Jedna z najbardziej charakterystycznych szwajcarskich marek zegarkowych bije na świecie rekordy popularności i wprowadza innowacje za innowacją, nie tylko ulepszając technologię produkcji plazmowej ceramiki hi-tech. Zyskuje też coraz większe uznanie Polaków.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Miasteczko Lengnau w kantonie Bern leży w sercu szwajcarskiej „doliny zegarkowej". To region kraju niezbyt oblegany turystycznie, ale to właśnie tam, między pagórkami Jury rozsypane są manufaktury zegarkowe generujące sporą część PKB Helwetów. W Lengnau swoją siedzibę ma RADO, zatrudnia tu pół tysiąca pracowników i – szczerze mówiąc, a raczej pisząc – ichniejsze muzeum, a przy nim autoryzowany sklep, wydają się być jedynymi powodami, by to miasteczko odwiedzić.

Malowniczy, senny i nudnawy klimat zachodniej Szwajcarii był idealną scenerią dla rozwijania systemu „ebauches" – Szwajcarzy latem pracowali na roli, a gdy zapadała zima, siedzieli w domach i chałupniczymi metodami produkowali podzespoły dla producentów zegarków. Ci zbierali je po wioskach i miasteczkach, składali w zegarki i wysyłali w świat, czyniąc z relatywnie biednego pasterskiego kraju gospodarczą potęgę z najniższą pensją krajową na poziomie 19 tys. zł. po dzisiejszym kursie.

Niemalże w garażu

Podobnie jak wiele innych marek, które dziś są idealnym prezentem na okrągłe urodziny dla dżentelmenów z całego świata, także i obecne Rado zaczynało w systemie podwykonawczym. Pracownia braci Wernerów – Fritza i Ernsta, powstała sto lat temu w przerobionej części domu ich rodziców. Gdyby działo się to dekadę później, miałaby szansę powstać w garażu – to sceneria, w której wykuwało się przecież wiele światowych gigantów z Applem na czele. Pracownia nosiła nazwę Schlup & Co. i szło im całkiem nieźle, ale bracia mieli umysły techniczne. Części robili prima sort, ale brakowało im marketingowego zacięcia.

Materiał promocyjny Partnera
Materiał promocyjny Partnera 

Gdy jeden z nich wydał córkę za mąż, doczekał się zięcia humanisty. Paul Lüthi na zegarmistrzostwie nie znał się wcale, wiedział natomiast, że aby się rozwijać, trzeba tworzyć zegarki pod własnym szyldem. Powołał serię marek mniejszych i większych – w tym chociażby „Exactę", którą bardzo stara gwardia zegarmistrzów wspomina do dziś z sentymentem. Przestał być dostawcą części, zaczął budować eksport – to był dobry czas, bo świat podnosił się po wojnie, Amerykanie zamawiali z Europy co się dało, zegarki szły jak woda.

Lüthi przetarł szlaki handlowe chociażby z rynkiem hinduskim – do dziś to dla RADO jeden z trzech (!) kluczowych krajów. Mają tam prawie 30 butików pod własną marką, biją na głowę popularnością nawet Omegę, skądinąd swoją koleżankę z Grupy Swatch. W zeszłoroczne święto światła Diwali, czyli październikowej eksplozji konsumpcjonizmu w Indiach, wykręcili najlepszy wynik w historii marki na tym strategicznym rynku. To o tyle istotne, że rupie, ale też dolary i inne waluty płynące z całego świata do Lengnau, zapewniły tak doskonały rozwój całego biznesu przedsiębiorczych braci i jeszcze bardziej przedsiębiorczego zięcia.

Rado startuje

Marka Rado oficjalnie powstała w 1957 r. i w zaledwie trzy lata stała się silnym graczem obecnym w 61 krajach. Ich filozofia „jeśli można sobie coś wyobrazić, można to też zrobić" na stałe zdefiniowała obrany kierunek działania i myślenia. Rado nie chciało być kolejnym producentem, który wyłącznie odcina kupony od swojej „szwajcarskości". Postawili na innowacyjne materiały, które wykorzystywali do produkcji zegarków. Gdy inni inwestowali w jubilerów, szykujące się do premiery Rado rozwijało dział zatrudniający geologów i materiałoznawców.

