Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Niemal w każdym sieciowym sklepie z elektroniką przy zakupie smartfona, telewizora, konsoli, komputera czy tabletu zaproponują nam możliwość dodatkowego ubezpieczenia tego sprzętu. Taka polisa ma z jednej strony wydłużyć, a z drugiej strony rozszerzyć nasze prawa wynikające z gwarancji (oferowanej przez producenta) oraz rękojmi (zapewnienie sprzedawcy, że oferuje sprawny sprzęt).

Polisa nie jest tania – może kosztować minimum 10 proc. wartości sprzętu, a w niektórych przypadkach cena dochodzi do 20 proc. ceny, którą płacimy, kupując elektronikę. Dlaczego jest aż tak drogo? Cóż, po pierwsze, firmy ubezpieczeniowe oferujące tego typu polisy doskonale wiedzą, że w dzisiejszych czasach elektronika psuje się znacznie częściej niż kiedyś (a po upływie dwuletniej zwykle gwarancji ryzyko rośnie wykładniczo), a po drugie, często ubezpieczenie jest rodzajem dodatkowej prowizji dla sprzedawcy.

Firma ubezpieczeniowa dostaje tylko 30-60 proc. składki, reszta zostaje w sklepie jako jego ekstra zysk. Właśnie dlatego sprzedawcy tak bardzo zachwalają tego typu polisy. Podobnie zresztą jak wydłużenie gwarancji na trzeci lub trzeci i czwarty rok.

Uszkodzenie przez „coś", awaria, kradzież, nieuprawnione użycie...

Co obejmuje taka polisa? Przeważnie podstawą jest „uszkodzenie mechaniczne spowodowane siłą zewnętrzną", a więc sytuacja, w której np. w ramach jakiegoś nieszczęśliwego zbiegu okoliczności smartfon lub tablet nam się rozbija i wymaga naprawy bądź jest do wyrzucenia. Do tego czasem ubezpieczyciele dodają także pokrycie strat w razie kradzieży (uwaga, przeważnie wyłączona jest kradzież kieszonkowa, polisa dotyczy tylko sytuacji, w której przy okazji zostajemy pobici – dochodzi do włamania lub rozboju) oraz awarii sprzętu (po gwarancji). W przypadku komputerów zdarza się też opcja ubezpieczenia od przepięcia.

Najlepsze polisy zawierają także opcję pokrycia strat w sytuacji, gdy nie tylko ukradną nam sprzęt, ale jeszcze dopuszczą się nieuprawnionego użycia. W przypadku telefonu od momentu zgłoszenia szkody ubezpieczyciel pokrywa koszty połączeń, wysłanych SMS-ów, MMS-ów i wykorzystanego przez złodzieja transferu danych. Bywają też polisy, które „płacą” w przypadku użycia telefonu ubezpieczonej osoby do płatności; pułap kosztów pokrywanych przez polisę to 1500 zł w przypadku połączeń (telefon).

„Siła zewnętrzna”, czyli... pułapka?

Zanim wydamy jakiekolwiek pieniądze na ubezpieczenie kupowanego sprzętu, trzeba oczywiście zrobić rozeznanie i ocenić, czy oferowany zakres ubezpieczenia – zniszczenie wskutek działania „siły zewnętrznej", awaria, kradzież, nieuprawnione użycie (niepotrzebne skreślić) – jest wart swojej ceny.

Ubezpieczenie, które chroni jedynie od uszkodzeń „siłą zewnętrzną”, raczej nie jest warte, by zapłacić za nie np. kilkanaście procent wartości sprzętu. Diabeł tkwi w słowie „zewnętrzna". Bardzo mocno ogranicza ono prawdopodobieństwo, że dostaniemy jakieś pieniądze w przypadku zniszczenia bp. smartfona. Nie dostaniemy odszkodowania, jeśli uszkodzimy telefon, bo np. wypadł nam z ręki. Jeśli zostaliśmy popchnięci przez kogoś – już jest na to szansa, ale warto sprawdzić, jakich dowodów żąda w tej sprawie ubezpieczyciel (oby nie wizyty na policji). Nawet jeśli siła, która doprowadziła do zniszczenia urządzenia, rzeczywiście była „zewnętrzna", to ubezpieczyciel może próbować wykręcać się sianem – i często to czyni – udowadniając nam „rażące niedbalstwo” (skoro nie potrafimy utrzymać telefonu w dłoni...).

