Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Faktury cenniejsze niż złoto

Skarżycie się od jakiegoś czasu na idiotyczny proces zamawiania e-faktur w firmie Dalkia. Chodzi o to, żeby zamiast papierowych rachunków do zapłacenia firma przesyłała faktury w wersji elektronicznej. W wielu firmach po prostu klient odsyła przesłany pocztą druk zgody na rezygnację z papierowych dokumentów. Potem wystarczy się zalogować do serwisu internetowego, podać e-mail i numer klienta, by pobrać e-fakturę. W firmie Dalkia zamiana zwykłej faktury na elektroniczną wygląda mniej więcej tak jak przyznawanie certyfikatu dostępu do tajemnicy państwowej. Jedna z czytelniczek wylicza: najpierw trzeba zarejestrować się w serwisie, podając imię, nazwisko i numer faktury. Potem firma wysyła e-mail z prośbą o podanie numeru telefonu. Potem trzeba czekać na list polecony z loginem składającym się z sześciu cyfr (czytelniczka zauważyła, że... są to te same "ściśle tajne" cyfry co numer klienta na fakturze) oraz z hasłem jednorazowym (13 znaków). Po zalogowaniu się na stronę klient uzyskuje dostęp do pliku PDF z deklaracją dotyczącą e-faktur, którą należy wypełnić i podpisać. - Teraz w planach mam wycieczkę na pocztę i wysłanie tego dokumentu - opowiada czytelniczka.

Zapytaliśmy firmę Dalkia, czy przypadkiem nie przesadza z procedurami bezpieczeństwa dotyczącymi - bądź co bądź - tylko elektronicznej faktury, a nie dostępu do skarbca ze złotem. "W trosce o zachowanie poufności prezentowanych danych proces rejestracji jest prowadzony ze szczególną uwagą i należytą starannością, aby dostęp do danych miały jedynie osoby upoważnione" - tłumaczy Magdalena Kempiński z Dalkia Warszawa. "Pieniądze Ekstra" proponują dodatkowe wzmocnienie zabezpieczeń systemu poprzez weryfikację biometryczną układu naczyń krwionośnych połączoną ze skanowaniem siatkówki oka. Jak już dbamy o bezpieczeństwo, to nie zatrzymujmy się w pół drogi.

Ubezpieczenie (nie) obowiązkowe

Nasz czytelnik pan Marek pewnego dnia udał się do placówki Santander Banku i poprosił o 2,5 tys. zł kredytu. Pracownik banku poinformował pana Marka, że wystarczy dowód osobisty i oświadczenie o dochodach. I że dostanie 2,6 tys. zł, ale z tego musi zapłacić 165 zł ubezpieczenia w Amplico Life. - Powiedziałem, że nie chcę kupować tego ubezpieczenia, bo w dokumentach jest ono definiowane jako dobrowolne - opowiada pan Marek.

Pracownik banku nie przyjął do wiadomości wątpliwości czytelnika i oświadczył mu, że musi i tak zapłacić składkę, a potem ewentualnie z polisy zrezygnuje i odzyska większość pieniędzy. - Poszedłem do kasy, otrzymałem 2,6 tys. zł, wpłaciłem 165 za ubezpieczenie - opowiada klient. I kilka dni później, zgodnie z wytycznymi doradcy klienta w Santander Banku, poszedł złożyć rezygnację z ubezpieczenia. Okazało się, że jeśli chce dostać do ręki pieniądze, które wpłacił w kasie, musi... wystąpić o to pisemnie do centrali Santander Banku. - Czuję się upokorzony i bezsilny - mówi pan Marek.

Poprosiliśmy bank o wyjaśnienie sytuacji. Okazało się, że sprzedawca kredytowy okazał się naciągaczem. - Klient, jeśli ma takie życzenie, może zaciągnąć kredyt bez ubezpieczenia - przyznaje Paweł Florkiewicz z Santandera. - Zwrócimy klientowi składkę w kasie oddziału banku lub przelewem na konto.

Czy mieliście podobne doświadczenia? Piszcie: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra ". W tym numerze:

Jak się (nie) przejechać na nartach?

Smartfony z górnej półki. Co kupować, czym się różnią?

Przejrzysta Karta Kredytowa i jej wstydliwy sekret

Bank zgubił weksel. Co grozi klientowi?

Problemy z InPostem i sposób na darmową infolinię




Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.