Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od kilku dni na szyfrowanym komunikatorze Telegram pojawiają się rządowe dokumenty, mające pochodzić ze zhakowanej prywatnej skrzynki mailowej szefa KPRM Michała Dworczyka. Żeby uwiarygodnić tę narrację i zwiększyć jej zasięg w sieci, cyberprzestępcy włamali się też na facebookowe konto żony ministra.

Opublikowano na nim sfabrykowane oświadczenie, że skradzione pliki "zawierają informacje niejawne i mogą być wykorzystane do wyrządzenia szkody bezpieczeństwu narodowemu RP". Nasuwa ono od razu skojarzenia z Hillary Clinton, która na prywatnym serwerze trzymała tajemnice rządowe. Ich wyciek był jedną z głównych przyczyn jej klęski w wyborach w 2015 r.

Użycie kilku platform i kanałów komunikacji pozwala uprawdopodobnić rozsiewane informacje. Opowiadana z kilku źródeł historia - w tym z przejętego konta bliskiej osoby ofiary - nabiera legitymacji. Jest obliczona, że podchwycą ją głodne sensacji i klików media. 

Do modelowej operacji dezinformacyjnej brakuje jeszcze zmieszania fragmentów prawdziwych informacji ze spreparowanymi. W środę na Telegram trafia - raczej niestanowiące wielkiej tajemnicy państwowej i zagrożenia dla Rzeczypospolitej - CV dyrektora Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

Po co to wszystko? Bo teraz dopiero, na tak przygotowanym gruncie, można "ujawnić" jakiś sfałszowany dokument czy kompromitujący mail ministra, który łykną portale.

Jak sieje się chaos

Polscy politycy kolejny miesiąc z rzędu boleśnie uczą się, żeby nie otwierać linków ani załączników od rosyjskich hakerów (i nigeryjskiego księcia, który próbuje odzyskać spadek). Nabierają się na domeny naśladujące lokalne serwisy, wyłudzające ich loginy i hasła.

Przypomnijmy: od października ub. r. hakerzy włamali się m.in. na konta posłanki PiS Joanny Borowiak, posła PiS Marcina Duszka czy minister rodziny i polityki społecznej Marleny Maląg. Na profilu tej ostatniej pojawił się post porównujący uczestniczki i uczestników strajku kobiet do "watahy bezmózgich dzikusów", dla których powinny być utworzone "specjalne rezerwaty".

Tak dyskredytuje się polityków i polaryzuje opinię publiczną.

Hitem był jednak włam na koncie posła Marka Suskiego. "Zamieszczane treści nie są jego autorstwa. Sprawa jest wyjaśniana" - informowała w styczniu rzeczniczka PiS Anita Czerwińska, odnosząc się do publikowanych na profilu Suskiego na Twitterze intymnych zdjęć pewnej kobiety. Oraz fałszywego wpisu, w którym oskarżał ją o molestowanie seksualne.

VIP-y na lekcje informatyki

To wszystko na razie wygląda groteskowo. Ale zhakowanych skrzynek mailowych ministrów, przejętych profili w mediach społecznościowych polityków (i ich partnerów) czy sfabrykowanych komunikatów rządowych będzie tylko więcej. I fałszywych narracji, mających kompromitować rządzących czy psuć relacje międzynarodowe z naszymi sojusznikami i sąsiadami.

Rzeczywiste skandale "ujawniane" przez sponsorowanych przez Rosję czy Białoruś "sygnalistów" mogą być w odpowiednich proporcjach mieszane z fikcją - i być wodą na młyn serwisów newsowych. Potrzeba do tego tylko dobrego, biegłego w niuansach polityki storytellera.

Wyjaśnienia ministra czy wysokiej urzędniczki, że informacje, które wyciekły z jego/jej skrzynki, "nie są niejawne, zastrzeżone, tajne lub ściśle tajne" - jak mówił Dworczyk - mogą nie mieć znaczenia. Tymi zupełnie prywatnymi też można go/ją szantażować i kontrolować.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.