Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Dla chcących inwestować

Wróżyć z finansowych fusów razem ze mną powinni tylko ci z was, którzy mają pieniądze do zainwestowania na cztery-pięć lat.

Okazja, czyli pożyczka Podstawa każdego portfela, który nie ma jeszcze wartości kilkuset tysięcy złotych, to oczywiście lokaty bankowe. Ale niewielką część pieniędzy (do 20 proc.) zawsze trzymaj w pogotowiu, czekając na okazję. Jaką? Np. możliwość zakupienia obligacji emitowanych przez jedną z największych polskich korporacji (PKO BP, Orlen itp.). Takich ofert ostatnio prawie nie było, ale jeśli się pojawią i zaoferują oprocentowanie w granicach WIBOR plus 1-1,5 proc. - będzie to dobre uzupełnienie lokat. O długoterminowych obligacjach skarbowych chybabym na początku roku nie myślał - nie mają do zaoferowania korzystnej marży. Na dwuletnich można zarobić 2 proc. w skali roku, a np. na dziesięcioletnich - 1,5 proc. powyżej inflacji (w pierwszym roku 3 proc.).

Trochę ryzyka Lokata strukturyzowana to "loteria", gwarantująca zwykle ochronę zainwestowanego kapitału i dająca szansę na zysk, jeśli spełni się zakładany scenariusz (np. gdy jakiś indeks, waluta czy towar osiągnie zakładany poziom ceny). Większość "struktur" na rynku to takie, w których klient dostaje tylko zwrot zainwestowanego kapitału.

Ale przy nędznym oprocentowaniu depozytów ryzyko uczestniczenia w tej "loterii" jest mniejsze niż zwykle. I można się zastanowić nad przeznaczeniem niewielkiej części oszczędności (nie więcej niż 20 proc.) na taką "grę" z gwarancją zachowania kapitału.

Na jakie "struktury" sam będę polował? Przede wszystkim na krótkoterminowe (poniżej roku), oferujące potencjalną rentowność na poziomie co najmniej 2,5-krotności zysku z depozytu. Jeśli skuszę się na dłuższą "strukturę", to najwyżej na dwuletnią, oferującą więcej niż jedną szansę na zysk.

Będę zaś unikał "struktur" wieloletnich, zawierających bijące po oczach obietnice wysokich zysków. Często im wyższy potencjalny zysk, tym mniej prawdopodobny jest scenariusz, w którym klient "wygrywa".

Fundusze inwestycyjne lokujące na polskiej giełdzie Polskie spółki - patrząc przez pryzmat wskaźnika P/E, czyli ceny, jaką trzeba płacić za złotego generowanego zysku - nie są tanie (wynosi on obecnie 13,4, a mówi się, że akcje są tanie, gdy jest jednocyfrowy). Opłaci się je kupować tylko przy założeniu, że w najbliższej przyszłości mocno wzrosną zyski spółek, które wybraliśmy.

Jeśli bierzemy się za lokowanie na rynku kapitałowym, to nie ma sensu obstawiać tylko naszego lokalnego kociołka. Dla początkujących dobrym pomysłem mogą być systematyczne inwestycje niewielkich kwot w fundusze lokujące w największych spółkach z Polski oraz z całego świata. Zanim wybierzesz fundusz o określonej charakterystyce - wejdź na stronę www.analizy.pl i sprawdź, jak plasuje się w porównaniu z innymi (ile ma gwiazdek w rankingach długoterminowych). Nie kupuj w banku, lecz przez internet - będzie taniej.

Spółki dywidendowe Na warszawskiej giełdzie jest co najmniej kilkanaście spółek, które płacą co roku solidną dywidendę (największe banki, PZU, Orlen, a nawet targany interesami związków zawodowych KGHM). Jej wartość jest mniej więcej taka jak oprocentowanie lokaty - albo i wyższa. Takie akcje spółki dywidendowej w perspektywie 20-30 lat mogą być jak dobra lokata. Ale tu tylko sygnalizuję ten pomysł, rozwinę go w jednym z kolejnych wydań "Pieniędzy Ekstra".

