Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruś kojarzy się ludziom z kołchozami, biedną wsią, zacofaną gospodarką i siermiężną państwową propagandą, która w ostatnich miesiącach stała się jeszcze bardziej ogłuszającą. W kraju uzależnionym od kaprysów Aleksandra Łukaszenki rozwinęła się jednak branża informatyczna, której pracownicy są gotowi do emigracji. Utalentowanych Białorusinów kuszą różne kraje, a przecież najbliżej im do Polski.

- Polska stoi przed szansą przetransferowania dużej liczby informatyków z Białorusi, a podkreślić trzeba, że są to specjaliści najwyższej klasy, co nie wzięło się znikąd, ale ma swoje korzenie jeszcze w systemie edukacji z czasów ZSRR - mówi dr Piotr Kopyciński z Centrum Polityk Publicznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

To właśnie wtedy zbudowano tam solidny, jak na ówczesne realia, system nauczania przedmiotów ścisłych, jak matematyka i fizyka. Ludzi nie mieli oczywiście dostępu do zaawansowanych technologii, ale matematyka zawsze przecież jest taka sama, niezależnie od sprzętu czy wolności osobistej dokonującego obliczeń. Dyktatorzy dwoją się i troją, ale matematyki i jej praw na dłuższą metę nie potrafią oszukać.

Białorusini tworzą wielkie rzeczy

Zespół badaczy z Centrum Polityk Publicznych UEK przygotowuje właśnie raport na temat potencjału relokacji ludzi i przedsiębiorstw z białoruskiego sektora IT. Publikacja będzie gotowa za jakieś 1,5 miesiąca, ale już teraz wiadomo, że ma być ona nie tylko kompendium wiedzy, bazą danych i mapą dla wszystkich zainteresowanych ściągnięciem talentów, ale też gospodarczo-społecznym przewodnikiem po sąsiedzkim kraju. Kilka stereotypów na pewno upadnie. Na Białorusi co rusz można natknąć się na informatyczną, programistyczną lub innowacyjną perełkę, choć w tamtejszym ustawodawstwie nie istnieje forma rejestracji firmy określanej jako „start-up". Taki paradoks.

- Cały sektor IT na Białorusi można określić mianem „perełki”. Generuje on pokaźne udziały w białoruskim PKB, stąd szereg sąsiadów tego kraju liczy, że zgarnie te dochody, ściągając do siebie białoruskich informatycznych imigrantów - podkreśla dr Rafał Lisiakiewicz, który pracuje nad raportem wspólnie z dr Zofią Gródek-Szostak i dr Karoliną Kotulewicz-Wisińską.

Konkretne przykłady? Polacy obeznani z cyfrowymi nowinkami mogą je znać, ale być może nie zawsze wiedzą, skąd pochodzą te pomysły. Białorusini stworzyli m.in. aplikację komunikacyjną Viber, popularną grę "World of Tanks” czy aplikację fotograficzną MSQRD, na którą kilka lat temu skusił się sam Facebook i choć zamknął ją na początku bieżącego roku, to wiadomo, że w tej transakcji chodziło przede wszystkim o przejęcie technologii wykorzystującej rzeczywistość rozszerzoną (AR).

Głośno było także o aplikacji zdrowotnej dla kobiet - Flo, która pozyskała od Flint Capital kwotę 5 mln dolarów na dalszy rozwój. To jednak nie wszystko. FriendlyData, start-up założony przez białoruskich programistów trafił do międzynarodowego akceleratora 500 Startups, BotCube dostał się do akceleratora Boost VC w Dolinie Krzemowej, Exponenta skusił Finów związanych ze Startup Sauna, a IQBoxy, który digitalizuje dokumenty oparte na uczeniu maszynowym, wchodzi w skład znanego Y Combinator.

Trzy lata temu Google kupił firmę AIMatter specjalizującą się w oprogramowaniu do rozpoznawania twarzy. Pieniądze w firmę PandaDoc wpompowały fundusze Rembrandt Ventures Partners, Microsoft Ventures i HubSpot. Wyłożyli niemało, bo 15 mln dolarów.

Łukaszenka znalazł złoto

Park Wysokich Technologii zwany potocznie "białoruską Doliną Krzemową" powstał jednak trochę przypadkiem. Ponoć Łukaszenkę namówił do tego jeden z doradców, który wcześniej jako ambasador zwiedził oryginalną Dolinę Krzemową w Kalifornii i zorientował się, że pracuje tam wielu jego rodaków. Zaczęli więc tworzyć u siebie i efekt jest piorunujący. Dr Rafał Lisiakiewicz podaje, że 60 proc. białoruskich firm z sektora IT zajmowało się outsourcingiem, a ponad 90 proc. produktów z samego parku trafiało na eksport, z tego około 49 proc. do krajów europejskich, 44 proc. do USA i Kanady i tylko 4,1 proc. do Rosji, do której przecież z powodów politycznych Białorusi jest najbliższej.

- Łukaszenka stworzył sektorowi IT bardzo dobre warunki rozwoju i zapewnił ochronę. Według nieoficjalnych informacji nawet służbom specjalnym nakazywał, żeby go nie nękali. Sytuacja zmieniła się jednak po ostatnich wyborach, a sukces stał się przyczyną problemów informatyków na Białorusi - podkreśla dr Rafał Lisiakiewicz.

