Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Chociaż wyrażenie „niski poziom” sugeruje poziom „łatwy do osiągnięcia”, to w istocie jest on bardzo rygorystyczny – poprawia mnie Marek Lipski, ekspert w zakresie pól elektromagnetycznych PEM w Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji. Obowiązująca w Polsce norma wynosi 0,1 W/m kw. (wat na metr kwadratowy), standard europejski to... 10 W/m kw., a więc jest stukrotnie wyższy od naszego.

Żeby zrozumieć tak drastyczne różnice, trzeba cofnąć się do czasów, gdy Polska za Zachodem nie goniła, wręcz przeciwnie – oficjalnie nim gardziła. Czyli do czasów PRL. Wszystko zaczęło się w latach 60., gdy radzieccy naukowcy na potrzeby wojska prowadzili badania nad promieniowaniem elektromagnetycznym. Czasy były ciężkie, więc trzeba było sobie jakoś dorobić.

Naukowcy ustalili zatem tak drastycznie niskie normy promieniowania, by móc potem powiedzieć: „Halo, my tu w szkodliwych warunkach pracujemy, należą nam się dodatki za pracę w szkodliwych warunkach!”. Ustalili niskie limity, bo oczywiście sami pracowali przy dużo wyższym promieniowaniu. Ale pieniądze się zgadzały, więc limity zostały – w całym bloku sowieckim.

Potem powstała legenda, że niskie limity spowodowane są trzymaniem ludu przez władzę na smyczy. Niskie promieniowanie bowiem to trudności w komunikacji bezprzewodowej, a więc większa kontrola nad społeczeństwem. To legenda, jednak mimo wszystko normy ustalone przez radzieckich naukowców - cwanych dorobkiewiczów - pozostały do dziś. Właśnie w Polsce, Rosji i Bułgarii. Niemal 60 lat od ich ustalenia, a u nas 29 lat od obalenia komunizmu.

– Jeśli dopuszczalny limit w Polsce się nie zmieni, możemy w najbliższym czasie zapomnieć o sieci 5G w powszechnym rozumieniu. Ta technologia wymaga postawienia dodatkowych stacji bazowych, nadajników, odbiorników, a przecież komunikacja odbywa się bezprzewodowo za pomocą fal radiowych. Jednak stacje bazowe – w odróżnieniu od tych istniejących obecnie – powinny być postawione bardzo blisko ludzi i urządzeń, a do tego w większym zagęszczeniu. Przy utrzymaniu polskich norm nie da się tego zrobić – ostrzega Marek Lipski.

Nadajnik kontra norma

5G ma oferować połączenia w smartfonie o prędkości 1 Gbit/s - to 20 razy szybciej, niż osiągają obecnie najlepsze smartfony. Dzięki tej technologii możliwe będzie także podłączenie miliardów urządzeń do sieci, które będą się między sobą komunikowały. To na nich oparte mają być w przyszłości smart cities. Według Międzynarodowego Związku Komunikacyjnego (ang. ITU), aby mówić o sieci 5G, na jednym kilometrze kwadratowym będzie trzeba obsłużyć co najmniej milion takich urządzeń.

To wszelkiego rodzaju czujniki w internecie rzeczy: sensory na ulicach, parkingach, latarniach, na naszych ubraniach, w autonomicznych samochodach, inteligentnych kamerach, czujnikach smogu, natężenia ruchu itd. itp. Słowem – świat ma być naszpikowany elektroniką potrafiącą łączyć się z internetem. A skoro urządzeń tych mają być miliardy, to wiele musi być też stacji bazowych, które odbierają i nadają sygnały – np. o tym, że zepsuła się któraś latarnia lub że któraś z kamer miejskiego monitoringu wychwyciła uliczną bójkę. Ponadto stacje bazowe mają też przecież dostarczać superszybki internet do naszych smartfonów, a online jesteśmy przecież niemal non stop.

Tu zaczyna się problem, bo polskie normy mówią o natężeniu promieniowania elektromagnetycznego w pobliżu ludzi. Obecnie nie da się więc tak blisko zamocować nadajników, by nie przekroczyć rygorystycznych norm PEM. Siłą rzeczy – jest to blokada rozwoju nadajników, a więc i rozwoju 5G.

Dziś przy standardzie przesyłu danych LTE jedna stacja bazowa może obsługiwać obszar kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych, na którym do sieci podłączone są dziesiątki tysięcy ludzi. Jeśli miałoby nastać 5G, stacji bazowych musiałoby być dużo więcej, bo inaczej – wciąż przy jednej stacji jak obecnie – dziesiątki tysięcy osób musiałoby się transferem podzielić i nikt prędkości 5G tak naprawdę by nie osiągał.

Jest jeszcze pewna nadzieja na to, że przy obecnych normach można byłoby w Polsce wprowadzić 5G, jest tylko jedno „ale”. Jedno, lecz poważne.

– Być może operator będzie musiał obniżyć moc innych nadajników. W efekcie część osób korzystałaby z technologii 5G, ale część miałaby nagle gorszy transfer danych niż dotychczas albo w ogóle wypadłyby z zasięgu stacji bazowych LTE – mówi Marek Lipski. Operator mógłby też obniżyć np. moc sygnału GSM. Skutek? Skurczyłby się jego zasięg i część osób na danym terenie utraciłaby możliwość... wykonywania połączeń telefonicznych.

Jest nadzieja ze strony rządu

Przez 29 lat nikt w Polsce normy promieniowania elektromagnetycznego nie zmienił, co leży w gestii Ministerstwa Środowiska. – Próby harmonizacji norm do poziomu światowego opartego o rzetelną wiedzę naukową były i są, ale zawsze budziły sprzeciw ze strony pseudoekologicznej. Poza tym ludzie w Polsce bardzo lubią teorie spiskowe. Antyszczepionkowcy, zwolennicy teorii o płaskości ziemi często są fanami teorii o tym, że promieniowanie elektromagnetyczne powoduje nowotwory. W takich ilościach, ile wynoszą normy europejskie, nie powoduje – mówi Marek Lipski.

Zwolennicy teorii o szkodliwości PEM za argument podają fakt, że Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wpisała je na listę karcerogenów 2b. Lista ta gromadzi substancje potencjalnie rakotwórcze, czyli takie, co do których istnieją pewne podejrzenia o szkodliwości, ale nie znaleziono jeszcze na to żadnego dowodu. Czy to wiarygodna przesłanka, by się bać? Za odpowiedź niech służy to, że obok promieniowania elektromagnetycznego na tej samej liście WHO znajdują się... talk dla dzieci i kawa.

Ta sama WHO już w 1996 roku przeprowadziła badania, z których wynikło, że nie ma żadnych negatywnych skutków zdrowotnych wynikających z przebywania w pobliżu urządzeń emitujących pole elektromagnetyczne o częstotliwości od 0 do 300 GHz. A więc systemy komórkowe czy urządzenia wi-fi mogą wywoływać u osób jedynie efekt termiczny, a nie zdrowotny.

Kolejne rządy w Polsce nie chciały więc tego zmieniać, bo temat wciąż dla wielu osób jest kontrowersyjny. Teraz jednak nie ma wyjścia – nie będzie 5G bez zaktualizowania do współczesnych standardów norm promieniowania elektromagnetycznego, a ich ustalanie to kwestia Ministerstwa Środowiska. – Strategia 5G dla Polski określa problem PEM jako jeden z najbardziej istotnych, które blokują rozwój tej technologii. Skoro strona rządowa jest już świadoma tych ograniczeń, potrzeba już tylko działań – widzi nadzieję Marek Lipski.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.