Czy warto kupić złotą monetę?W każdym portfelu inwestycji powinno być miejsce na "coś innego". Najpopularniejszą z takich inwestycji jest złoto. W ciągu trzech lat można było na tej inwestycji stracić 40 proc. Teraz uncja kosztuje ok. 1,2 tys. dol. i oczywiście nie można wykluczyć, że będzie jeszcze tańsza, ale są też sygnały, które dają nadzieję na odwrócenie niekorzystnego trendu.

Próg rentowności wydobycia w dużej części światowych kopalń złota znajduje się dziś między 1,1 tys. a 900 dol. za uncję. W dłuższym okresie to powinno być twarde dno. Jeśli cena złota zbliży się do 1,1 tys. dol. za uncję, potraktuję to jako dobrą okazję, by dorzucić do portfela po dobrej cenie coś alternatywnego. Niekoniecznie po to, aby zarobić. Złoto to aktywo, którego wartości nigdy nie zje inflacja.


Kliknij w zdjęcie, aby zobaczyć powiększenie


Masz mniej niż 20 tys. zł oszczędności?

Nie należy sobie wobec tego zawracać głowy podejmowaniem jakiegokolwiek ryzyka. Trzeba się skupić na zabezpieczeniu realnej wartości swoich zaskórniaków i budowaniu poduszki finansowej lub - jak kto woli - finansowego jaśka. Cudów nie ma. Liczy się:

Systematyczne oszczędzanieMoje pomysły?

- Resztówki na konto.
W niektórych bankach można odkładać "resztki" transakcji kartowych lub przelewów. Jak? Jeśli z konta osobistego lub z konta karty płatniczej bank ma ściągnąć np. 67,5 zł, to na mocy twojego pełnomocnictwa może zaokrąglić tę kwotę i ściągnąć np. 70 zł. Te 2,5 zł przerzucić zaś na konto oszczędnościowe. W ciągu trzech lat odłożyłem w ten sposób już ponad 10 tys. zł i nawet tego nie zauważyłem (czyli nie bolało w trakcie).

- 2 zł do skarbonki.
Codziennie wkładaj do skarbonki monety, które zostają w portfelu. Ale nie wszystkie, tylko dwu- i pięciozłotówki. I tak byś je wydał na niepotrzebne rzeczy. Na koniec roku rozbijesz skarbonkę i zobaczysz, ile się uzbierało. Uwierz mi - będzie tam kilka stówek.

- Zlecenie stałe.
Już dziś zdefiniuj w swoim banku zlecenie stałe o wartości maksymalnie 5 proc. twojego domowego budżetu i skieruj te pieniądze na konto oszczędnościowe. Przez pierwsze dwa miesiące będzie ci ich brakowało, ale w trzecim uznasz, że to jeszcze jeden stały rachunek do zapłacenia - taki sam jak za prąd czy telefon. I o to chodzi.

- Premia dla menedżera.
Gdybyś był gwiazdą rocka lub słynnym sportowcem, to oddawałbyś część pieniędzy z dodatkowych kontraktów reklamowych swojemu menedżerowi. Bądź swoim menedżerem! Jeśli będziesz miał w tym roku dodatkowe dochody, to zawsze jedną czwartą z nich przeznaczaj na "premię", czyli na fundusz oszczędności.

Portfel z lokatCzęść pieniędzy (np. połowę oszczędności) wkładamy w lokatę krótkoterminową albo na konto oszczędnościowe (i przekładamy merkantylnie z banku do banku - tam gdzie aktualnie jest najlepsza oferta na "nowe środki"). A część (np. jedną czwartą oszczędności) w taką na dłuższy termin (ale pod warunkiem że oferuje przyzwoitą premię w stosunku do bieżącego oprocentowania depozytów - czyli ok. 1 punktu procentowego). Co najmniej jedna czwarta pieniędzy powinna być pod ręką - czyli na koncie oszczędnościowym.

