Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Mam 27 lat. Do emerytury jeszcze daleko, ale jej perspektywa mnie przeraża. Według dzisiejszych prognoz moja emerytura wyniesie jedną trzecią ostatniej pensji. Wychodzi na to, że ludzie w moim wieku na starość będą musieli się utrzymać za tysiąc złotych. Coś trzeba z tym zrobić. Przedstawiamy sześć sposobów ucieczki przed biedą na starość.


Kliknij w zdjęcie, aby zobaczyć powiększenie

Sposób pierwszy: oszczędzanie

W USA mówi się, że aby przejść na dobrą emeryturę, trzeba mieć uzbieraną dwudziestokrotność rocznych dochodów. Zakładając, że zarabiamy 3 tys. zł miesięcznie, musielibyśmy zebrać aż 720 tys. zł. To dałoby nam dodatkowe 3,5 tys. zł. Tyle że żeby zrealizować taki plan, teraz musielibyśmy głodować.

Postarajmy się zwiększyć naszą emeryturę choćby o dwa tysiące złotych miesięcznie. Czym wcześniej się do tego zabierzemy, tym będzie łatwiej to osiągnąć.

Przykład: Odkładając 100 zł miesięcznie na lokatę przez 40 lat przy założeniu bezpiecznych zysków na poziomie 3 proc. rocznie, można uzbierać blisko 93 tys. zł. Co miesiąc mielibyśmy więc dodatkowo 456 złotych. A nawet trochę więcej, bo nie musimy wypłacać od razu całości. Nasze oszczędności nadal mogą pracować na lokacie.

To i tak mało. Ale już przy kwocie 200 zł miesięcznie, nasza dodatkowa emerytura szybko rośnie. Uzbieramy 186 tys. zł i możemy liczyć na blisko tysiąc złotych miesięcznie.

Nie rozmarzaj się, jeśli masz już 35 lat. Jeśli w tym wieku zaczniesz odkładać 200 zł miesięcznie, to uzbierasz tylko 129 tys. złotych, co daje niecałe 650 złotych dodatku do emerytury.

Ale od czego zacząć? Ważna zasada związana z inwestycjami mówi, że powinniśmy odkładać 10 proc. miesięcznych zarobków. Ale to tylko teoria. W praktyce doradcy finansowi zachęcają, żeby zacząć oszczędzanie od właśnie 100 zł miesięcznie. Kiedy mamy do dyspozycji powyżej 5 tys. zł, przekonują, że możemy bezboleśnie odkładać 200 zł. Później możemy na nasze konto oszczędnościowe dorzucać połowę każdej premii czy nagrody.

Pułapka: Nie warto od razu pakować się w skomplikowane instrumenty finansowe. Mimo że sprzedawcy przekonują nas, że systematyczne oszczędzanie ma sens tylko z polisą inwestycyjną, to nie musi być prawdą. Horrendalnie wysokie opłaty zjedzą cały potencjalny zysk.

A może giełda? Policzmy. Jeżeli jesteś 27-letnią kobietą, której zostało jeszcze 40 lat do emerytury i możesz odkładać 100 zł miesięcznie, to przy założeniu 6-proc. rocznych zysków z inwestycji zbierzesz 233 tys. złotych. To daje blisko 1,2 tys. zł dodatkowej emerytury co miesiąc.

Częściej jednak zaczynamy od odkładania drobnych kwot na konto oszczędnościowe. Dopiero jak już nam się uzbiera większa suma, załóżmy 10 tys. zł, to część warto przenieść na lepiej oprocentowaną lokatę, a za resztę kupić akcje jakiejś wielkiej firmy, która nie zbankrutuje (albo najlepiej dwóch). Wybierajmy jak Warren Buffett - tylko spółki, których działalność rozumiemy.

Sposób drugi: dywidenda

Do inwestycji emerytalnych wybierajmy firmy, które wypłacają dywidendy.

Przykład. Inwestycyjnym hitem dla drobnych inwestorów okazało się PZU. Trzy lata temu przed debiutem narodowego ubezpieczyciela aż ćwierć miliona drobnych akcjonariuszy stało się właścicielami akcji, płacąc po 312,50 zł za sztukę. Na debiutanckiej sesji 12 maja kurs poszedł w górę o 12 proc. Kto wówczas szybko zainkasował zysk, może teraz rwać sobie włosy z głowy, bo okazało się, że wielokrotnie więcej zyskałby, pozostając wiernym akcjonariuszem.