Materiał promocyjny Partnera
Materiał promocyjny Partnera 

Na pomysł wpadł ich ówczesny główny projektant, Marc Lederrey. Zauważył, że zegarki stalowe, a nawet złote, są rzeczywiście piękne, ale po kilku dniach ich normalnego użytkowania widać na nich ryski i zadrapania. Po roku – metal potrafi przez promienie UV nawet nieco wyblaknąć i stracić sklepowy blask. Zaproponował opracowanie modelu, który się nie rysuje. Lüthi klepnął pomysł, a kilka lat później otwierali wspólnie szampana oblewając premierę Diastara, pierwszego rysoodpornego zegarka świata. Tym pomysłem zrewolucjonizowali branżę, czyniąc z Rado światowego giganta.

Unikalne w Diastarze było to, że raz pierwszy w historii zastosowano węglik wolfranu – dotychczas kruszec znany z produkcji wierteł, wygładzarek i łożysk, ale na pewno nie zegarków. Gdy stopy stali nierdzewnej miękną w temperaturze 1000°C, on wytrzyma trzy razy więcej. Jest nie do zdarcia, nie barwi się, niemalże nie da się go porysować. W Diastarze zamontowano ponadto szkiełko szafirowe – było to wprawdzie rozwiązanie od dekady widywane w zegarmistrzostwie, ale dopiero Rado rozpowszechniło je na dużą skalę. Firma złożyła swoim konsumentom obietnicę, że ich zegarki są wytrzymałe i będą trzymać formę latami.

Dotrzymują słowa, oferując kolejne innowacje – w latach 60. zadebiutował słynny Rado Captain Cook, poświęcony znanemu 18-sto wiecznemu odkrywcy. W pierwszych reklamach wskazywano, że jest przeznaczony  dla „lekarzy, inżynierów, sportowców, nurków głębinowych, kierowców samochodów wyścigowych". Miał ruchomy znak kotwicy na tarczy – to była spora innowacja i bajer, za który klienci byli w stanie dopłacić, choć oprócz „doznań" wizualnych nie miał żadnej dodatkowej funkcji. Był modnym gadżetem – jak krokodylek Lacoste na piersi polówki czy nieobracane dekle w felgach rolls-royce’a.

Ceramika odporna też na kryzys

W latach 70. świat zachłysnął się zegarkami kwarcowymi z Japonii i Hongkongu. Na producentów „analogów" padł blady strach. Seria szwajcarskich marek ogłosiła plajtę, wymagała konsolidacji, w najlepszym wypadku skazana była latami zaciskać pasa. Rado było jakby obok tej wojenki, bo oprócz mechanizmów oferowało coś więcej – nietuzinkowe materiały, których przecież nie stosowała azjatycka konkurencja.

Lata 70-te były więc dla nich płodne. Zadebiutował pierwszy zegarek Rado ze stoperem – jak na tamte czasy to był „breaking news", dwie kolejne udane serie: Elegance i Glissière – kwadratowy zegarek z odważnie pochylonymi krawędziami i godziną widoczną na czarnej tarczy w zaokrąglonym otworze. Był wielkim hitem od Tokio po Nowy Jork – zresztą mieście rozkochanym już wówczas w zegarkach z Lengnau. Dekadę później na premierze modelu Rado Anatom, Andy Warhol namaluje obraz modelu, który będzie jednym z ostatnich jego dzieł. 

Rado nie ustawało w poszukiwaniach nowych materiałów. W 1990 świat ujrzał model Rado Ceramica – z zapewniającymi wodoszczelność kopertą wykonaną z ceramiki, deklem wykonanym z tytanu oraz szkłem szafirowym. Ceramika hi-tech stała się znakiem rozpoznawczym marki. Opracowana w laboratoriach jej autorska receptura to do dziś strzeżona tajemnica. Wiadomo na pewno, że jest ona twardsza niż wszystkie metale, nie da się jej zarysować, po latach nie traci zarówno formy, jak i koloru – a ten w ostatnich kolekcjach, zgodnie z trendami, gra ważną rolę. Gładka w dotyku, lekka, hipoalergiczna. Dostosowuje swoją temperaturę do temperatury nadgarstka.

Rado eksperymentuje z tą ceramiką – niektóre modele wykonane są z ceramiki plazmowej polerowanej na wysoki połysk. By osiągnąć ten efekt materiał obrabiany jest w temperaturze sięgającej aż 20 000°C. Rado trafiło nawet do światowej Księgi Rekordów Guinessa jako producent „najtwardszego zegarka świata". Co ciekawe – akurat nie za model ceramiczny, ale za model Rado V10K z 2002 r. wykonany z zaawansowanego technicznie diamentu. Jego wytrzymałość to zawrotne 10 000 w skali Vickersa.

