich zbyt wiele. Jak są zarządzane? Czy przynoszą zyski, czy może straty? Czy ich wartość rośnie, czy spada? Media się takimi nieefektownymi tematami nie interesują.

Politycy też nie. Ich interesuje, czy prezesem jest "nasz" człowiek, czy "ich".

Prezesi wiedzą, że ich dalsza kariera zależy nie od wyników, lecz od kontaktów z ważnymi osobami. Nie są rozliczani z wykonanych zadań, bo ich od polityków nie dostają, zresztą nie mieliby na nie czasu.

Prawo karuzeli blokuje ich talenty menedżerskie - nawet jeżeli je mają.

W najbliższych dniach w kilku takich spółkach odbędą się coroczne walne zgromadzenia akcjonariuszy. Czy karuzela kadrowa znów się zakręci?

W co gra minister skarbu?

16 czerwca rada nadzorcza banku PKO BP negatywnie oceniła projekt uchwał na walne zgromadzenie akcjonariuszy udzielających absolutorium prezesowi banku Jerzemu Pruskiemu i jego zastępcy Tomaszowi Mironczukowi. Decyzja z wielu powodów niezwykła, zwłaszcza że mowa o spółce giełdowej.

Pruski zarządza bankiem od kwietnia 2008 r. Absolutorium dotyczy ośmiu miesięcy jego działalności w tymże 2008 r., gdy PKO BP zanotował rekordowy zysk netto ponad 3 mld zł. Rada nadzorcza, owszem, pochwaliła zarząd za wyniki finansowe, ale uznała, że Pruskiemu absolutorium się nie należy, gdyż rekomendował wraz z całym zarządem wypłatę dywidendy właścicielom.

Rada nadzorcza nie uznała za celowe, by odnieść się do strategii, jak zaproponował Pruski. Bo według prezesa w tej operacji chodzi nie tylko o pieniądze dla budżetu, ale także o strategię rozwoju banku. PKO zamierza wyemitować nowe akcje, by zwiększyć swój kapitał, a zdaniem wielu poważnych ekonomistów bez wypłaty dywidendy nie da się tego przeprowadzić.

Rada nadzorcza reprezentuje właścicieli, przede wszystkim skarb państwa, który w siedmioosobowej radzie ma aż sześciu przedstawicieli. Przewodnicząca rady Marzena Piszczek stoi na czele delegatury Ministerstwa Skarbu w Krakowie, czyli jest podwładną ministra. Ministerstwo Skarbu nie protestowało przeciw decyzji rady. Minister skarbu Aleksander Grad otwarcie krytykował 24 czerwca w Radiu TOK FM ministra finansów, który popierał wypłatę dywidendy, a następnie dokapitalizowanie banku.

Czyli - pośrednio - Grad krytykował prezesa Pruskiego.

Ale 25 czerwca Grad zmienił zdanie i najprawdopodobniej jutro WZA udzieli zarządowi PKO BP absolutorium. Zaakceptuje wypłatę dywidendy oraz emisję nowego kapitału.

O chodziło w tej całej drace? Czy o dywidendę? A może była ona tylko pretekstem do ataku na prezesa? Prasa spekuluje, kto chętnie zastąpiłby Pruskiego na stanowisku. Czyżby minister skarbu wziął udział w tej rozgrywce i w ostatniej chwili z niej zrezygnował, uznając, że Pruski ma zbyt silne poparcie polityczne?

Jerzy Pruski jest piątym szefem PKO BP od częściowej prywatyzacji banku w grudniu 2004 r. Ma dobre kwalifikacje - był przez sześć lat członkiem RPP, a potem wiceprezesem NBP. Ma też coś, co w tym "sektorze" liczy się jeszcze bardziej - poparcie ministra finansów i zapewne premiera.

Prezes na kilka miesięcy

Częste zmiany prezesów w spółkach kontrolowanych przez skarb państwa to reguła. Zmiana rządu, a czasami tylko ważnego ministra porusza karuzelę.

W Orlenie przez dziesięć lat było siedmiu prezesów. Najkrócej rządził Jacek Walczykowski - niespełna trzy tygodnie, najdłużej Andrzej Modrzejewski - 2 lata i 9 miesięcy. Niemal każdy miał polityczną etykietkę. Modrzejewski - znajomy Andrzeja Szkaradka, wpływowego polityka AWS, Zbigniew Wróbel - przyjaciel Aleksandra Kwaśniewskiego, Piotr Kownacki - zaufany Lecha Kaczyńskiego, Igor Chalupec - wiceminister finansów w rządzie Marka Belki.

