Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nie ma czegoś takiego jak najtańszy sklep na święta. Każdy zarzuca wędkę, próbując złapać klientów promocyjnymi cenami na wybrane kilkadziesiąt produktów. I być może kilka z nich nawet kupimy. Ale gra toczy się o to, co jeszcze dorzucimy do koszyka.

Według Eurostatu żywność i napoje bezalkoholowe mamy tańsze nawet od Rumunów, Albańczyków czy Bułgarów. W tej dziedzinie jest tylko jeden kraj, gdzie jest taniej, i to niewiele: Macedonia (Eurostat nie bada Ukrainy, Białorusi i Rosji).

Producenci są u nas tak przyparci do muru, że ledwo wiążą koniec z końcem. Aby zachować ceny i opłacalność produkcji, chwytają się magicznych sztuczek w rodzaju "opakowanie to samo, ale mniej w środku" (dla klienta 5 proc. jogurtu w opakowaniu to niewiele mniej, dla producenta to duża oszczędność) albo wytwarzają pod marką własną sieci.

Rada pierwsza: unikaj wędlin ekonomicznych

Oszczędzać można też na jakości. Stąd zalew tzw. wyrobów ekonomicznych.

Na świątecznych promocjach lepiej więc uważać na wędliny z niskiej półki, czyli supertanie, np. szynki i kiełbasy. Robi się je głównie z drobiu, bo jest najtańszy. W ofercie jest więc polędwica sopocka drobiowa, krakowska drobiowa albo kabanos drobiowy. Przypomina to znane z PRL-u sprzedawanie wyrobów czekoladopodobnych zamiast czekolady - prawdziwy kabanos powinien być wieprzowy. Nawet kiełbasa biała jest z kury lub indyka.

Do mięsa kury czy indyka dorzuca się drugie tyle MOM-u (czyli oddzielanych pod wysokim ciśnieniem resztek mięsa, chrząstek, kawałków skóry etc.).

Z kolei, aby zrobić ekonomiczną szynkę, wstrzykuje się do niej wodę (z kilograma mięsa można zrobić 1,5 kg szynki). A jak się do tego dosypie dodatki białkowe, to będzie 2 kg. I spokojnie możemy na tym nalepić etykietę "szynka wieprzowa". Jakim cudem woda nie wypływa? Do wędliny dodaje się polifosforany, które ją zatrzymują.

To smakuje? Konsumenci uważają, że jeśli szynka czy karkówka przy krojeniu lekko "płynie", to ma odpowiednie walory smakowe. Ale im bardziej sucha wędlina, tym mamy większą pewność, że jest wytworzona z mięsa. W przypadku kiełbasy krakowskiej suchej czy myśliwskiej, kabanosów i suchej szynki możliwości używania dodatków są o wiele mniejsze. A im bardziej rozdrobnione są wyroby (parówki, pasztetowa, mielonki, konserwy), tym większa dowolność wzbogacania dodatkami.

Rada druga: bierz rybę, nie lód

Kupujesz ryby mrożone? Uważaj na glazurę. To warstwa lodu, która pokrywa rybę. Według importera może być 10 proc. glazury w opakowaniu (np. na krewetkach), ale równie dobrze może być i 30 proc. Czyli jedna trzecia ceny, którą płacimy przy kasie - to opłata za zmrożoną wodę.

Niezależnie od deklaracji importera na opakowaniu, lepiej przyjrzeć się rybie dokładnie. Bo deklaracje deklaracjami, a czasami się zdarza, że glazury jest i połowa wagi opakowania. Jak wynika z kontroli Inspekcji Handlowej zawartość glazury w stosunku do tego, co było napisane na opakowaniu, bywa dwu- albo i trzykrotnie zawyżona.

Rada trzecia: sprawdzaj rybę w rybie

Ryby w słoiku i puszce? Zdaniem Inspekcji najbardziej podejrzane są sardynki i tuńczyk (prawie 40 proc. takich produktów ma nieprawidłowości w składzie lub oznakowaniu).

Zresztą - tutaj dygresja - dla producentów konserw rybnych śledź... to sardynka. Zresztą szprot to też sardynka. A sardela? Niespodzianka. To też sardynka. Czy producenci mogą tak wodzić nas za nos? Odpowiadamy: mogą. Wytłumaczenie jest banalnie proste: "Zgodnie z rozporządzeniem Rady Wspólnoty Europejskiej, ustanawiającym normy handlowe dla konserwowanych sardynek, istnieją gatunki ryb pokrewnych (również szprot Sprattus sprattus), z których produkuje się konserwy rybne pod nazwą produktu "sardynki" pod warunkiem umieszczenia informacji, z jakiego dokładnie gatunku ryb (w języku łacińskim) zrobiona jest konserwa".

