Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W ostatnich dniach rząd oficjalnie potwierdził, że w systemie energetycznym widzi wiatraki na Bałtyku. Zrobił to, prezentując projekt polityki energetycznej kraju do 2040 roku, w którym jednocześnie zaznaczył, że nie zniesie barier dla inwestycji w elektrownie wiatrowe na lądzie. Do tej pory morskie farmy wiatrowe nie były uwzględniane w żadnym oficjalnym dokumencie strategicznym.

Przedstawiciele Ministerstwa Energii wyraźnie zaznaczyli, że potężne instalacje na morzu są bardziej wydajne (średnia prędkość wiatru na wysokości ok. 90 m na Bałtyku wynosi od 8,5 do ponad 9 m/s) i - rzecz jasna - nie ingerują w życie ludzi. To właśnie z niechęci do wiatraków w najbliższym otoczeniu uchwalona została tzw. ustawa odległościowa, która praktycznie uniemożliwiła powstawanie kolejnych budowli.

- Odwracając się od energetyki wiatrowej na lądzie, wiele tracimy, bo to jedna z najbardziej obiecujących technologii. Tym bardziej jednak rząd powinien zintensyfikować prace nad stworzeniem ram dla inwestowania w morskie elektrownie wiatrowe - uważa Jakub Sawulski, ekonomista Instytutu Badań Strukturalnych. Farmy wiatrowe na lądzie produkują prąd najtaniej ze wszystkich OZE, a technologia jest do wykorzystania od razu.

O 25 proc. dwutlenku węgla mniej

Będący w przygotowaniu plan zagospodarowania obszarów morskich polskiego Bałtyku zakłada dla energetyki obszar o powierzchni 2 tys. km kw. To miejsce dla farm, które miałyby łączną moc 8-10 GW. Gdyby zacząć działać już dziś, moglibyśmy dysponować taką mocą w 2035 roku - to szacunki Forum Energii.

Dziś projektowanie, uzyskiwanie pozwoleń i budowa elektrowni wiatrowej trwa 12-14 lat; procedury są długotrwałe i bierze w nich udział wiele instytucji, które nie zwykły ze sobą współpracować przy innych przedsięwzięciach. Roczna produkcja energii na tych 2 tys. km kw. wyniosłaby około 32-40 TWh. To z kolei pozwoli zmniejszyć emisję CO2 o 25–31 mln ton rocznie, czyli o 20-25 proc. względem obecnego poziomu emisji z energetyki.

To ogromna szansa dla uznawanej za największego truciciela w UE Polski. I naszej energetyki, której koszty poszybowały ostro w grę z uwagi na rosnące ceny węgla i praw do emisji CO2.

Prezes Forum Energii Joanna Maćkowiak-Pandera wspomina, że osiem lat temu polski rząd nie zdecydował się postawić na elektrownie na Bałtyku, bo wówczas produkcja prądu w tej technologii kosztowała krocie. Według Ørsted, duńskiego koncernu energetycznego, w 2012 roku farmy morskie w północno-zachodniej Europie produkowały MWh za 165 euro,  a w 2017 roku brytyjska farma Hornsea 2 potrafiła to zrobić już za 65 euro.

Pod koniec 2017 roku w 92 morskich farmach wiatrowych państw europejskich było zainstalowanych 15,8 GW mocy (nasze ewentualne 10 GW byłoby wynikiem pokaźnym). Najwięcej (72 proc. zainstalowanej w morskich wiatrakach mocy) pracuje na Morzu Północnym. Na Bałtyku z końcem 2017 roku ulokowanych było 12 proc. mocy. 

Ceny czystej energii spadają

Ceny dzięki efektowi skali będą spadać dalej. Wind Europe, europejskie stowarzyszenie energetyki wiatrowej, szacuje, że w 2030 roku potencjał wiatrowych elektrowni na morzu zwiększy się czterokrotnie (do 64 GW), a wówczas cena 65 euro (ok. 280 zł przy dzisiejszym kursie) będzie normą.

Decyzje o pozwoleniach lokalizacyjnych dla farm na Bałtyku o łącznej mocy 10 GW wydano dotąd dziewięciu firmom, w tym PGE, PKN Orlen czy Polenergii będącej w portfelu Kulczyk Investments. Projekty tej ostatniej, współpracującej z norweskim koncernem Equinor (dawniej Statoil), są najbardziej zaawansowane – ich dwie planowane farmy wiatrowe mają już decyzje środowiskowe i umowę przyłączeniową.