Jeszcze szybciej karuzela kręciła się w PZU. Jesienią 1999 r. 30 proc. akcji spółki sprzedano zagranicznemu konsorcjum. Od tego czasu kierowało nią 12 prezesów. Rekordzista - Cezary Stypułkowski - przez trzy lata. Inni zwykle po kilka miesięcy.

W takich warunkach nie sposób oczywiście opracować strategii, dokonać zmian. Można trwać i udawać, że się zarządza.

Piotr Kownacki - prezes Orlenu za rządów PiS, publicznie przyznawał, że wykorzystał znajomości, by dostać posadę w półpaństwowym Banku Ochrony Środowiska. Ma przecież dorastające dzieci, które trzeba wyposażyć.

Miedź, związkowcy i biskup

Kilka dni temu w KGHM ze stanowiska zrezygnował Mirosław Krutin, prezes nr 7 w ostatnich 12 latach. O obsadzie prezesów w Miedzi decydują nie tyle politycy, ile działacze związkowi. Ministrowie skarbu też mają wpływ - o ile dogadają się ze związkowcami. Jeżeli nie, lokalni działacze narzucają własnego kandydata - w 2004 r. Wiktor Błądek został prezesem wbrew woli ministra skarbu, za to z błogosławieństwem Ryszarda Zbrzyznego, posła SLD i lidera związkowego (patrz obok "KGHM, państwo w państwie").

W marcu 2005 r. w KGHM Polska Miedź SA gościł biskup Stefan Cichy mianowany właśnie przez Jana Pawła II nowym ordynariuszem diecezji legnickiej. Wielka uroczystość zgromadziła wszystkich VIP-ów z okolicy. Poprzedni biskup Tadeusz Rybak opowiada o doskonałej współpracy władz Miedzi w realizacji duchowych potrzeb rzeszy pracowników KGHM. Biskupom za wsparcie duchowe dziękował prezes Błądek powiązany z SLD. Wiedział, że jeśli chce przetrwać, musi gromadzić sojuszników. A biskup to zawsze biskup.

Dobry menedżer, ale nie z tej partii

Przed kilku laty CIECh - rodzaj holdingu kontrolującego wiele spółek chemicznych - był dużą spółką giełdową, z kapitalizacją bliską 5 mld zł. Przez ponad cztery lata kierował nim Ludwik Klinkosz, dobry znajomy ze studiów Aleksandra Kwaśniewskiego. Dobrze poruszał się po rynku. W 2006 r. CIECh osiągnął rekordowy zysk netto przeszło 166 mln zł.

Ale nadeszły czasy PiS i w lipcu 2006 r. Klinkosz został odwołany. Ówczesny minister skarbu Wojciech Jasiński nawet nie ukrywał, że powodem dymisji jest życiorys.

Zastąpił go Mirosław Kochalski, któremu trzeba było znaleźć szybko pracę, by zwolnił stanowisko komisarza Warszawy dla Kazimierza Marcinkiewicza. Kochalski był zresztą według prasowych spekulacji kandydatem również na prezesa Orlenu. Ostatecznie wybrał (lub został wybrany) CIECh, gdzie trzeba się znać na skomplikowanym zarządzaniu wieloma spółkami.

Efekty? W pierwszym roku Kochalskiego zysk CIECh-u spadł niemal o dwie trzecie (do 58 mln zł).

W sierpniu 2008 r. Kochalskiego zastąpił Ryszard Kunicki. Podobno zaproponował go Stanisław Dobrzański, słynny "Staszek, który chciał się sprawdzić w biznesie". Niedawno prezes Kunicki poinformował, że w I półroczu CIECh nie osiągnął zysku i nie wiadomo, jak poradzi sobie z długiem 1,7 mld zł.

Strategiczna kula u nogi

PKN Orlen ma strategiczne znaczenie dla Polski. Jakakolwiek wzmianka o możliwości pozbycia się przez skarb państwa swoich akcji (minister wraz z Naftą Polską ma ich ok. 30 proc.) wywołuje burzę. Bez większych emocji przyjmowane są za to wieści o fatalnej kondycji finansowej Orlenu, nietrafionej strategii, ponoszonych stratach.

