Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prowadzisz małą firmę, a z powodu epidemii koronawirusa boisz się, co będzie dalej? Nie jesteś pewien, jakie prawa ci przysługują? Doborowi prawnicy bezpłatnie odpowiedzą na twoje pytanie. Pisz: listy@wyborcza.pl. Odpowiedzi zostaną opublikowane na wyborcza.pl

*******

W przyszłym tygodniu na nadzwyczajnym posiedzeniu ma się zebrać komisja ds. finansów niemieckiego Bundestagu, aby przedyskutować aferę firmy Wirecard, której bankructwo wywołało wielki skandal finansowy w Niemczech. 

Firma Wirecard, która zajmuje się obsługą płatności elektronicznych i kart kredytowych, była od lat pupilem władz Niemiec jako jedyna w tym kraju firma technologiczna, która mogła stawać w szranki z gigantami technologii z USA. Od dwóch lat jej akcje znajdowały się w indeksie 30 najcenniejszych niemieckich spółek na giełdzie we Frankfurcie. 

Lokata na Filipinach

Z tego piedestału Wirecard zleciał z głośnym hukiem w czerwcu, gdy firma audytorska EY odmówiła podpisania sprawozdania finansowego spółki za zeszły rok. Zdaniem EY w kasie Wirecard brakowało 1,9 mld euro, które rzekomo miały być ulokowane w dwóch bankach na Filipinach. Banki stwierdziły, że certyfikat potwierdzający lokatę został ewidentnie sfałszowany, przelewu 1,9 mld euro nie potwierdził także bank centralny Filipin. A to manko dotyczyło kwoty stanowiącej jedną czwartą sumy bilansowej Wirecard. 

Tydzień po wykryciu oszustwa firma Wirecard zwróciła się do sądu w Monachium o ogłoszenie bankructwa. Jej długi w tym momencie wynosiły ok. 4 mld euro. 

Gdy EY odmówiła zatwierdzenia sprawozdania, Wirecard zawiesił, a potem zwolnił dotychczasowy zarząd spółki, którego działalność pod lupę wzięła też prokuratura i policja w Niemczech. Dobrowolnie w jej ręce oddał się Marcus Braun, przedsiębiorca austriackiego pochodzenia, który przez 20 lat był dyrektorem generalnym Wirecard. W lipcu do Niemiec z Dubaju przyleciał szef tamtejszej spółki Wirecard, aby dobrowolnie oddać się w ręce śledczych, zarzucających mu malwersacje finansowe. Od ponad miesiąca niemieccy śledczy poszukują za to Jana Marsalka, także Austriaka, który od 2010 r. był członkiem zarządu Wirecard, odpowiedzialnym za sprawy operacyjne spółki. 

Ostatni raz Marsalek był widziany w Niemczech 18 czerwca, kiedy został zawieszony na stanowisku w zarządzie Wirecard. Zapowiadał wtedy, że poleci na Filipiny, aby odnaleźć rzekomo ulokowane tam pieniądze spółki. Kilka dni później Marsalek został jednym z podejrzanych w niemieckim dochodzeniu w sprawie upadku Wirecard. Ale niemieccy śledczy nie mogli go odnaleźć. Z rezerwacji w firmach lotniczych i danych służb granicznych Filipin wynikało, że kilka dni po zwolnieniu Jan Marsalek polecił do Manili na Filipinach, a stąd odleciał do Chin. Jednak dochodzenie władz Filipin ujawniło, że informacje o przylocie Marsalka do tego kraju i odlocie do Chin zostały sfałszowane. Mężczyzna przepadł jak kamień w wodę. 

Uciekł na Białoruś?

Nieoczekiwany nowy trop byłego menedżera odkryli dziennikarze śledczy niemieckiego magazynu "Der Spiegel" i portalu śledczego Bellingcat. Portal ten zasłynął m.in. z identyfikacji dwóch Rosjan, podejrzanych o próbę otrucia w Wielkiej Brytanii byłego podwójnego agenta Siergieja Skripala, jako oficerów rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU. 

W ostatni weekend "Der Spiegel" napisał, że według ustaleń jego dziennikarzy i Bellingcat, już nocą po zawieszeniu z Wirecard Jan Marsalek miał przekroczyć granicę Białorusi na lotnisku w Mińsku, dokąd miał przylecieć prywatnym samolotem. Tak ma wynikać z rejestru rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), w którym na podstawie umowy Rosji i Białorusi o wspólnej granicy odnotowuje się wszelkie osoby wjeżdżające i wyjeżdżające z Białorusi. W tym rejestrze nie ma informacji o wyjeździe byłego menedżera Wirecard z Białorusi. 