Meryl Streep świata zegarków

- Nie chcemy produkować zwykłych zegarków, które zaspokajają powszechne gusta. Nasze zegarki powinny mieć potencjał, aby stać się klasyką ze względu na ich zindywidualizowaną formę i odporne na zarysowania materiały – podkreśla w wywiadach Adrian Bosshard, prezes Rado. Dziś marka ma reputację ulubieńca kuratorów wystaw, wykładowców na europejskich szkołach sztuk pięknych, dyrektorów artystycznych w agencjach reklamowych, grafików i architektów. Zgarnia nagrodę za nagrodą w najważniejszych światowych  konkursach dizajnu. Żartuje się, że jest taką „Meryl Streep" na Red Dotach, bo nominacje i nagrody dla Rado są wpisane niemalże co roku w scenariusz tego prestiżowego konkursu.

Zresztą z dizajnem Rado od zawsze po drodze – do współpracy zapraszali plejadę artystów z całego świata, jak (swojego rodaka) Le Corbusiera, japoński duet YOY, studio projektowe Big Game, ale też chociażby Polaka Oskara Ziętę – model True Face Gent jego autorstwa trafił do sprzedaży na całym świecie. Zachwycali nie tylko feerią kolorów, ale też chociażby cienkością koperty – przykładem niech będzie ultrasmukły, niebywale lekki, oczywiście ceramiczny model True Thinline. Koperta mierzy zaledwie 4,9 mm.

Jednak dizajn dizajnem, wygląd wyglądem, Rado od lat jednoczy zegarkowych estetów z tymi, którzy stawiają przede wszystkim na funkcjonalność i komplikacje. Stąd tak duża popularność modeli szkieletowych i „open heart", gdzie spod szkiełka można podglądać prace mechanizmu.  Dla kogo jest Rado? - - O ile mężczyźni zazwyczaj muszą mieć porządny mechanizm i porządną markę, której flagowym produktem są zegarki, co wyklucza wszystkie licencyjne marki modowe; o tyle kobieta po prostu patrzy na „karoserię", mniej interesuje ją silnik – odpowiada zagadany przeze mnie ekspedient w warszawskim butiku W.Kruk.

Rado super łączy te dwa światy. Z jednej strony ten szwajcarski rodowód, bo w grupie Swatch, bo kawał historii, bo automaty, bo DiaStar. Z drugiej strony uwielbiają markę Rado fani dizajnu, którzy piękno produktu przedkładają nad kolejne nanosekundy dokładności w skali roku. Dziś o takich właśnie „innowacjach" w świecie zegarków mowa, choć producenci chórem powtarzają, że w kwestii precyzji wskazywania czasu nie powiedzieli niby jeszcze ostatniego słowa.

Materiał promocyjny Partnera
Materiał promocyjny Partnera 

W Polsce Rado kojarzy się przede wszystkim z tenisem. Marka sponsoruje plejadę gwiazd, ale też tenisistów młodszych, acz dobrze rokujących. Jedną z gwiazd aż do dnia przerwania kariery była Agnieszka Radwańska i to bynajmniej wybrana nie z powodu znajomo brzmiącego pierwszego członu jej nazwiska. Od kilkudziesięciu lat Rado wspiera tenisa będąc chronometrażystą na topowych turniejach – w 2001 r. kultowy model Sintra debiutował podczas Australian Open, co było marketingowym majstersztykiem. Pod szyldem Rado odbywały się też latami rozgrywki w londyńskim Queen’s Clubie – to preludium Wimbledonu, jeden z najstarszych trawiastych kortów na świecie.

Nie opuszczając Wielkiej Brytanii – Anglicy mają powiedzenie „jesteś jak Marmite" – to takie ichniejsze octowe smarowidło, które ma tyle samo fanów, co przeciwników. Przeciwnością tego powiedzenia jest „jesteś jak wanilia" – czyli w normie, nikogo nie chłodzisz, nie grzejesz, każdy zaakceptuje. Rado jest marką wyrazistą i jedną z najbardziej charakterystycznych. Ma potężne grono fanów, także w Polsce, którzy z wypiekami na twarzach wypatrują każdej kolejnej kolekcji. Płynie w niej „szwajcarska" krew, choć na pewno wymyka się spod sztywnych helweckich reguł i od pół wieku idzie swoją drogą. Droga ta jest zbudowana oczywiście z hipoalergicznej rysoodpornej ceramiki high-tech. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej