Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

To było dosyć łatwe do przewidzenia. Wiadomo było przecież, że temat kryzysu humanitarnego na granicy polsko-białoruskiej rozgrzeje polskie media społecznościowe do czerwoności, a Facebooka i Twittera zaleje fala manipulacji i hejtu przykrywająca ludzi dobrej woli. Wiadomo również, że nie wynaleźliśmy jeszcze lepszego sposobu na walkę z dezinformacją niż transparentność i weryfikacja.

Oczywiste, prawda? Tymczasem do przygranicznej strefy stanu wyjątkowego nie mają dostępu ani media, ani organizacje pozarządowe, czyli dwa główne bezpieczniki państwa demokratycznego.

Jesteśmy skazani na relacje odważnych mieszkańców robiących pożytek ze swoich smartfonów, dziennikarzy przenikających od czasu do czasu gdzieś do środka i odważnych bohaterów, którzy jadą, pomagają, ratują życie i później pokazują rzeczywistość jakoś niepasującą do oficjalnych komunikatów i teorii spiskowych.

To wszystko ma przełożenie na media społecznościowe. Tam deficyt sprawdzonych newsów, obrazów i doniesień ma katastrofalne skutki. 

Jeśli odsączanie z mediów społecznościowych szkodliwych, nienawistnych treści i fake newsów jest trudne w normalnych warunkach i jeśli jest to zadanie w rodzaju "mission impossible" w czasie konfliktów zbrojnych, podczas których działają akredytowani dziennikarze, to czego można się spodziewać w momencie, gdy w epicentrum wojny hybrydowej polskie państwo nie dopuszcza niezależnych mediów i organizacji pozarządowych? 

A przecież to one patrzą, kontrolują, sprawdzają, pilnują, motywują, korygują, przywołują do porządku i pomagają walczyć z pokusami władzy. To stosunek do wolności słowa odróżnia zdrowe demokracje od krajów autorytarnych i totalitarnych. Gdy nikt nie patrzy, budzą się upiory, a kłamstwa, półprawdy i propaganda mają prostą drogę - w tym przypadku szybkie łącze - do uszu, oczu i serc ludzi.

Nawet najlepsze algorytmy Facebooka, Twittera i nawet najbardziej wytrwali moderatorzy nie poradzą sobie - choćby byli milionową armią - z takim zalewem informacji, komentarzy, udostępnień czy lajków stawianych przy dziwnych rzeczach. 

Facebook i Twitter pełne ekspertów od migracji

Po co więc pozbywamy się "armii" ludzi, którzy mogliby rozbrajać fake newsy i propagandę? Dlaczego dobrowolnie pozbywamy się tarczy ochronnej? Odsyłamy z kwitkiem tych, którzy mogliby rozbroić niejedną minę w tej wojnie?  

To właśnie tam, w pasie, na którym obowiązuje stan wyjątkowy i to właśnie teraz, weryfikacja informacji oraz kontrola władzy i służb są ważniejsze niż kiedykolwiek.

Zastanówmy się. Komu pomaga blokowanie polskich, niezależnych mediów? Czy to nie spełnienie marzeń, chyba nawet tych najskrytszych, Łukaszenki i Putina? Po co przejmować polskie media, skoro Polacy sami piłują sobie jedno z największych dobrodziejstw demokracji? A tym jest przecież dostęp do niezależnej informacji. 

Przeczytajcie komentarze pod pierwszym z brzegu wpisem choćby Janiny Ochojskiej, która jest wołającą na pustyni i upomina się o ludzką godność. Pewnie po tylu latach jest przyzwyczajona do hejtu, bo człowiek jednak z czasem się uodparnia, ale to jednak przykre, że szybki internet to także możliwość szybkiego plucia na drugiego człowieka. I nie jest to kwestia różnicy poglądów. O takiej można mówić wtedy, gdy ktoś jest przekonany, że cztery najlepiej uzyskać, dodając do siebie dwie dwójki, a ktoś inny twierdzi, że lepiej do trójki dodać jedynkę. A nie wtedy, gdy internetowy mądrala twierdzi, że dwa plus dwa równa się osiem, a jeśli się nie zgadzasz, to masz zdychać, bo jesteś nieszczęściem Polski. 