– Chcemy, by z pierwszej naszej farmy wiatrowej Polenergia Bałtyk III popłynął prąd do polskiego wybrzeża jeszcze przed 2025 rokiem – szacował w maju Jacek Głowacki, prezes Polenergii. – Nie będzie to jednak możliwe bez szybkiego ustalenia reguł systemu wsparcia dla morskiej energetyki wiatrowej. Wierzymy, że to zadanie zostanie rozwiązane jeszcze w tym roku, tak by nowe zasady regulacyjne oraz wsparcie dla technologii offshore w Polsce zaczęły obowiązywać w 2019 roku – wyrażał nadzieję.

To wsparcie to chociażby aukcje, w których zwycięscy producenci gwarantujący najniższą cenę za megawatogodzinę dostają do jej produkcji dofinansowanie od państwa.

Lokalizacja planowanych farm wiatrowych Bałtyk Środkowy II i IIILokalizacja planowanych farm wiatrowych Bałtyk Środkowy II i III Equinor

Ustawa do połowy roku

W tym roku padły mocne, ale jednak tylko deklaracje rządowego zaangażowania w sprawę. Po zaprezentowaniu projektu polskiej strategii energetycznej do 2040 roku wszyscy zaczęli domagać się od resortu energii konkretnych zobowiązań. W ubiegły czwartek przyspieszenie prac nad zmianami legislacyjnymi obiecał wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski. Zapowiedział, że na początku przyszłego roku projekt ustawy dedykowanej morskiej energetyce wiatrowej trafi do uzgodnień międzyresortowych. Nie będzie to więc tak szybko, jak chciałaby Polenergia. – Jest realna szansa, że do czerwca będzie ona w Sejmie. Umowy z inwestorami powinny być zawarte w przyszłym roku, ale nie chciałbym rozstrzygać – stwierdził.

Jak wskazuje prezes Maćkowiak-Pandera, oprócz ram regulacyjnych upraszczających procedury potrzebne są gwarancje efektywności kosztowej takiego przedsięwzięcia. Mówiąc wprost: procedury mają być prostsze, a kredyt tani. W przypadku OZE koszty inwestycji i kapitału stanowią bowiem większość kosztów – w przypadku farm wiatrowych na morzu ponad 80 proc. Jedną z opcji jest uruchomienie przyjaznego inwestorom instrumentu finansowego. – Rząd powinien jak najszybciej podpisać umowę np. z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym zawierającą warunki finansowania takich inwestycji i uzyskać dla nich gwarancje niższego oprocentowania kredytów – sugeruje.

Polski rząd powinien się też postarać o transfer wiedzy i technologii. - Nie mamy producentów turbin wiatrowych, a ich koszt ma znaczący udział w kosztach inwestycji. Trzeba zachęcać zagraniczne firmy, by lokowały u nas produkcję i zaopatrywały inwestorów z Polski, pozwalając im na oszczędności - uważa Sawulski.

Jego zdaniem mamy też słabą bazę wiedzy na temat morskiej energetyki wiatrowej. - Liczba rodzimych patentów w tej dziedzinie jest bardzo mała - podkreśla.

Połączenie Bałtyku z południem

Szalenie ważną sprawą jest też rozbudowa sieci przesyłowej wzdłuż wybrzeża oraz zapewnienie sprawnego transportu prądu z północy na południe kraju. "To ważne ze względu na asymetryczny rozkład obciążeń krajowej sieci elektroenergetycznej" - czytamy w opracowaniu Forum Energii. 

Sieć jest bardziej rozwinięta na południu, gdzie odbiera się relatywnie więcej energii niż na północy i gdzie rozlokowana jest większość elektrowni konwencjonalnych. A jeśli więcej prądu powstanie na północy, to bez rozbudowy sieć nie będzie w stanie go „przyjąć”.

Polskie Sieci Elektroenergetyczne zarządzające systemem przesyłowym już przygotowują się na pojawienie się w systemie wiatraków na Bałtyku. Plan inwestycyjny na lata 2018-27 jest właśnie uzgadniany przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. - Jest jeszcze zbyt wcześnie, by mówić o całościowych kosztach takich inwestycji. Jednocześnie PSE już teraz prowadzą inwestycje w budowę i modernizację linii przesyłowych, które w przyszłości pozwolą m.in. wyprowadzić moc z morskich farm wiatrowych - mówi Maciej Wapiński z PSE.

WAŻNE LICZBY 

44 km to średni dystans wiatraka na morzu od brzegu

29 m to średnia głębokość wody w miejscu posadowienia wiatraka

140 m to rozpiętość turbiny morskiej wiatraka o mocy 6 MW

19,1 proc. - tyle prądu w europejskim systemie pochodziło z wiatru w ostatni czwartek

1 TWh to milion MWh

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.