Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Zawsze zastanawiałem się, dlaczego oszczędzanie mnie boli. Aż kiedyś - jeszcze przed nastaniem ery kart płatniczych, jako początkujący dziennikarz - przetestowałem prosty sposób, który znałem od babci. Drobne z reszty od każdych zakupów chowałem nie do portfela, lecz do... kieszeni. A stamtąd - do skarbonki. Nie uwierzycie, ale w pierwszym miesiącu uzbierało się 60 zł, w drugim - 130 zł.

Wystarczy, że tylko dwa razy dziennie kupię coś w sklepie i... po miesiącu mam 60 operacji, z których pozostaje jakaś reszta! W kilkanaście miesięcy uzbierałem na nowy komputer.

Teraz podobny mechanizm mam "podpięty" do konta w banku. Od każdej transakcji finansowej - przelewu, opłaconych kartą zakupów w sklepie, wypłaty z bankomatu - odkładam 3 zł. Z takiego "autopodatku" tylko w tym roku (czyli od stycznia do 17 września) uzbierało mi się 1785 zł. I nawet tego nie poczułem.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.