Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

To było wieczorem, w środę 12 sierpnia. Alena Tankevich wracając do swojego mieszkania w Grodnie, postanowiła jeszcze wstąpić do supermarketu, by zrobić zakupy na śniadanie. Pech chciał, że w tym samym sklepie schronili się protestanci, którzy wracali z manifestacji przeciwko sfałszowanym wyborom prezydenckim na Białorusi.

– Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Podjechała brązowo-zielona ciężarówka i mundurowi zaczęli porywać tych ludzi do środka. Mieli pałki, którymi bili próbujących uciekać. Narastała panika, słyszałam krzyki i nagle poczułam tępy ból. Oberwałam w kręgosłup – opowiada Alena.

Upadła, ale miała szczęście – mundurowi zabrali kogoś innego, ona zdołała wrócić do domu. Nie mogła spać, nazajutrz plecy pokryły się ciemnymi wybroczynami od ciosu policyjną pałką. Bolało jeszcze przez kilka dni. – Wtedy pomyślałam: kocham mój kraj, ale jeżeli dyktator nie odejdzie, to wyjadę. Nie chcę zmarnować swojego życia w reżimowym państwie – mówi Alena.

250-300 dolarów dla lekarki

Tatiana, koleżanka Aleny, jest kardiolożką. Prosi, żeby nie podawać jej nazwiska – ma miesięczne dziecko, boi się represji za krytykowanie reżimu Łukaszenki. Żeby zdobyć zawód, uczyła się w sumie siedem lat – najpierw ogólne studia medyczne, potem specjalizacja. – Nauka była ciężka, zarywałam noce, żeby zdać egzaminy. Jak mój trud został nagrodzony? Zarabiam 300 dolarów miesięcznie (niecałe 1150 zł). Tymczasem policja i służby sprzyjające Łukaszence mają pensje trzy razy wyższe. Jaka przyszłość czeka mnie i moje dziecko w tym kraju? – pyta z goryczą Tatiana.

Młode pokolenie Białorusinów mówi, że reżim nie ma nic do zaproponowania klasie średniej. Początkujący lekarz na Białorusi może liczyć na pensję od 250 dolarów. Nauczycielka z doświadczeniem dostaje 200 dolarów. Najlepiej wynagradzani są programiści, pracownicy sektora IT i zachodnich korporacji, choć i to nie jest reguła.

– Chodziłam na rozmowy o pracę w zachodnich firmach, proponowali mi śmieszne pieniądze, 300 czy 400 dolarów. Pensje są na Białorusi absurdalne w porównaniu do kosztów życia, chociażby cen żywności. Bo te są zbliżone do polskich, tyle że w Polsce zarobki są godne. Tutaj np. za chleb trzeba zapłacić dolara. Mnie stać na jedzenie, bo w końcu udało mi się dostać pozycję sales menagera, zarabiam 500 dolarów. Ale wielu moich znajomych nie dojada – relacjonuje Alena.

Dla Białorusinki taka pensja to dobre pieniądze, ale – jak mówi – przez zamieszki związane ze sfałszowanymi wyborami sytuacja w jej kraju będzie się pogarszać.

– Reformy gospodarcze są potrzebne, czekamy na nie od lat, ale pod rządami Łukaszenki nic się nie zmieni. Jeśli on nie odejdzie, czeka nas inflacja, prawdopodobnie sankcje z Zachodu. Nie mówiąc o represjach. Tylko demokratycznie wybrany prezydent może ściągnąć do naszego kraju zachodnich inwestorów – mówi Tankevich.

Alena podjęła decyzję: jeżeli nic się nie zmieni, wyjedzie do Polski. Sprawdziła już, jak ubiegać się o polską wizę pracowniczą. Takie same deklaracje składają jej znajomi. – Nie będzie łatwo, bo żeby wykonywać w Polsce zawód lekarza, trzeba zdać egzamin z języka, a to przecież specjalistyczne słownictwo. Ale gra jest warta świeczki. Inaczej będziemy biedować, tak jak nasi rodzice – tłumaczy Tatiana.

Od Białorusinów słyszę, że trudno podjąć decyzję o wyjeździe, bo jeśli młode pokolenie wyjedzie, to nie będzie komu płacić podatków do budżetu państwa na pokrycie wydatków na emerytury dla ich rodziców, dziadków. Ale białoruska imigracja zarobkowa już jest duża.