Wszyscy są teraz ekspertami ds. uchodźców i migrantów. Wszyscy mają jakichś znajomych, którzy mówią o migrantach to i tamto, a przede wszystkim dzielą się ściśle tajnymi informacjami. Przecież mają znajomych, którzy mają w rodzinie brata szwagra, który widział i rozmawiał z kimś ważnym, więc wszystko wiadomo - czas powiedzieć, jak jest. Prawdę zawsze trudno jest znaleźć i wydobyć, ale teraz zostaliśmy skazani na metody partyzanckie. 

Na takim Twitterze trudno już odróżnić konta tych, którzy - pod imieniem i nazwiskiem - zieją nienawiścią i przekonują, że do migrantów należy strzelać, bo po prostu tak uważają i czują, od kont trolli wypasających się na jakiejś ponurej farmie, co do których można mieć nadzieję, że tak naprawdę nie myślą w taki sposób, ale zwyczajnie ktoś im za brudną robotę płaci. I jedni, i drudzy zlatują się natychmiast, gdy ktoś spróbuje powiedzieć, że uszczelnianie granic nie musi wyłączać człowieczeństwa i humanitarnego instynktu, że nie można wypychać dzieci w ciemny las, a stosowanie - o zgrozo - prawa międzynarodowego jest w gruncie rzeczy w interesie tych, którzy je stosują. Wiemy przecież wtedy, kogo wpuszczamy. 

Czytanie? To trudne i skomplikowane

Pod koniec września byłem świadkiem sytuacji, która mnie zmroziła. Podczas pewnej konferencji troje jej uczestników dyskutowało w czasie przerwy kawowej o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, a już wtedy było tam upiornie. Nagle podchodzi mężczyzna - wykształcony, obyty, wydawałoby się, że dobrze poinformowany. 

- O czym tak dyskutujecie? - pyta.

Odpowiedź prosta i pełna bólu: tragiczna sytuacja na granicy. Mężczyzna reaguje śmiechem i "zabawnym", jak zapewne sądził, stwierdzeniem: "No i co tam słychać na granicy? Warto jechać?". 

Później brnął dalej, tłumacząc się, że nie jest zorientowany, ponieważ dawno temu zrezygnował z oglądania telewizji i ma tylko wykupiony abonament popularnego serwisu streamingowego. Rozumiecie? Końcówka września, człowiek z możliwościami finansowymi i intelektualnymi, a nie umie znaleźć telewizji, która nie kłamie, więc wyrzuca odbiornik. Nie czyta nic poza Facebookiem? Nie ma ciekawości świata? Nie sprawdza, co się dzieje w jego kraju? Nie próbuje dotrzeć do faktów? 

Niestety jesteśmy utopieni w zalewie informacji, ale zamiast zakładać szczelny kombinezon chroniący nas przed każdą kroplą, powinniśmy raczej trenować pływanie, żeby robić to coraz lepiej.   

Inaczej mówiąc: weryfikować informacje, sprawdzać wszystko dwa razy, doceniać dobre źródła i pić czystą wodę (pozyskiwać rzetelne informacje). No i mniej pisać, mniej komentować, mniej udostępniać, a raczej robić to z namysłem, po zastanowieniu i przepuszczeniu wszystkiego przez solidne sito ze świadomością, że nie jest się alfą i omegą z dostępem do informacji zakrytych przed innymi. Jeśli czegoś nie ma w renomowanych, wiarygodnych mediach, to niekoniecznie jest to wielki, globalny spisek zmierzający do ukrycia prawdy przed społeczeństwami, ale być może efekt przyzwoitej roboty dziennikarki czy dziennikarza, którzy zwyczajnie wykonali swoją robotę, weryfikując informacje. 

A weryfikacja informacji to teraz sprawa życia i śmierci. Dosłownie. Popatrzcie na sprawę migrantów lub pandemię - umiejętność sprawdzania informacji, poleganie na wiarygodnych źródłach i krytyczne podejście dosłownie ratują życie albo zabijają. Fakty naprawdę da się oddzielić od kłamstwa. To nie jest jakaś "rocket science". 

Ktoś powie: dziennikarze i media nie są krystaliczni, również manipulują, są podatni na różnego rodzaju wpływy, naciski i lobbing, co zniekształca przekaz i obraz. Jasne, że tak. Media popełniają błędy umyślnie i nieumyślnie. Dlatego powinny być poddane selekcji i - uwaga - weryfikacji ze strony krytycznych odbiorców. Dotyczy to szczególnie treści z mediów społecznościowych i szczególnie teraz, przy wyłączonych bezpiecznikach. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.