Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
- ZUS-owi grozi zapaść, na emeryturze będzie pani miała 20 proc. ostatniej pensji. Albo raczej nic! - przekonuje mnie miła pani z jednej z większych firm ubezpieczeniowych. I pyta, czy chcę zobaczyć tajemniczy pakiet inwestycyjny, który przed tym "nic" mnie uratuje. Zdziwiłam się, bo ekonomiści nigdy nie snuli aż tak katastroficznych wizji. W przypadku kobiet emerytura wyniesie jedną trzecią otrzymywanego wynagrodzenia, ale po podniesieniu wieku emerytalnego ta relacja powinna być korzystniejsza. - Dostanie pani 500 zł emerytury, nie starczy nawet na czynsz - twierdzi jednak z pewnością w głosie wysłanniczka firmy ubezpieczeniowej.

Skąd wyszło jej te 500 zł, skoro nie wie, ile zarabiam? Dostaniemy przecież tyle, ile sami uzbieramy. To gwarantuje nam reforma emerytalna z 1999 r. Dotyczy też przedsiębiorców.

Wysłanniczka firmy ubezpieczeniowej przypomniała mi, że ostatnio prezes Najwyższej Izby Kontroli alarmował, iż ZUS-owi zabraknie pieniędzy na wypłatę emerytur. W 2020 r. deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych ma wynieść 52 mld zł, a w 2030 r. - 66,1 mld zł.

Jest się czego bać? Deficyty są uzupełniane z budżetu i ta dotacja jest automatyczna. A w latach 90. sytuacja ZUS-u była znacznie gorsza niż teraz, lecz emerytury i tak były wypłacane.

Jednak to, że warto samodzielnie oszczędzać, jest argumentem nie do podważenia. Emerytury będą niskie. Dlaczego - zdaniem pani z firmy ubezpieczeniowej - niezbędny jest mi magiczny produkt? - Ja zaczęłam oszczędzać w wieku 20 lat, po trzydziestce miałam już spory kapitał. Nie ma co czekać. Mam innych klientów, którzy są zainteresowani i nie tracę czasu na przekonywanie. Podpisujemy czy nie?

Pytam o opłaty. Są słone.

Ubezpieczyciel pobiera kilka procent opłaty od składki. Później 1,95 proc. opłaty za zarządzanie liczonej od całości zgromadzonych pieniędzy. Zapłacę ją dwa razy, bo mniej więcej tyle samo pobiera fundusz inwestycyjny, do którego firma ubezpieczeniowa skieruje moje pieniądze w ramach "zarządzania" nimi.

To nie koniec obciążeń. Ubezpieczyciel za całą składkę kupi jednostki funduszy, a później część z nich sprzeda, żeby przeznaczyć pieniądze na moją ochronę ubezpieczeniową. Różnica pomiędzy ceną kupna a sprzedaży wynosi średnio 3 proc. To dodatkowy zarobek ubezpieczyciela.

A gdybym chciała się wycofać? Opłata likwidacyjna w pierwszym roku wynosi 80 proc. wpłaconych pieniędzy, w drugim - 70 proc., w trzecim - 60 proc., i tak spada aż do 12. roku oszczędzania. Nie ma znaczenia, czy ubezpieczyciel i fundusze, do których firma wysyła pieniądze, będą dobrze dla mnie pracowały. Mam płacić składki i nie dyskutować.

To wszystko znane triki. Kiedy rząd zapowiedział zabranie połowy pieniędzy z OFE, ci, którzy żyją z oferowania planów oszczędzania, zacierali ręce z radości, bo dla nich nie mogła nadejść lepsza koniunktura.

Tylko dlaczego firmy ubezpieczeniowe, strasząc, że z ZUS-u nie dostanę ani grosza, przychodzą do mnie z ofertami oszczędzania pieniędzy, które oznaczają dla mnie mniej więcej to samo?

Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra ". W tym numerze:

Czym uwodzą nas sieci handlowe? I za co je kochamy?

Jak ukręcić bat na oszustów?

Zmiany stóp procentowych. Co oznaczają dla klientów?

Test kont z premią. Na których da się zarobić?

Windykator grozi niewłaściwej osobie i... przeprasza




Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.