Kilka dni temu na giełdzie akcje kosztowały 465 zł.

Oznacza to, że giełdowy "długodystansowiec" zarobił 48,8 proc. tylko na wzroście kursu. Z lokaty bankowej czy obligacji skarbowych dostałby 4-6 proc. rocznie.

Na tym nie koniec. Drugim źródłem zarobku dla akcjonariusza PZU są dywidendy. Spółka płaci je co roku, i to dość obfite, przez co wielkie instytucje finansowe i detaliści mają motywację, aby trzymać akcje.

Inwestor posiadający 30 akcji na samej dywidendzie zainkasował prawie 2,7 tys. zł brutto rocznie. Przez ponad trzy lata na zmianie kursu i dywidendach zarobił blisko 7,3 tys. zł. I to pomimo zawieruchy na giełdzie wywołanej kryzysem w strefie euro i pogorszenia stanu naszej gospodarki.

W zeszłym roku był duży wybór, bo dywidendy okazały się rekordowe. Spółki wypłaciły łącznie 20 miliardów złotych, chociaż dywidendy uchwalono tylko w co trzeciej spółce notowanej na giełdzie. Dla porównania, w USA dywidendy płaci 90 proc. notowanych firm.

Znaną nie od dziś zaletą spółek dywidendowych jest to, że są mniej podatne na wahania koniunktury. Dowód? Indeks WIG20 w ciągu 2011 r. stracił ok. 20 proc., indeks WIG tyle samo, zaś WIGdiv raptem - 11 proc.

Sposób trzeci: lokator

A może kredyt hipoteczny? Ale nie na mieszkanie dla nas, tylko do wynajęcia. Spłacamy i jednocześnie pobieramy czynsz. Do emerytury raty się kończą, a wtedy tylko czekamy na comiesięczne przelewy od wynajmujących. Podobny manewr można zrobić z ziemią: kupujemy i czekamy aż zdrożeje.

Jakie jest ryzyko?

+ Demografia. Za kilkadziesiąt lat nie będzie miał kto kupować tych mieszkań, bo w Polsce będzie żyło o 8 mln ludzi mniej. Dużo mniej będzie zwłaszcza młodych, a to oni przecież potrzebują mieszkań.

+ Złe miejsce. Kupimy nieruchomość akurat w takim mieście, gdzie mieszkań zbuduje się dużo i ceny będą spadać.

+ Cena. Za 40 lat ceny nieruchomości mogą spaść.

+ Zły lokator. A jeśli nie będzie płacił za wynajem lub zniszczy mieszkanie? Albo nie będzie chciał się z niego wyprowadzić?

Częściowo przed tymi rodzajami ryzyka moglibyśmy uciec, wkładając oszczędności w fundusz inwestujący w nieruchomości. Tylko takiego funduszu w Polsce jeszcze nie ma...

- W USA od lat 60. działają fundusze REIT. Za pieniądze inwestorów kupują nieruchomości rozsiane po całych Stanach (największe fundusze mają po kilkadziesiąt tysięcy mieszkań) i wynajmują je, przekazując rocznie ok. 90 proc. przychodów z czynszów inwestorom w formie dywidendy - opowiada Maciej Bitner z Wealth Solutions. Podobno stopa zwrotu z takiego funduszu to 1-2 pkt proc. więcej niż dobra lokata bankowa.

A może odwrócona hipoteka? To nie najlepszy pomysł, bo w zamian za oddanie mieszkania czy domu emeryt może dostać nie więcej niż jedną trzecią wartości nieruchomości. Jak to działa? Posłużmy się przykładem oferty towarzystwa ubezpieczeniowego Europa, która jeszcze do niedawna była oferowana.

Załóżmy, że 75-letni emeryt jest właścicielem 50-metrowego mieszkania w Warszawie wartego 400 tys. zł. Jeżeli zdecydowałby się oddać je ubezpieczycielowi, mógłby liczyć na 770 zł miesięcznie. Dodatkowo Europa zobowiązałaby się do opłacania comiesięcznego czynszu w wysokości 200 zł. Policzyliśmy. Z danych GUS wynika, że 75-letni mężczyzna będzie żył jeszcze 9,5 roku, a kobieta 11,9 lat. Dla uproszenia przyjęliśmy, że to 10 lat. Inflacja w tym czasie wyniesie przeciętnie 3 proc. Ubezpieczyciel wypłaciłby emerytowi w sumie tylko nieco ponad 130 tys. zł. I tylko pod warunkiem, że ten dożyje rzeczywiście 85 lat.

Oferta została jednak wycofana ze sprzedaży? Powód? - W naszej ocenie polski rynek nie jest jeszcze gotowy na polisy o charakterze odwróconej hipoteki, stąd decyzja o wycofaniu ubezpieczenia z oferty - poinformowała nas Alicja Hamkało z TU Europa.

Sposób czwarty: wino i znaczki

Ucieczka przed problemami finansowymi w alkohol to zwykle nie jest dobry pomysł. Chyba że nie zamierza się go pić. Żeby uniknąć pokusy, najlepiej kupić certyfikaty funduszy.

- To z założenia inwestycja długookresowa. Średnia stopa zwrotu dla takiej 5-letniej inwestycji, liczona na podstawie indeksu Liv-ex Investables prowadzonego przez londyńską giełdę wina, to 114 proc. - mówi Paweł Morozowicz zarządzający portfelami alkoholi inwestycyjnych w Wealth Solutions. Minimalna kwota inwestycji to ok. 12,5 tys. zł.

Podobnie jest z whisky. Według danych Whisky Highland, firmy zajmującej się monitorowaniem aukcyjnego rynku whisky, Investment Grade Scotch 1000 index (IGS1000) wzrósł w pierwszej połowie roku o 13 proc., a od końca 2008 r. już o 152 proc.

Ale nie zawsze jest tak różowo.

Jeden z naszych czytelników, pan Maciej, zdecydował się włożyć oszczędności w wino. I przeżył chwile grozy. W ciągu trzech miesięcy stracił prawie 40 proc.

Na tym nie koniec problemów z alternatywnymi inwestycjami. Wybierając pomoc specjalisty, będziemy musieli oddać mu część naszych potencjalnych zysków w formie opłat. Na dzień dobry to ok. 7 proc. Później za zarządzanie płacimy ok. 3 proc. rocznie plus opłata za przechowywanie i ubezpieczenie: 50 zł rocznie.

Ciekawe może być też zarabianie na pamiątkach i autografach gwiazd czy na znaczkach i monetach.

Ile można na tym zarobić?

- znaczki: 10,8 proc. zysku przez ostatnie 40 lat (dane Stanley Gibbons)

- rzadkie angielskie monety: 13,3 proc. zysku przez ostatnie 10 lat

- autografy: 14 proc. zysku w skali roku przez ostatnie 12 lat (dane PFC40 Autograph Index)

- Największe zyski osiągnęli w tym czasie posiadacze autografów George'a Harrisona (+1310 proc.), Neila Armstronga (+1264 proc.), Andy'ego Warhola (+900 proc.), Walta Disneya (+844 proc.) oraz Johna Lennona (+835 proc.) - opowiada Piotr Suchodolski z Wealth Solutions

Najważniejsza jest dywersyfikacja, czyli nie wkładamy wszystkich jajek do jednego koszyka: część w whisky, część w dzieła sztuki, a część w tradycyjne i bezpieczne instrumenty finansowe.

Sposób piąty: na kasę do Szwajcarii

A może lepiej dorobić, pracując kilka lat za granicą? W ten sposób nie dość, że przez kilka lat będziemy zarabiać więcej niż w Polsce (np. minimalna pensja w szwajcarskim Lidlu to 4 tys. franków), to jeszcze wypracujemy dodatek do ZUS-owskiej emerytury.

Osoby, które pracowały w jednym z krajów UE, w USA, Australii czy Kanadzie, mogą otrzymywać oprócz polskiej emerytury także zagraniczną.

