Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Hanna ma 31 lat, pracuje dla zagranicznej firmy IT i od niedawna mieszka w Poznaniu. Podczas wyborów prezydenckich na Białorusi była niezależną obserwatorką, ale władze nie pozwoliły obserwatorom na pilnowanie prac komisji obwodowych. Tym, którzy deklarowali, że zagłosują przeciwko Łukaszence, aktywiści rozdawali więc białe opaski na ręce. Na ulicach i w kolejkach wyborczych było ich tyle, że było oczywiste, że głosowanie zostało sfałszowane. 

Później za te opaski ludzi torturowano.

Rozmawiamy na Telegramie, chroniącej anonimowość aplikacji, na której Białorusini organizują protesty i z której czerpią wiadomości z niezależnych mediów. Część obserwatorów, z którymi pracowała Hanna, jest teraz w więzieniach. 

"Kluczowa jest solidarność"

Hanna wyjechała też dlatego, że nie chce płacić podatków u siebie w kraju i finansować reżimu Łukaszenki. - Władza coraz mocniej tłamsi obywateli. Jeśli Zachód nie nałoży na Białoruś dużych sankcji gospodarczych, nie ma mowy, żeby reżim w najbliższych latach upadł. Wybory i demonstracje pokazały, ilu nas nie popiera Łukaszenki. Pokazały też, że kluczowa jest solidarność. Na razie jednak Białoruś jest wojskowym państwem autorytarnym, a Łukaszenkę przy władzy utrzymuje tylko przemoc - mówi.

Białoruscy programiści i specjalistki IT w większości pracują w outsourcingu - robią oprogramowanie dla zagranicznych firm i Doliny Krzemowej. Przez ostatnie lata chłonęli otwartą kulturę pracy w sektorze technologicznym, obserwowali panującą w nim tolerancję i horyzontalną strukturę organizacyjną.

Teraz są awangardą walki przeciwko reżimowi Łukaszenki. Jako niezależni eksperci nie musieli też bać się utraty pracy w państwowych przedsiębiorstwach. Sieć, w której się biegle poruszają, okazała się sferą niepoddającą się łatwo kontroli państwa, pozwalającą elastycznie reagować na opresyjność władzy - jak piszą autorzy raportu "W poszukiwaniu bezpiecznej przystani. Perspektywy pracowników białoruskiego sektora IT w Polsce" z Centrum Polityk Publicznych.

Start-upy i cyberpartyzanci

Umiejętności ludzi z sektora IT pozwalały obnażać zakłamanie władzy. Opracowano np. alternatywną platformę do liczenia głosów Golos (Głos), za pomocą której wyborcy fotografowali swoje karty do głosowania, a później przetwarzał je system. Raport z niego udowodnił, że oficjalne wyniki nie zgadzały się ze sfotografowanymi kartami.

Niektórzy szli na bardziej bezpośrednie zwarcie z reżimem, jak np. "cyberpartyzanci", czyli hakerzy, którzy włamywali się na serwery organów administracji i udostępniali publicznie dane osobowe omonowców brutalnie tłumiących protesty.

Nikt nie chce mieszkać w Korei Północnej

Powyborcze represje sprawiły jednak, że zaangażowany politycznie białoruski sektor IT masowo emigruje z kraju. Już w sierpniu 300 prezesów firm i start-upów we wspólnym oświadczeniu zagroziło, że jeśli władza nie rozpisze nowych wyborów i nie skończy z policyjną przemocą, to opuszczą Białoruś.

Mają czym grozić: białoruski sektor IT - jak argumentują autorzy raportu Centrum Polityk Publicznych - jest jednym z najbardziej nowoczesnych i najbardziej dynamicznie rozwijających się. "W 2015 r. wynosił on 3,5% PKB, a w 2019 r. stanowił już 6,6%, co jest sporym odsetkiem jak na kraj opierający swą gospodarkę głównie na przemyśle. Niestety rozwój ten uległ zatrzymaniu. Przyczyną był jego nowoczesny charakter i zagrożenie, jakie niósł dla lokalnej władzy" - piszą.

Paweł Liber, twórca platformy Golos, razem ze swoimi pracownikami już wyjechał na Ukrainę. Swoje biuro z Mińska do Kijowa przeniosła też firma PandaDoc zarejestrowana w San Francisco w Kalifornii. Jej szef Nikita Mikado w rozmowie z agencją Bloomberg powiedział, że "nikt w środku Europy nie chce mieszkać w Korei Północnej".