Badacze pracujący nad raportem dla UEK zauważają, że to właśnie informatycy obeznani z internetem stali się awangardą białoruskiego oporu przeciw władzy. W sieci organizowano protesty, koordynowano akcje i obnażano brutalność władzy, szczególnie oddziałów OMON. Co więcej, pracownicy sektora IT napisali list do prezydenta, skarżąc się na niekorzystne warunki do rozwoju. Ukochane dziecko zaczęło się więc buntować i domagać wolności.

Sprawa emigracji jest delikatnym tematem nie tylko z powodu obaw o represje i szykany wobec samych zainteresowanych, ale także o możliwe turbulencje pomiędzy krajami. Łukaszenka nieraz po wyborach straszył obywateli sąsiadami, głównie Polską.

- Kwestia „ściągania” do Polski firm i pracowników białoruskich rzeczywiście jest tematem niezwykle wrażliwym. Kojarzy się pejoratywnie, jako drenaż mózgów. Wreszcie pracownicy ci na Białorusi są elitą, a bardzo często to absolwenci prestiżowych uczelni zachodnich. Warto także zwrócić uwagę, że po przyjęciu odpowiednich przepisów na Ukrainie w sprawie ułatwień dla obywateli i firm białoruskich emigrujących na Ukrainę, doszło do napięcia dyplomatycznego pomiędzy Białorusią a Ukrainą i wymiany odpowiednich not dyplomatycznych - zauważa dr Rafał Lisiakiewicz.

Zespół planuje przeprowadzić wywiady z białoruskimi imigrantami mieszkającymi w Polsce, przegląda raporty na temat potencjału relokacyjnego i choć to konkurencyjna gra z innymi państwami, postuluje budowę strategii, dzięki której możliwe będzie nie tylko reagowanie na napływ specjalistów i zainteresowanie z ich strony, ale skonstruowanie dla nich konkretnej oferty, lepszej od konkurencji. Te kwestie wymagają uwzględnienia m. in. w przygotowywanej strategii migracyjnej Polski.

- Pandemia przyspieszyła automatyzację i robotyzację zarówno w sektorze prywatnym, jak i publicznym, więc będziemy potrzebowali coraz więcej informatyków, jeśli nie chcemy, aby nasza gospodarka została w tyle. Polska musi tworzyć programy przyciągające specjalistów, pomagać im w integracji gospodarczej i społecznej, żeby chcieli związać swoją przyszłość z naszym krajem. W przypadku zachęt dla Białorusinów mamy już sporą konkurencję w postaci krajów nadbałtyckich i Ukrainy - podkreśla dr Piotr Kopyciński.

Dodaje, że informatycy funkcjonują w swoim specyficznym języku programistycznym, który jest językiem globalnym, a to ułatwia migrację specjalistów. Nie ma tutaj komplikacji związanych z nostryfikacją dyplomu, jak w przypadku medyków. Liczy się talent i portfolio. Przeniesienie działalności w tym sektorze jest zatem szybsze i łatwiejsze. Sami białoruscy spece też wydają się być zainteresowani relokacją i choć są w swoim kraju zarobkową śmietanką, bo dostają średnio kilkukrotnie więcej niż wynosi średnia krajowa, to w zachodnich państwach mogą zarobić jeszcze więcej. Przeglądają więc oferty.

- Wpłynęło już ponad 1200 zgłoszeń mailowych oraz blisko 1000 zgłoszeń telefonicznych. Białorusini mogą dowiedzieć się od nas, jak szybko i sprawnie rozpocząć działalność na terenie Polski, uzyskać wsparcie przy relokacji pracowników i ich rodzin, ale też otrzymać prawną i wizową pomoc w formule "business concierge" - zapewnia Katarzyna Jedlińska, rzeczniczka prasowa Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.

Na początku września PAIH razem z Ministerstwem Rozwoju, Pracy i Technologii uruchomiła program Poland. Business Harbour (PBH), którego celem jest pomoc dla przedsiębiorczych Białorusinów z sektora ICT. W projekt włączyła się agencja GovTech Polska z kancelarii premiera, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP) i organizacja Startup Hub Poland. Wszystko jest koordynowane we współpracy z samorządami i specjalnymi strefami ekonomicznymi.

- Największe podmioty zgłaszające się do programu są obsługiwane przez PAIH. Obecnie mamy ich niemal 40 w swoim portfolio. Zdecydowana większość, bo ponad 30, to firmy z branży IT, a w dwóch przypadkach to projekty gamingowe - dodaje Katarzyna Jedlińska.

Lisiakiewicz twierdzi, że według danych przedstawionych przez instytucje ukraińskie, do połowy października miało tam przyjechać 1200 białoruskich informatyków, a do Polski do października przybyło około 790 białoruskich informatyków. Według różnych szacunków z branżą IT związanych jest na Białorusi co najmniej 60 tys. osób, więc gra toczy się dalej.

- Wielu wyjechało już do państw bałtyckich lub złożyło tego typu wnioski w związku ze specjalnymi programami oferowanymi przez te kraje. Skala jest zatem duża. Pamiętać też należy, że sam rząd białoruski usiłuje przeciwdziałać temu trendowi poprzez świadczenia socjalne i próby zniechęcania do wyjazdów - podkreśla dr Rafał Lisiakiewicz.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.