Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Jesteśmy głodni, jest nam zimno, umrzemy" – pisali we wtorek w SMS-ach trzej chłopcy i jedna dziewczyna z Konga. Od pięciu dni błąkali się po lesie. Potem kontakt z nimi się urwał. Ostatecznie cała czwórka została odnaleziona w nocy z wtorku na środę, co potwierdziła w środę rano Straż Graniczna.

Ale zanim do tego doszło, aktywiści z Grupy Granica – podejrzewając, że uchodźcy znajdują się w stanie skrajnego wychłodzenia – próbowali wezwać pomoc. Sami nie mogli do nich dotrzeć, bo Kongijczycy znajdowali się na obszarze stanu wyjątkowego. Aktywiści zadzwonili więc pod numer alarmowy 112. Wcześniej informowali Straż Graniczną, ale nie było pewności, czy ta pomocy udzieli. Szukali więc ratunku pod numerem alarmowym, licząc, że uda się sprowadzić pomoc medyczną.

"Dzwonię, bo dostaliśmy informację od rodziny uchodźcy, mamy również pinezkę, że są oni w strefie stanu wyjątkowego. To jest czwórka młodych chłopaków, są w stanie wychłodzenia, umierają, nie potrafią chodzić, oczywiście zadzwoniliśmy na Straż Graniczną, ale Straż Graniczna nic nie robi w tym zakresie. Czy jest jakakolwiek opcja, aby ktokolwiek mógł..." – mówi aktywistka na nagraniu rozmowy z operatorem numeru 112.

"A dlaczego pani uważa, że oni nic nie robią?" – pyta operator.

Wtedy kobieta informuje, że uchodźcy nagle przestali odbierać telefon, obawia się więc, że ich stan się pogorszył i "prawdopodobnie umierają w tym lesie, tak jak umierają wszyscy".

"Czy jest jakakolwiek opcja, żeby ktoś mógł tam podejść?" – pyta aktywistka.

Operator 112: To uchodźcy

"No proszę pani, skąd pani ma informację, że oni umierają? No jeżeli tam Straż na miejscu jest, to na pewno sprawdzili tę informację, czy pomoc jest potrzebna, czy nie. To oni się tutaj zajmują uchodźcami, tak?" – mówi operator.

Kobieta naciska: "Nawet tymi, którzy umierają?".

"No ale proszę pani, to nie ma znaczenia, czy umiera, czy nie umiera. Jest to osoba nielegalnie przebywająca w Polsce, tak?" – pyta operator numeru 112, a na dalsze nalegania, próby tłumaczenia, że Straż wciąż do nastolatków nie dotarła, odpowiada, że "ale zaraz to nikt się tam nie zjawi w pięć minut", i znów każe zadzwonić do Straży Granicznej. 

Kobieta tłumaczy, że ta za każdym razem odmawia udzielenia jakichkolwiek informacji. Trudno więc stwierdzić, czy pomoc została udzielona, czy też kontakt się urwał, bo stan zdrowia nastolatków gwałtownie się pogorszył.

"A pani zna te osoby, tych uchodźców? Skąd ma pani do nich numer?" – dopytuje jeszcze operator. Po chwili rozmowa kończy się konkluzją operatora, że skoro sprawa została zgłoszona do Straży Granicznej, to ta "na pewno" zajęła się sprawą.

To nie jest wezwanie dotyczące kradzieży kur

Numer alarmowy 112 to system powiadamiania ratunkowego. Centrów jest w Polsce 17 – jedno w każdym województwie i dodatkowe w Radomiu. Operator nie jest dyspozytorem medycznym – jak w przypadku numeru 999. Wszelkie zgłoszenia przekazuje do odpowiednich służb – Państwowej Straży Pożarnej, policji czy na pogotowie.

Operator z nagrania miał więc możliwość przełączyć kobietę do dyspozytora medycznego. Ten byłby w stanie ocenić w trakcie rozmowy zagrożenie dla zdrowia nastolatków. Tak się jednak nie stało. Odmówił jakiejkolwiek pomocy.

Ratownicy medyczni, którzy odsłuchali nagranie, mówią, że operator nie wypełnił swoich obowiązków.

Po kolei wyliczają błędy: nie zadał ani jednego pytania, które powinien zadać dyspozytor medyczny (ani do niego nie przełączył). To także on przecież powinien skontaktować się ze Strażą Graniczną i sprawdzić, czy ta faktycznie przyjęła zgłoszenie i zajmuje się nim – nie zaś zakładać z góry, że tak "na pewno" się stało. Wreszcie komentarz o tym, że osoby, do których wzywana jest pomoc, "przebywają w Polsce nielegalnie", był karygodny – nie ma to bowiem znaczenia w przypadku, kiedy ktoś potrzebuje pomocy.

Co powinien zrobić?

– Zebrałbym wywiad medyczny, czyli uzyskał wszystkie dane dotyczące stanu ich zdrowia, jakie posiadała ta kobieta. Nie jest ważne, że to uchodźcy czy że przebywają w rejonie objętym stanem wyjątkowym. Tak postrzegam pracę w ratownictwie, że niesiesz pomoc osobie, która jej potrzebuje. Bez względu na okoliczności – komentuje anonimowo nagranie ratownik medyczny.

– Działanie operatora wynikało ze strachu przed niepotrzebnym wysłaniem zespołu, z niechęci do uchodźców, źle rozumianej solidarności służb państwowych albo ze spychologii. Miałem wrażenie, że słucham dyżurnego z komisariatu w jakiejś dziurze, który nie chce przyjąć wezwania dotyczącego kradzieży kur – dodaje.

O komentarz do sprawy poprosiliśmy odpowiadające za system powiadamiania ratunkowego Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Odpowiedź opublikujemy niezwłocznie po jej otrzymaniu.

-----

Adriana Rozwadowska: Interesują Cię tematy związane z rynkiem pracy i polityką społeczną? Zapraszam na mój profil na Facebooku i do korespondencji mailowej: adriana.rozwadowska@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.