Specjalistom IT łatwiej się przenosić też dlatego, że w ich branży najczęściej pracuje się zdalnie. Przy poszukiwaniu pracy liczy się też tylko talent i doświadczenie - nie muszą np. nostryfikować dyplomu jak lekarze.

"Chodzi o wewnętrzne poczucie wolności"

- Chcę mieszkać w demokratycznym kraju, bliżej Europy. Może później przeprowadzę się dalej, np. do Niemiec - mówi 30-letnia Julija z dużej firmy informatycznej w Mińsku, która planuje przeprowadzkę do Polski. - Widzę dużą różnicę między Europejczykami a Białorusinami. Są bardziej pewni siebie, przez to bardziej szczęśliwi, ich stosunek do dzieci i siebie nawzajem jest pełen szacunku. Mogą wyrażać własne opinie. Trudno to wytłumaczyć, ale chodzi o pewne wewnętrzne poczucie wolności.

Julija widziała z własnego balkonu największe protesty i brutalne aresztowania.

 - Myśląc o tym, jak okrutny i nieustępliwy jest ten rząd, czuję rozpacz. Wsadzają do więzienia ludzi za robienie transmisji online z protestów, za noszenie białych bransoletek i wywieszanie na balkonie flagi biało-czerwono-białej. To niesprawiedliwe mieszkać w takim kraju. Nie chcę ciągle się bać, że policja może mnie zatrzymać bez żadnego powodu. Że nie będę w stanie udowodnić, że jestem niewinna, bo na Białorusi nie ma prawa. Nie czuję się bezpiecznie i przeraża mnie myśl o założeniu tutaj rodziny - dodaje.

W porównaniu z domem Polska - nawet z drakońskim prawem aborcyjnym, nagonką na osoby LGBT i ograniczoną niezależnością sądów - może się wydawać wielu Białorusinom "oazą wolności". Jak podają autorzy raportu CPP, "mimo spadków w Indeksie Wolności Gospodarczej The Heritage Foundation i 'The Wall Street Journal' Polska wciąż jest krajem wolności gospodarczej i politycznej".

IT trampoliną do społecznego awansu

Zatrudnienie w branży technologicznej na Białorusi to dla młodych ludzi jedna z niewielu trampolin do społecznego awansu - w raczej biednym kraju, gdzie średnie zarobki nie przekraczają 500 euro miesięcznie. Dlatego najzdolniejsi i najinteligentniejsi wybierają informatykę i kierunki ścisłe na studiach.

"Obecnie 24% studentów na białoruskich uczelniach specjalizuje się w dyscyplinach STEM (science, technology, engineering and mathematics – nauki ścisłe, technologia, inżynieria i matematyka). Co roku na Białorusi uczelnie kończy ok. 4000 nowych inżynierów oprogramowania. Około 55 uczelni prowadzi zajęcia z informatyki i innych dyscyplin związanych z IT" - podaje raport Centrum Polityk Publicznych.

90 proc. ludzi z sektora IT na Białorusi mieszka w Mińsku, jednym z najtańszych miast na świecie, jeżeli chodzi o koszty życia. Przenosząc się do Kijowa czy Warszawy, oprócz bliskości kulturowej szukają tego samego: korzystnego stosunku dolara do kosztów utrzymania. Do tego w relokacji i formalnościach wizowych często pomaga stojąca za nimi firma. Przeprowadzają się na strzeżone osiedla, z pełnym pakietem benefitów i prywatną opieką zdrowotną.

Pandemiczna Warszawa, samotność, Netflix i konsola

Andrej i Natalia mają po 26 lat i miesiąc temu przyjechali do Polski. Na Białorusi brali aktywny udział w protestach. - Nie mieści nam się w głowach, ilu pozamykali ludzi w więzieniach. Dobrych i niewinnych, którzy chcieli tylko uczciwych wyborów - mówi Natalia. 

On programuje gry mobilne, ona jest specjalistką public relations pewnej białoruskiej firmy. Mówi, że jej mąż "jak większość specjalistów IT nie jest zbyt towarzyski". Wynajmują 60-metrowe mieszkanie na Wilanowie - nie było łatwo je znaleźć, bo przyjechali razem ze swoim owczarkiem niemieckim, a wielu właścicieli nie zgadza się na zwierzęta.