Zgodnie z prawem karuzeli dla polityków strategiczna pozycja Orlenu oznacza bowiem co innego - by mieć tu swoich ludzi. W 2006 r. poprzedni prezes Igor Chalupec (kiedyś "człowiek Belki") kupił litewską rafinerię w Możejkach. Inwestycja miała podtekst polityczny. Politycy PiS, którzy wówczas rządzili, mają obsesję bezpieczeństwa energetycznego, a zwłaszcza uniezależnienia się od dostaw surowcowych z Rosji. Zakup Możejek doskonale wpisywał się w ten tok myślenia, choć wiadomo było, że litewska rafineria zależy od rosyjskiej ropy, a ewentualne dostawy ropy tankowcami są utrudnione ze względu na małą głębokość Bałtyku.

Możejki nie mają szczęścia. Zaszkodził im poważny pożar, dostawy rurociągiem są nieustannie przerywane (celowymi?) awariami. Możejki są kulą u nogi Orlenu, który przed kilku laty miał ambicję utworzenia wielkiego środkowoeuropejskiego koncernu paliwowego, a dziś jest kandydatem do bankructwa.

Wyjątek - siedem lat Olechnowicza

Znacznie lepiej radzi sobie mniejszy Lotos. Wprawdzie w 2008 r. zanotował straty, lecz były w dużej mierze skutkiem strategii inwestycyjnej. W ramach programu 10+ powstaje wiele zaawansowanych technologicznie instalacji, które pozwolą na zwiększenie zdolności przerobu ropy naftowej o 75 proc. - z poziomu 6 do 10,5 mln ton rocznie.

Lotos współpracuje z wieloma światowymi koncernami. Inwestuje w poszukiwanie i wydobycie ropy naftowej. Program 10+ jest finansowany przez ogromny jak na polskie warunki kredyt 1,5 mld euro udzielony przez międzynarodowe konsorcjum. Mimo kryzysu Lotos nie ma problemu ze spłatą.

Ta strategia to dzieło prezesa Pawła Olechnowicza, który zarządza Lotosem od siedmiu lat, rzecz w polskich warunkach niezwykła. W czwartek rada nadzorcza przedłużyła mu kontrakt na kolejną kadencję, choć wcześniej były sygnały, że Ministerstwo Skarbu szykuje w Lotosie zmianę.

Tymczasem zmieniający się niemal co roku prezesi Orlenu szukają chętnych na zakup pakietu Polkomtela, by przywrócić płynność spółce.

To nie może działać

Zadaniem zarządu korporacji jest zwiększanie jej wartości. Prezesi spółek kontrolowanych przez skarb państwa nie otrzymują od swego właściciela nawet zadań średniookresowych, więc tym bardziej nie są rozliczani z ich realizacji.

Dlaczego nie otrzymują? Bo niby właściciel jest wciąż ten sam (państwo), ale reprezentowany jest przez ministrów, którzy zmieniają się średnio co dwa lata.

Prezesi wiedzą, że ich dalsza kariera zależy raczej nie od wyników, lecz od kontaktów z ważnymi osobami.

- 70 proc. czasu poświęcam na pielęgnowanie kontaktów z ludźmi, od których zależy moja kariera - mówi prezes dużej spółki państwowej.

To nie jest głos odosobniony. Z punktu widzenia właściwych celów spółki te zabiegi są czasem straconym. Brakuje go na samokształcenie i kształcenie współpracowników, tworzenie kadrowej rezerwy, opracowywanie strategii. Nie zachęca do tego "właściciel", czyli Ministerstwo Skarbu, które co najwyżej dogląda majątku, a nie zarządza w sposób menedżerski.

Polska jest dużym krajem, potencjał naszej gospodarki jest zbliżony do Szwecji, Belgii lub Szwajcarii. Ale choć polskie firmy inwestują za granicą, żadna nie buduje międzynarodowej korporacji. Poza Pawłem Olechnowiczem, szefem Grupy Lotos, żaden prezes spółki skarbu państwa nie ma międzynarodowego doświadczenia menedżerskiego.

Prawo karuzeli sprawia, że strategiczne spółki, które jeszcze niedawno zapowiadały europejską ekspansję, powoli zamieniają się w zapyziałe przedsiębiorstwa, które wcześniej czy później zostaną połknięte przez międzynarodowe koncerny lub po prostu upadną.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.