Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
A dane GUS niemal na bank są zaniżone. - Liczony jest tylko import z faktur, w statystykach nie ma tego, co Polacy sprowadzają prywatnie, na paragony. Gdyby wszystko zsumować, wyszłoby pewnie dwa razy więcej, niż wynika z oficjalnych danych - uważa Łukasz Sykuła, handlarz od lat żyjący z handlu niemiecką chemią.

Ci, którzy kupują proszki z importu, są przekonani, że niemieckiego można nasypać do pralki o jedną trzecią mniej niż polskiego, zaś efekt będzie ten sam. Ale... czy to nie zbiorowa halucynacja mająca swoje źródło w obiegowej opinii, że to, co niemieckie, zawsze musi mieć wyższą jakość niż polskie?

Robimy test, aby się przekonać, jak jest naprawdę.

Pralka? Whirpool. Średniej klasy - taka, jaką ma w domu przeciętny Polak.

Koszulki? Śnieżnobiałe.

Temperatura prania? 40 stopni - zgodnie z informacją na metce.

Proszek? Ariel Actilift. W dwóch odsłonach: polski i przewieziony zza Odry.

W telewizyjnych reklamach wygląda to tak: dzieci padają na trawę, zrozpaczone matki ratuje Zygmunt Chajzer. Nie mamy pod ręką Chajzera, ale mimo wszystko spróbujmy.

Brudzimy pierwszą koszulkę trawą i czerwonym winem. I od razu posypujemy je solą. Do pojemnika idzie pierwszy proszek. Made in Poland. Efekt? Za chwilę.

Skąd się bierze niemiecka chemia w Polsce?

Głównie z hipermarketów i sklepów typu Makro czy Selgros. Handlarze z Polski kupują tam chemię w dużych ilościach, na promocjach. Kilka lat temu zrobili taki najazd na niemieckie sklepy, że nie chciano im sprzedawać chemii w ilościach "handlowych". - Chciało mi się płakać, gdy w niemieckim Selgrosie kasjerka krzyknęła do kierownika zmiany: "Komm, hier sind die Polen!" (Chodź, tu są Polacy!). Ten powiedział, że mogę kupić tylko jeden karton proszku do prania i butelkę płynu do płukania. I to w sklepie zajmującym się sprzedażą hurtową! - opowiadała nam pani Monika ze Szczecina handlująca niemiecką chemią.

Reporter "Gazety Wyborczej" zadzwonił wtedy do sklepu Selgros we wschodnioberlińskim Lichtenbergu. Usłyszał, że towarów w promocji może kupić jedynie kilka sztuk, bo Polacy kupują za dużo. - Przyjeżdżają do nas furgonetkami i kupują towary z promocji na tony. Wszystko błyskawicznie znika, a my na tym tylko tracimy, bo nie kupują nic innego - stwierdziła sprzedawczyni. Sprawa zakończyła się skandalem dyplomatycznym. Interweniowała nawet ambasada polska.

Dziś interes znów kwitnie, wiele osób nadal kupuje chemię w niemieckim Selgrosie czy Makro Cash and Carry. Do ceny zakupu w sklepie handlarz dolicza 10-15 zł narzutu na dużym opakowaniu.

Dlaczego Polacy uparli się akurat na niemieckie proszki? Przecież francuskie czy angielskie nie są wcale gorsze?

Niemcy są bliżej, a koszty transportu są w tym biznesie kluczowe. Osoby handlujące niemiecką chemią mają w swojej ofercie także produkty z innych krajów. Ale one nie sprzedają się zbyt dobrze. - We Francji czy w Wielkiej Brytanii jest wiele proszków, których nazw polscy klienci nie znają. Trudno ich przekonać, żeby je kupili. Włosi mają trochę gorsze środki od Niemców. A w Belgii czy Szwajcarii z reguły są te same produkty co w Niemczech - mówi Sykuła.

Łatwo się nabrać na "niemiecką fałszywkę"

Na jednej z aukcji internetowych znaleźliśmy proszek Ariel Actilift (niemiecki) na 70 prań za 39 zł. - U mnie ten proszek jest za 50-55 zł. Ja kupuję bezpośrednio w Niemczech, a do tego muszę doliczyć transport, VAT czy utrzymanie sklepu - wylicza Sykuła.

A podejrzanie tanich ofert (patrz ramka) jest mnóstwo.

