Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po tygodniu demonstracji na Białorusi przeciwko ogłoszonemu przez władze kolejnemu zwycięstwu w wyborach prezydenckich Aleksandra Łukaszenki Unia Europejska zdecydowała zwołać nadzwyczajny szczyt swoich przywódców w sprawie sytuacji w tym kraju. 

Szczyt ten odbędzie się - prawdopodobnie w trybie online - w najbliższą środę w południe, jak ogłosił na Twitterze przewodniczący UE Charles Michel. 

"Ludzie na Białorusi mają prawo decydować o swojej przyszłości i w wolny sposób wybierać swojego lidera. Przemoc przeciw protestującym jest nie do zaakceptowania i nie może być dopuszczalna" - napisał Michel. 

W poniedziałek także szef unijnej dyplomacji Josep Borrell zadeklarował, że UE solidaryzuje się z dziesiątkami tysięcy Białorusinów, którzy w trakcie niedzielnych demonstracji w pokojowy sposób domagali się zwolnienia zatrzymanych, ukarania winnych przemocy i wolnych wyborów. 

Wysłuchany głos Warszawy

Na razie w ostatni piątek na nadzwyczajnym szczycie sytuację na Białorusi omawiali szefowie dyplomacji UE. Uznali oni, że UE nie akceptuje ogłoszonych wyników wyborów na Białorusi. Podjęli także decyzję o nałożeniu indywidualnych sankcji na osoby odpowiedzialne za brutalne tłumienie demonstracji na Białorusi (zginęły dwie osoby, a ponad 6 tys. osób aresztowano). 

Już na początku zeszłego tygodnia, po brutalnym rozpędzeniu pierwszych demonstracji, o zwołanie nadzwyczajnego szczytu UE w sprawie Białorusi apelowały władze Polski. Polska wraz z Litwą i Łotwą zaproponowały też, że mogą się podjąć mediacji między protestującymi na Białorusi a ekipą Aleksandra Łukaszenki. 

Publicznie ofertę tej mediacji Łukaszenka odrzucił w niedzielę na wiecu swoich zwolenników w Mińsku. 

Pod parasol Rosji

W sobotę i niedzielę Aleksander Łukaszenka dwukrotnie przeprowadził rozmowy telefoniczne z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Po tych rozmowach doszło do demonstracyjnej wręcz poprawy relacji Mińska z Moskwą.

Jeszcze w piątek wieczorem Białoruś uwolniła 32 rosyjskich najemników z oddziału wagnerowców, których spektakularnie aresztowano tydzień przed wyborami. Wtedy Łukaszenka sugerował, że zostali oni wysłani, by uczestniczyć w demonstracjach jego krytyków. 

A w sobotę po pierwszej rozmowie Łukaszenki z Putinem rosyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych wystawiło listy gończe za Walerijem Capkałą, jednym z niezależnych kandydatów w wyborach prezydenckich, oraz białoruskim dziennikarzem Stepanem Putiłą, który prowadzi w sieciach społecznościowych popularne serwisy informujące o demonstracjach przeciwników Łukaszenki. 

W poniedziałek rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa ostro skrytykowała też prezydenta Francji Emmanuela Macrona, który kilka godzin wcześniej na Twitterze wezwał państwa UE do aktywnego wspierania demonstracji na Białorusi. 

"Unia Europejska musi nadal się mobilizować u boku setek tysięcy Białorusinów, którzy manifestują pokojowo o respektowanie ich praw, wolności i suwerenności" - napisał prezydent Francji. 

W odpowiedzi rzeczniczka rosyjskiego MSZ zarzuciła Macronowi hipokryzję. I zadała retorycznie złośliwe pytanie, kiedy Macron zwróci się do innych państw UE o popieranie we Francji protestów "żółtych kamizelek". 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.