Wschodniaki na Dalekim Wschodzie

Białorusini są drugą, po Ukraińcach, najliczniejszą grupą cudzoziemców w Polsce. Trudno oszacować, ilu dokładnie ich tu jest. Według danych polskich urzędów – 21 tys. Zgodnie ze statystykami białoruskimi – 46 tys. Ogółem spośród niemal 9,5 mln Białorusinów 100 tys. pracuje za granicą. Ilu jest tych, którzy pracują na czarno? Nikt nie policzy. Wiadomo natomiast, że wyjeżdża ich coraz więcej. W 2015 roku było ich niecałe 40 tys., w 2017 roku – 83 tys. Eksplorują głównie kierunki wschodnie – najbardziej popularna jest Rosja, jeszcze w 2019 roku kilkadziesiąt tysięcy Białorusinów pracowało w Chinach.

To właśnie Państwo Środka w ostatnich latach wyrastało na ulubiony cel emigracji zarobkowej „wschodniaków”. Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini jechali tam za chlebem, bo europejski paszport i zachodni wygląd były przepustką do kariery. Tę najprościej można było zrobić w modelingu, reklamie czy edukacji (nauka j. angielskiego – obecnie legalnie uczyć mogą już tylko native-speakerzy, ale ogromna część tego rynku to szara strefa). Penetrowali też rynek specjalistyczny: białoruscy architekci stawiali chińskie osiedla, menadżerowie pomagali rozkręcać chińskie firmy w Szanghaju, Pekinie czy Schenzhen, a handlowcy wysyłali chińszczyznę do kraju lub sprzedawali rodzime produkty w Państwie Środka. Sprzyjały im dobre relacje na linii Mińsk-Pekin.

Białoruś to jeden z najbliższych partnerów Państwa Środka w Europie Wschodniej. Dodatkowo jeden z najważniejszych punktów na mapie Inicjatywy Pasa i Szlaku, projektu, który jest oczkiem w głowie Xi Jinpinga. Łukaszenka może liczyć na wsparcie przywódcy Chin, który podobno doradza mu, by do obecnych protestów zastosował „strategię hongkońską” – czyli na przeczekanie buntu młodych gniewnych.

Project menager? Znajdziemy takiego wśród naszych 

Alena spędziła w Chinach dziesięć lat. Wyjechała na studia do Harbinu, gdzie uczyła się handlu międzynarodowego. Po uzyskaniu dyplomu wyjechała do Szanghaju, gdzie zatrudniła się jako project menager. Zarabiała świetnie – kilkanaście tys. yuanów miesięcznie (1 yuan to 0,56 zł). – Ale było coraz gorzej. Kiedyś cudzoziemcy byli traktowani w Chinach niemal jak bogowie – przybysze z Zachodu, bardziej wykształceni, obeznani w świecie. Ale im więcej nas było, tym bardziej Chińczycy widzieli, że mają więcej pieniędzy od nas. I zaczęli nas traktować z pogardą, a także jako konkurencję na rynku pracy – mówi Alena.

Kiedy ostatni raz poszła do biura ds. cudzoziemców odnowić wizę pracowniczą, usłyszała od urzędnika: – Project menager? Myśli pani, że my w Chinach nie mamy ludzi z takimi kwalifikacjami?

Pod koniec lat 90. gospodarka Chin była wielkości Italii, a Państwo Środka pozostawało fabryką świata, opartą o pracę tanich pracowników z obszarów wiejskich. Na przestrzeni lat Chiny urosły do rangi głównego rywala gospodarczego, technologicznego i co za tym idzie politycznego USA – tłumaczy Radosław Pyffel, kierownik programu „Biznes chiński” na Akademii Leona Koźmińskiego.

Jak dodaje, wzrost gospodarczy Chin i bogacenie się tamtejszego społeczeństwa oznaczało także zmianę sytuacji Ukraińców, Białorusinów i Polaków. – Wcześniej, mimo iż w Europie Zachodniej często postrzegani jako tania siła robocza, w Azji uznawani byliśmy za przedstawicieli dominującej cywilizacji Zachodu, ze wszystkimi związanymi z tymi przywilejami. Dziś Chiny nie postrzegają już zachodniej cywilizacji jako dominującej, a naszych wzorców czy standardów godnych naśladowania. A do pracowników napływowych zza granicy, zresztą nie tylko Europejczyków, Chińczycy podchodzą już bardzo selektywnie – wyjaśnia Pyffel.

Państwo Środka zaostrzyło politykę wizową, a po wybuchu pandemii niemal całkowicie zamknęło swoje drzwi przed cudzoziemcami. – Nie mamy tam już czego szukać. W swoim kraju napada nas milicja. Dlatego kolejnym kierunkiem niech będzie Polska. A stamtąd może uda się pojechać do Niemiec? – mówi Alena.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.