Zanim włożymy do koszyka rybę w słoiku lub w plastikowym pojemniku, warto dokładnie sprawdzić, ile ryby jest w rybie.

Nasz czytelnik pan Rafał zadumał się nad losem śledzia, którego nabył w dyskoncie sieci Biedronka. Kupił, otworzył i się zdziwił. - Z zewnątrz bardzo ładnie. Po otwarciu cały środek to cebula, tylko naokoło opakowania są koreczki śledziowe. A zdawało mi się, że kupowałem śledzia, nie cebulę - komentuje. Ile było śledzia w śledziu, na pierwszy rzut oka nie widać. Zasłaniają to efektowne naklejki na opakowaniu. Ale gdy ktoś uważnie się we wspomnianą etykietę wczyta, zobaczy, że ryby jest tu zaledwie 60 proc.

Że to proste? Owszem. Ale z jakichś powodów etykiet nie czytamy.

Rada czwarta: nie kupuj wielopaków

Bo przepłacisz. Dwa w cenie jednego, większe w cenie mniejszego, drugi egzemplarz o połowę taniej itd. Handel, zwłaszcza w święta, lubi grę pozorów. Oni udają, że sprzedają coś ekstra, my się spieszymy, więc często dajemy się nabrać.

Ostatnio czytelnicy podesłali nam zdjęcie z Tesco, gdzie w ładnym opakowaniu był "Jogurt Danio wanilia plus maskotka gratis". Cena za sztukę - 8,99 zł. Cena za kilogram? 40,86 zł! Tesco? Przyznało się do błędu. Jak twierdzi "niepotrzebnie dodano słowo gratis". Wniosek? Patrzmy za cenę za kilogram (jest na każdej cenówce w sklepie).

Na koniec zapamiętajmy, że im później pójdziemy na świąteczne zakupy, tym drożej będą nas kosztować. W świątecznym szale pakujemy do koszyka wszystko, co tylko może się przydać.

Mniej więcej jedną czwartą zakupów wyrzucimy. Kac przyjdzie po świętach, gdy obejrzymy wyciągi z kart.

Rada piąta: uwaga na używki

Czy w sklepach można znaleźć sprzęt używany przez kogoś i ponownie wprowadzany do obrotu? Do "Pieniędzy Ekstra" zgłaszają się zdziwione osoby, które w sklepie kupiły np. tablet albo laptop, który miał być nowy. A w domu ze zdumieniem dostrzegały, że na sprzęcie jest zainstalowane... konto poprzedniego właściciela.

Jak to się dzieje? To banalnie proste. Część elektromarketów wprowadza z powrotem do sprzedaży towar zwrócony przez klienta (bo np. mu się nie podobał). Oczywiście powinien być, i to dwukrotnie, obejrzany przez dwóch różnych pracowników (serwisu oraz konkretnego działu), czy aby na pewno znajduje się w stanie fabrycznym.

Towar uszkodzony, zarysowany itp. powinien zostać naprawiony i wystawiony na wyprzedaży czy promocji ze stosowną etykietą.

Ale ponieważ rynek elektroniki użytkowej jest - delikatnie mówiąc - trudny (od kilku lat Polacy niezwykle niechętnie wymieniają sprzęt na nowy), a marże niskie (sklepy toczą wyniszczający bój, producenci również), teoria swoje, a praktyka swoje.

Tajemnicą poliszynela jest również to, że czasami pracownikom sklepów z elektroniką zdarza się korzystać prywatnie ze sprzedawanego sprzętu, choćby z nawigacji.

Jak zmniejszyć ryzyko wpadki? Lepiej nie kupować ostatnich egzemplarzy. Natomiast produkt powinien być w pudełku, które wygląda na nieotwierane (szczelnie zapakowane, w firmowe folie i nieprzerwane naklejki producenta). Oczywiście całe opakowanie nie gwarantuje niczego na 100 proc.

Na używany towar z drugiej ręki sprzedawany jako nowy niezwykle łatwo jest też wpaść na aukcjach internetowych. Jak go poznać? Jeśli sprzęt sprzedany jest o kilkadziesiąt procent taniej niż w sklepie internetowym, to niemal na pewno jest "refurbished". Co to znaczy? Sprzedawca opisuje go jako nowy, a w rzeczywistości jest to towar np. zwrócony przez klienta i naprawiany, następnie ze stosowną adnotacją wprowadzony ponownie do sprzedaży. Może to też być sprzęt z ekspozycji z innego kraju Unii.

Sprzedawca często nie ma do niego oryginalnego pudełka albo sprzedaje go już w otwartym opakowaniu (oczywiście, jak zapewnia, otworzył je tylko dla sprawdzenia, czy towar jest cały).

Wszystko po to, aby cena była jak najniższa.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.