Jaka część niemieckiej chemii sprzedawanej w Polsce może być fałszowana? Nikły ułamek? Czy raczej połowa? Oficjalne źródła tego nie wiedzą. - Nie gromadzimy takich danych - mówi podinspektor Piotr Bieniak z Komendy Głównej Policji. UOKiK też ich nie ma. Więcej mogliby o tym powiedzieć producenci, ale oni sprawy nie chcą komentować.

Jak przeciętny konsument ma odróżnić prawdziwy proszek od fałszywki?

+ Handlujący niemiecką chemią podpowiadają, że lepiej kupować w sprawdzonych źródłach (np. w stacjonarnych sklepach) i raczej nie kupować w sieci od nieznanych sprzedawców czy przy stoiskach przy drogach.

+ Warto przeliczać cenę na jedno pranie. W przypadku proszków wysokiej jakości nie może być niższa niż 1 zł.

+ Patrz na kod kreskowy. Chemia pochodząca z Niemiec ma trzy pierwsze cyfry od 400 do 440. Polski kod zaczyna się od 590, a np. z Francji od 30 do 37. To nie jest uniwersalna metoda. Do niemieckich opakowań fałszerze przekładają bowiem najtańszy polski proszek.

+ Niemieckie proszki są również w Polsce. Lidl sprzedaje proszki marki Formil, a Rossmann - Domol. Ale to produkty ze średniej półki. Proszki premium (Vizir czy Ariel), dostępne np. w Rossmannie, nie pochodzą z Niemiec, lecz z fabryk w Europie Wschodniej.

A my? Wracamy do naszego eksperymentu. Pierwsze pranie się skończyło. Wyciągamy z pralki koszulkę. Niespodzianek nie ma. Jest brudna. Polski proszek nie zadziałał tak, jak powinien.

Czy to prawda, że polskie są "słabsze" od niemieckich?

Statystycznie Niemcy piorą ubrania częściej niż Polacy i wrzucają mniej od nas do pralki za jednym razem.

Grażyna Górecka, dyrektor Specjalistycznego Laboratorium Badania Paliw i Produktów Chemii Gospodarczej w Bydgoszczy, uważa, że Polacy nawet nie czytają zaleceń producentów.

- Sypiemy proszku więcej, niż trzeba. Liczymy, że jak zużyjemy go więcej, to ubrania się upiorą, ale to nieprawda. Trzeba czytać etykiety i stosować się do zaleceń producenta - dodaje Górecka.

A Polacy przyzwyczajeni przez lata socjalizmu do marnej chemii domowej wsypują do pralek bardzo dużo proszku. Producenci o tym wiedzą, więc... bez konsekwencji mogą rozcieńczać proszki przeznaczone do sprzedaży w Polsce. I rzeczywiście tak robią!

- To tłumaczenie koncernów to taki listek figowy, bo przecież niezależnie od tego, gdzie mieszkamy i jakiej narodowości jesteśmy, oczekujemy od proszku tego samego - by skutecznie prał i nie niszczył ubrań - atakuje Koluch z fundacji Pro-Test, która w 2009 r. przeprowadziła badania porównujące zagraniczne proszki do prania z polskimi. W teście wzięło udział 98 proszków i płynów do prania z 12 europejskich krajów. Polskie odpowiedniki proszków niemieckich bardziej niszczyły materiały i generalnie prały gorzej. W wielu kategoriach testu z polskimi proszkami wygrały odpowiedniki francuskie, belgijskie, a nawet węgierskie czy słoweńskie.

...i o ile "słabsze"?

Takich badań nie robiono. Przynajmniej oficjalnie nikt nie chce się do tego przyznać.

- Dawki proszku zalecane na jedno pranie są w Polsce większe niż w niektórych innych krajach. W krajach zachodnioeuropejskich już kilkanaście lat temu producenci zaczęli wypuszczać na rynek coraz mocniej skoncentrowane proszki. W Polsce, podobnie jak w większości krajów Europy Środkowej - dopiero przed kilkoma laty - przyznaje dr Anna Oborska, dyr. generalny Polskiego Stowarzyszenia Producentów Kosmetyków i Środków Czystości.