Na długo czy na krótko? Nie spodziewam się w najbliższych miesiącach poważnych zmian, jeśli chodzi o oprocentowanie depozytów. Bez zobowiązań będzie można dostać w banku 1,5-2 proc., a na krótkich lub wymagających od klienta poświęceń (np. założenia ROR i przelewania tam pensji) depozytach będzie można otrzymać nawet 3-3,5 proc

Jak za rok nie być gołym i wesołym?

Jeśli nie masz większych oszczędności, a twój budżet domowy ledwo się dopina (albo wręcz się nie dopina), to wykorzystaj najbliższe miesiące na wiosenne porządki, dzięki którym za rok twój portfel będzie grubszy.

Zrób przegląd budżetu Sporządź spis stałych wydatków (comiesięczne rachunki, opłaty związane z dziećmi, raty kredytów) i ustal, jaką część dochodów one stanowią. Jeśli jest to więcej niż 60-70 proc. budżetu, to musisz coś zrobić, bo najdalej do jesieni utoniesz w długach. Możesz skonsolidować kredyty (ale mądrze, żeby nie skończyło się zamianą na równie drogi kredyt), znaleźć tańszy pakiet telewizji cyfrowej lub usług telefonicznych (może lepiej przejść na telefon pre-paid?), sprawdzić, ile pieniędzy przecieka ci przez palce (np. z powodu źle planowanych zakupów).

Zaplanuj większe wydatki Ubezpieczenie mieszkania, wyjazd wakacyjny lub kolonie dzieci, wyprawka szkolna, ubezpieczenie samochodu (jeśli masz cztery kółka). Już dziś zrób harmonogram tych wydatków i zacznij budować fundusz, z którego je pokryjesz. Bo jeżeli będziesz musiał to zrobić wyłącznie z bieżących dochodów, to budżet nieuchronnie się rozsypie. Co miesiąc odkładaj pieniądze na konto oszczędnościowe z myślą o ekstra wydatkach, które i tak będziesz musiał ponieść, a które dziś wypychasz z głowy.

Zrób rezerwę na wszelki wypadek Dobry budżet domowy to taki, który zawiera awaryjną rezerwę na wypadek chorób (choćby symboliczną), na wydatki związane z zakupem leków, koniecznością skorzystania z prywatnego lekarza, leczeniem zębów itp. Jeśli w rodzinie są dzieci, to taki element domowego budżetu jest absolutną koniecznością, bo jest więcej niż pewne, że wydatki na leki i prywatne leczenie się pojawią.

Zaplanuj dodatkowe dochody Być może mógłbyś bardziej efektywnie wykorzystywać swój czas? Np. wykonywać dla swojego pracodawcy dodatkowe prace (lub wyceniane wyżej niż te, które dziś wykonujesz). Być może mógłbyś spróbować zarobić jakieś dodatkowe pieniądze dzięki talentom, które masz i które leżą odłogiem?

Możesz też wozić innych (np. BlaBlaCar.pl lub Uber) czy wynajmować swój pokój albo całe mieszkanie, kiedy jesteście na wakacjach (np. Airbnb). Jako cel na ten rok postaw sobie 10-procentowy wzrost dochodów. Pomyśl o dodatkowej motywacji: jeśli przekroczysz ten próg, to całość ewentualnej nadwyżki przeznacz na nagrodę dla siebie lub swojej rodziny.

Masz długi? Jest ratunek! Masz niespłacane w terminie długi, z którymi nie potrafisz sobie poradzić, a twoi wierzyciele nie chcą się wykazać elastycznością? Od początku 2015 r. zyskałeś nowy instrument w negocjacjach z nimi. Weszła w życie nowa ustawa o upadłości konsumenckiej, która kompletnie zmienia układ sił między wierzycielem i dłużnikiem. Prywatne bankructwo jest teraz łatwiejsze do przeprowadzenia, tańsze i pojawiła się szansa, że nie stracisz całego majątku na poczet długów. Dzięki temu twoim wierzycielom może wreszcie zacznie zależeć, żeby nie dopuścić do procedury upadłościowej. A jeśli już do niej dojdzie, to będzie większa szansa na umorzenie części długów.