Według hipotezy dziennikarzy śledczych, Jan Marsalek schronił się na Białorusi. Wszystko miało się wydarzyć się niczym w sensacyjnym filmie: przyleciał rejsowym samolotem Lufthansy z Monachium przez Frankfurt do Tallina, tam przesiadł się na prywatny samolot austriackiego przewoźnika. Ze stolicy Estonii ten prywatny odrzutowiec Embraer 650 Legacy poleciał do Mińska i wylądował tam w czasie wjazdu Marsalka na Białoruś, odnotowanego przez FSB. Z Mińska prywatny odrzutowiec poleciał następnie do Witebska przy granicy Białorusi z Rosją. 

Pod okiem FSB

Według ustaleń dziennikarzy śledczych, Jan Marsalek pierwszy raz poleciał do Rosji w 2004 r. A sześć lat później, gdy wszedł do zarządu Wirecard, stał się tam częstym gościem. Od 2010 r. miał być w Rosji ponad 60 razy, zwykle przylatując tam na jedną dobę prywatnymi odrzutowcami. 

Korzystał przy tym z sześciu różnych austriackich paszportów (obywatele Austrii mogą mieć kilka paszportów), a także z paszportów trzech innych państw, w tym jednego dyplomatycznego. 

Według Bellingcat rosyjska FSB od 2015 r. próbowała też śledzić podróże Marsalka po świecie, zbierając o nich dane z różnych dostępnych publicznie wykazów i rejestrów. I to wzmożone zainteresowanie rosyjskiej bezpieki międzynarodową aktywnością menedżera Wirecard zbiegło się w czasie ze wzrostem częstotliwości jego wizyt w Rosji. 

Bellingcat sugeruje, że FSB śledziła aktywność menedżera Wirecard być może szykując się, by go zwerbować. Albo kontrolowała aktywność osoby współpracującej z tą służbą, albo z wojskowym wywiadem GRU - rywalem FSB. 

Dziennikarze śledczy przypominają też doniesienia medialne o tym, jak Marsalek miał się prywatnie chwalić, że był z wizytą w syryjskim mieście Palmira, po wyparciu stamtąd przez rosyjskie wojska bojówkarzy ISIS. Od 2015 r. Marsalek angażował się też w plany inwestycji w Libii, a jego doradcą w tych projektach miał być Andriej Czuprygin, rosyjski ekspert od świata arabskiego, podejrzewany o związki z GRU. 

Jest już w Moskwie?

W poniedziałek niemiecki dziennik "Handelsblatt" napisał, że Jan Marsalek znajduje się w ośrodku położonym na zachód od Moskwy i jest tam pod kuratelą GRU, wywiadu wojskowego Rosji. Taką informację niemiecki dziennik uzyskał w kręgach biznesowych, prawniczych i dyplomatycznych. 

Przed wyjazdem z Niemiec Marsalek miał przelać do Moskwy z Dubaju znaczące kwoty w bitkoinach. Transakcje przedstawicielstwa Wirecard w Dubaju miały wzbudzić zastrzeżenia i właśnie z tego powodu został zatrzymany w Niemczech szef tego przedstawicielstwa. 

"Nic nam o tym nie wiadomo" - powiedział w poniedziałek rzecznik prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow, pytany przez dziennikarzy, czy Kreml coś wie o pobycie Jana Marsalka pod Moskwą. 

Więcej problemów dla Berlina

Doniesienia o ucieczce na Białoruś byłego menedżera Wirecard i jego ewentualnych związkach z wywiadem Rosji to kolejny kamień do góry problemów, jakie piętrzą się przed władzami Niemiec po upadku tej firmy. 

W tym miesiącu prokuratura w Niemczech poinformowała, że sprawdza doniesienia o możliwości prania pieniędzy przez Wirecard. Przy tym najstarsze z tych podejrzeń sięgają aż do 2010 r. Wtedy FBI prowadziło śledztwo wobec obywatela Niemiec, który na Florydzie prowadził nielegalne kasyno gry w internecie. A o udział w przelewach części pieniędzy z tego biznesu podejrzewano Wirecard. 

Dwa tygodnie temu dziennik "The Wall Street Journal" napisał, że amerykańscy śledczy badają też ewentualny udział Wirecard w machinacjach finansowych na 100 mln dol., związanych z handlem marihuaną w internecie. 

W Niemczech politycy spierają się o niedostateczny nadzór państwa nad rynkiem kapitałowym, skoro jedna z największych spółek na giełdzie we Frankfurcie mogła próbować zataić manko na 1,9 mld euro.

Kontrolę nadzoru finansowego w Niemczech po aferze Wirecard zapowiedziała też Komisja Europejska. 

Niemiecka giełda szykuje zaś przepisy, które pozwolą już w przyszłym miesiącu wykluczyć akcje Wirecard z indeksu DAX30. Do tej pory żadna spółka z tego indeksu nigdy nie zbankrutowała - aż do Wirecard.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.