Ale idzie nowe. Na polskim rynku pojawił się proszek Persil Expert nazywany przez producenta (Henkel) "najbardziej skoncentrowanym proszkiem w Polsce". Co to oznacza? "Poziom koncentracji nowego proszku odpowiada standardom obecnym w naszych zachodnioeuropejskich produktach". - Opakowanie Persil Expert o gramaturze 4 kg umożliwia wykonanie 50 prań - dokładnie tylu, ile wcześniej zapewniało opakowanie Persila o wadze 5 kg - mówi Edyta Wróbel, senior brand manager marki Persil.

Więcej na temat różnic między proszkami o tej samej nazwie sprzedawanymi w Niemczech i Polsce nie chciała jednak już powiedzieć. Podobnie jak jej odpowiednik z koncernu Procter & Gamble (producenta Ariela czy proszków Bonux).

Zaczynamy drugie pranie. Znów brudzimy koszulki trawą i winem. Teraz do akcji wchodzi proszek, o którym na 100 proc. wiemy, że został wyprodukowany w Niemczech.

Ile możesz zaoszczędzić?

- Nadal nie jest to jednak ten sam produkt, który jest w Niemczech - mówi o Persil Expert Koluch. I dodaje, że proszek różni się przede wszystkim ceną. - Ten w Polsce jest droższy od niemieckiego odpowiednika - zauważa Koluch.

Jedno pranie w niemieckim proszku kosztuje 0,82 zł, a w polskim 0,99 zł. Różnice widoczne są także na innych przykładach. Jedno pranie w Arielu Actilift z Niemiec kosztuje 1,25 zł. Koszt jednego prania w polskim to 1,35 zł.

- Ta dysproporcja cen jest dla mnie niezrozumiała - mówi Koluch. I dodaje: - Sam ze względów ekonomicznych od 12 lat kupuję chemię gospodarczą i kosmetyki w Niemczech. Zazwyczaj w niemieckim Rossmannie, bo tam jest najtaniej.

Co na to wszystko producenci? Na nasze pytania w sprawie polityki cenowej w ogóle nie odpowiedzieli.

A my wyciągamy z pralki drugą koszulkę. Jest... brudna. I wcale pralka nie uprała jej lepiej niż tej pranej w polskim proszku.

Jak widać, życie to nie reklama telewizyjna. Koncerny starają się wmówić klientom, że ich proszki wypiorą każdą plamę, ubrania odzyskają dawny kolor, a jedna kropla płynu do mycia naczyń umyje wszystkie talerze po rodzinnym obiedzie. Prawda jest jednak zupełnie inna, a ilość środku, jaką musimy zużyć, uwarunkowana jest rodzajem zabrudzenia. W wielu przypadkach potrzebne są także specjalne wybielacze czy odplamiacze, sam proszek sobie nie poradzi. Nawet "made in Germany".

Proszki są fałszowane przez gangi

Kupując niemiecką chemię, łatwo można zostać zrobionym w balona. Owszem, jest jej mnóstwo na bazarach i Allegro. Ale często to podrabiane produkty w oryginalnych opakowaniach albo najtańsze polskie proszki w opakowaniach udających niemieckie.

W grudniu ub.r. policja rozbiła gang z Mrągowa, który dystrybuował "oszukane" proszki do prania na terenie całego kraju. Proszki podrabiają też indywidualni "kombinatorzy". Ludzie drukują etykiety i naklejają na inne opakowania. W przypadku proszków Ariel czy Persil sprowadzanych z Niemiec oferowana przez sprzedawcę w Polsce cena - w przeliczeniu na jedno pranie - nie ma prawa być dużo niższa od 1 zł - inaczej proszek raczej jest podrobiony.

Producenci nie chcą ujawniać składu

Konsument, stawiając obok siebie proszek polski i niemiecki, nie zauważy nawet różnicy w składzie. Unijne przepisy umożliwiają firmom podanie wybranych składników proszku i tzw. zakresów procentowej zawartości. Biorąc więc do ręki Dosię, Bonux, Vizir czy Ariel, klient zobaczy następujący skład: 5-15% anionowe środki powierzchniowo czynne. <5%, niejonowe środki powierzchniowo czynne, mydło, polikarboksylany, fosfoniany, zeolity, enzymy, kompozycje zapachowe. W skład produktu wchodzą także inne składniki, które nie są wyszczególnione na etykiecie - koncerny nie muszą i nie chcą ich podawać.



Masz uwagi do tekstu? Chcesz ujawnić coś autorowi? ekipasamcika@wyborcza.biz



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.