Razem zarabiają miesięcznie ok. 5-6 tys. dol. 

Wolny czas wypełniają im spacery, oglądanie Netflixa i gry na konsoli. Andrej jest samotny w Warszawie, tęskni za bliskimi i ciężko mu się przyzwyczaić do nowego otoczenia. Chce po jakimś czasie wrócić.

Podobnie jak Mikalaj, który mówi, że wierzy, że sytuacja polityczna na Białorusi się zmieni. 

- Ale to trochę irracjonalna wiara - dodaje po chwili. Ma 30 lat, mieszka w Polsce od końca listopada i projektuje strony internetowe dla szwedzkiej firmy. Zarabia miesięcznie 3,5 tys. dol. minus podatki.

 - Jestem w uprzywilejowanej sytuacji, bo mówię po polsku. Studiowałem w Szkole Głównej Handlowej i mam tutaj znajomych. Do tego w ostatnim czasie do Warszawy przyjechało dużo moich przyjaciół z Mińska - tłumaczy. 

Dla niektórych Polska była jednak tylko przystankiem przed Pragą czy Berlinem. Inni wybierali Turcję ze względu na klimat. 

Wiosną przyjadą kolejni

- Na grupach na Telegramie wygląda to tak, jakby dużo ludzi czekało na wiosnę, żeby ich dzieci mogły skończyć szkołę. Wtedy przyjedzie kolejna fala - mówi Siarhiej, 42-letni doświadczony programista w międzynarodowej firmie z oddziałem w Polsce. Razem z żoną i dwójką dzieci (10 i 4 lata) relokowano ich miesiąc temu. Mieli opłacony transport i pierwszy miesiąc wynajmu mieszkania. Firma pomogła też z uzyskaniem wizy.

Nie mają na razie czasu, żeby tęsknić za Białorusią - urządzają się i załatwiają szkołę dla swojego starszego syna. Siarhiej zarabia miesięcznie 18 tys. zł, przez podatki trochę mniej niż na Białorusi.

- Ludziom z IT jest teraz łatwo dostać wizę, odkąd uruchomiliście program "Poland. Business Harbour". Nawet jeśli nie pomaga firma, jest to proste i można zrobić to samemu. Myślę, że jest w Polsce teraz duże zapotrzebowanie na informatyków - mówi.

W ramach "Poland. Business Harbour", jak podaje raport CPP, do października udało się ściągnąć do Polski 790 białoruskich informatyków.

- Ale ludziom spoza branży, którzy emigrują, myślę, że jest bardzo ciężko - dodaje Siarhiej.

Sprzątanie na czarno, Glovo i Uber Eats

Białorusini, którzy muszą uciekać przed reżimem, ale nie mają cyfrowych kompetencji ani nie znają polskiego, w Polsce często są skazani na pracę fizyczną za minimalne stawki, w której trzeba uważać na nieuczciwych pośredników (czasem własnych rodaków).

Trudności zaczynają się już na granicy. Ihar jest kompozytorem, którego wniosek wizowy zaginął w konsulacie i cała procedura przedłużyła się o miesiąc. Później, żeby przewieźć swój sprzęt, musiał robić to w kilku turach - inaczej musiałby zapłacić wysokie cło. Teraz szuka pracy, na razie jakiejkolwiek, żeby móc ściągnąć swoją rodzinę. - Białoruś to obecnie miejsce, gdzie bardzo trudno żyć i pracować - mówi.

Wielu migrantów i migrantek musi pracować w Polsce na czarno - na budowach, przy sprzątaniu albo na aplikacjach dowozu jedzenia, np. Glovo czy Uber Eats.

- Z Białorusi wyjeżdża głównie klasa średnia i tzw. białe kołnierzyki. Często pracują w dużych zakładach przemysłowych, gdzie nie wymaga się umiejętności językowych, oraz w przedsiębiorstwach zarządzanych przez innych imigrantów, którzy osiedlili się w Polsce wcześniej. Bywa, że jest to wsparcie "koleżeńskie", które okazuje się nielegalnym zatrudnieniem, wynagrodzeniem wypłacanym w kopercie oraz brakiem ubezpieczenia i stabilności - tłumaczy mi Alina Koushyk, członek zarządu Centrum Białoruskiej Solidarności, które wspiera migrantów i uchodźców z Białorusi na pierwszych etapach poszukiwania pracy w Polsce.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.