Co z zalaniem? Czy polisa lubi zwierzęta?

Odmianą „siły zewnętrznej” może być działanie zwierząt domowych i warto sprawdzić, czy przypadkiem nie podlega ono wyłączeniu odpowiedzialności ubezpieczyciela (jeśli telefon zostanie zrzucony przez naszego kota, to możemy nie dostać odszkodowania). Koniecznie sprawdźmy też, jak ubezpieczyciel definiuje zalanie. Czy ma znaczenie, jaką cieczą sprzęt został zalany? Czy polisa zawiera zamknięty katalog wydarzeń, które muszą doprowadzić do zalania, by zostało uznane za podstawę do wypłaty odszkodowania?

Jednemu z moich znajomych sprzedawca powiedział bez ogródek: „Niech pan tylko nie zaleje tego laptopa winem, piwem czy innym alkoholem. Kawa, herbata, mleko, zupa – proszę bardzo. Alkoholu nie uznają". Oczywiście nawet w przypadku zalania sprzętu kawą musimy się liczyć z tym, iż ubezpieczyciel podniesie zarzut „rażącego niedbalstwa".

Jeśli już rozprawimy się z podejściem ubezpieczyciela do rozumienia „siły zewnętrznej", zalania i działania zwierząt, to warto sprawdzić, czy polisa nie ma ograniczeń terytorialnych (porządna powinna działać na całym świecie), czy przypadkiem nie jest krótkookresowa (powinna działać minimum przez cały czas obowiązywania gwarancji fabrycznej, niejako rozszerzając ją na dodatkowe ryzyka). Jeśli kupujemy sprzęt na kredyt, to ubezpieczenie powinno działać przez cały okres kredytowania.

Kolejnym elementem, na który warto zwrócić uwagę, jest wkład własny klienta w szkodę. W dobrej polisie nie powinno go być w ogóle, a nawet jeśli jest, to nie powinien przekraczać 5-10 proc. wartości sprzętu. W innym przypadku polisa, która sporo kosztuje, będzie tak naprawdę kadłubowa.

Likwidacja szkody bywa drogą przez mękę

Ostatnia sprawa do sprawdzenia to zapisy ogólnych warunków ubezpieczenia, które mówią o zgłoszeniu szkody. Oczywiście także tutaj są ubezpieczyciele, którzy kantują. Porządna polisa powinna dopuszczać możliwość zgłoszenia szkody online. W przypadku uszkodzenia sprzętu powinna być możliwość oddania go do każdego salonu czy punktu sprzedaży (niektórzy ubezpieczyciele żądają dostarczenia sprzętu do firmowego punktu obsługi, chodzi oczywiście o to, by zniechęcić klientów do zgłaszania szkody, skoro trzeba będzie jechać na drugi koniec miasta bądź wręcz do innej miejscowości).

Warto też sprawdzić, czy polisa zapewnia sprzęt tymczasowy na czas naprawy uszkodzonego (to też niestety nie wszędzie jest standardem). A w razie niemożności naprawy polisa powinna zapewnić nowy sprzęt (ten sam model) albo zwrot ceny zakupu. W tym ostatnim punkcie przeważnie następuje nieporozumienie, bo wartość polisy z reguły jest ograniczona do bieżącej wartości rynkowej sprzętu, co oznacza, że jeśli stracimy mający rok-półtora telefon, to dostaniemy najwyżej 50-60 proc. ceny, którą będziemy musieli wyłożyć na zakup nowego. To jest tzw. ukryty wkład własny.

Jeden z moich znajomych niedawno wykupił ubezpieczenie laptopa kupowanego w salonie z elektroniką. Za polisę, która obejmowała ochronę laptopa wartego 3,5 tys. zł, zapłacił 700 zł. Polisa ma szeroki zakres działania i termin o rok dłuższy niż gwarancja. Znajomy twierdzi, że taka cena jest dla niego fair. Ale zapłacenie podobnej sumy za ubezpieczenie, które np. obejmie tylko uszkodzenie „w wyniku działania siły zewnętrznej", a nie daje ochrony na wypadek awarii, kradzieży lub wpadnięcia przez sprzęt w niepowołane ręce, byłoby rozrzutnością.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.