65-letni pan Paweł pracował 35 lat w Polsce i 5 lat w Hiszpanii. Jakiś czas temu wystąpił do ZUS o emeryturę. A ten powiadomił hiszpańską instytucję ubezpieczeniową o wniosku pana Pawła. Aby zostać emerytem w Hiszpanii, trzeba mieć minimum 15 lat stażu pracy i ukończyć 65 lat. W przypadku osób z mniejszym stażem pracy niż wymagany hiszpański odpowiednik ZUS (podobnie jest w innych państwach UE) wszczyna tzw. procedurę sumowania okresów ubezpieczenia. Hiszpanie uwzględnią panu Pawłowi okresy pracy w Polsce (owe 35 lat) i dodadzą je do lat pracy w Hiszpanii (5). Tak zsumowany łączny staż wynosi 40 lat. Hiszpania wyliczy emeryturę dla mężczyzny z 40-letnim stażem w tym kraju. Załóżmy, że wyniesie ona 1000 euro. Panu Pawłowi należy się tylko jej część - pięć czterdziestych, czyli 125 euro.

Z kolei w Danii na tzw. emeryturę obywatelską mogą liczyć cudzoziemcy, pod warunkiem że okres ich pobytu w wynosił minimum 10 lat bezpośrednio przed przejściem na emeryturę. Wysokość świadczenia wypłacana jest w tym przypadku proporcjonalnie do okresu zamieszkania. Pełna emerytura dla osoby samotnej wynosi 11 832 korony, a dla osób pozostających w związku - 8718 koron. Im krócej mieszkamy, tym niższe dostaniemy świadczenie.

Sposób szósty: na plażę do Indonezji

Jeśli oszczędzanie nam nie wychodzi, pomyślmy, gdzie da się przeżyć za naszą emeryturę. Najlepszym rozwiązaniem będzie podróż do Indonezji lub Tajlandii. Tak robią emeryci z Australii i bogatszych krajów Europy Zachodniej. Czy za polską emeryturę też jest to możliwe?

Policzmy. Za wynajęcie domu w Indonezji zapłacimy 600 dolarów... za rok. A pozostałe koszty? Wszystko kosztuje trzy razy mniej niż w Polsce.

Za obiad w restauracji zapłacimy 4-6 zł. Gotowanie w domu wyjdzie jeszcze taniej. Zwłaszcza jeśli gustujemy w świeżych owocach, warzywach, rybach i mięsie.

Do codziennych wydatków trzeba doliczyć też koszt przelotu. To ok. 2,5 tys. złotych w jedną stronę.

Jeśli nie wykupimy ubezpieczenia, drogo nas będzie kosztować opieka lekarska, która w Indonezji jest odpłatna. Średni koszt wizyty lekarskiej to 15-30 dolarów, w przypadku nagłego wypadku koszt ten może urosnąć nawet do 200 dolarów. Jedna doba w szpitalu to wydatek od kilkunastu dolarów w państwowym szpitalu do nawet kilkuset w prywatnej klinice.

A może na starość zamieszkać na Malcie? Jest ciepło i można się dogadać po angielsku.

Ile to kosztuje? Mieszkanie w centralnej części Malty uda nam się wynająć już za 250 euro za miesiąc. Mniej zapłacimy za mieszkanie w okolicach Bugibby/Qawry czy na Gozo. Tam na willę z basenem i ogrodem wystarczy nieco ponad 100 euro miesięcznie! Rachunki wyniosą 50 euro miesięcznie.

A codzienne zakupy? Za kawę zapłacimy 5 zł, wodę - 2,5 zł, piwo w butelce - 8 zł, a za elegancką kolację dla dwóch osób - 214 zł. Kuchnia maltańska to kuchnia śródziemnomorska, czyli głównie ryby, warzywa, sery. Czyli nie dość, że na życie na Malcie nie wydamy fortuny, to mamy zapewnioną zdrową dietę.

Chcesz porozmawiać z autorką? Poinformować ją o czymś? Pisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra ". W tym numerze:

Czy warto ubezpieczyć się od mandatów? Ocenia Maciej Samcik

Kiedy pociąć swoją kartę kredytową?

Podpowiadamy, w co zainwestować 5 tysięcy złotych

Czy da się nauczyć dzieci czytania umów?




Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.