Masz dużą szansę na przyjęcie wniosku przez sąd.

Celem nowej ustawy jest nie tylko to, żeby doprowadzić do spłacenia długów, ale też to, żeby dłużnik mógł się wyplątać z pętli zadłużenia. Sąd może odrzucić wniosek o upadłość konsumencką tylko w sytuacji, gdy po obejrzeniu sprawy dojdzie do wniosku, że dopuściłeś do nadmiernego zadłużenia wskutek rażącego niedbalstwa lub celowego działania.

Ile to kosztuje i jak się do tego zabrać? Żeby się ubiegać o upadłość konsumencką, wystarczy, że masz 30 zł przy duszy. Cała reszta kosztów - np. robota syndyka - może być skredytowana przez skarb państwa; po prostu będziesz je spłacał na tej samej zasadzie jak resztę wierzycieli. Wniosek o upadłość możesz napisać od ręki - nie jest trudny ani skomplikowany. Trzeba go ładnie zatytułować, wypisać swoje dane osobowe, adresowe i kontaktowe, wyszczególnić wszystkie długi i uzasadnić, dlaczego chcesz ogłosić upadłość. A więc napisać, że wpadłeś w długi z powodu utraty płynności finansowej, że próbowałeś się ratować kolejnymi pożyczkami, że okazały się ponad twoje siły. Powinieneś opisać, jakie masz dochody i jakie są koszty zaciągniętych długów (najlepiej w podziale na kapitał i odsetki). Musisz też opisać swoje próby dogadania się z wierzycielami i ewentualnie opisać, jak wyobrażasz sobie spłatę długów w ratach (i ile jesteś w stanie oddać, a ile chciałbyś, żeby sąd pozwolił umorzyć). Wniosek składasz w swoim sądzie rejonowym, opłacając go w kasie kwotą 30 zł. I czekasz na wyznaczenie terminu rozprawy. Albo na kontakt od wierzycieli, że chcą się dogadać. Lepiej nie spaprać wniosku, bo jak sąd go odrzuci, to następny możesz złożyć za dziesięć lat.

Co może zrobić sąd? Od razu umorzyć część długów (bo np. uzna, że są wyjątkowo niesprawiedliwe i nie powinieneś ich spłacać). Może też ustalić plan spłaty długów obejmujący sprzedaż twojego mieszkania lub też pozwalający ci w tym mieszkaniu zostać (ale tylko w wyjątkowych sytuacjach, np. jeśli jesteś chory i konieczność przeprowadzki mogłaby pogorszyć twój stan zdrowia). Jeśli sąd zgodzi się na sprzedaż twojego mieszkania, to syndyk będzie musiał z uzyskanych pieniędzy dać ci do ręki równowartość kwoty potrzebnej na wynajęcie mieszkania przez dwa lata. A co z innymi składnikami majątku, np. samochodem? Tu też wszystko zależy od decyzji sądu, ale raczej pójdą one pod młotek. Najważniejsze jest jednak to, że sąd może tak ustalić plan spłat, że nie będziesz musiał spłacić wszystkich długów. Plan może wyglądać tak, że przez kilka lat będziesz oddawał np. połowę wynagrodzenia z zakazem zaciągania kolejnych długów, a jeśli rzetelnie się z tego wywiążesz, to reszta długów zostanie umorzona.

Jak wykorzystać nową upadłość konsumencką (nie upadając)? Najważniejsze w nowej upadłości konsumenckiej jest to, że dłużnik dostanie do ręki solidne narzędzie nacisku na wierzycieli. Do tej pory był zdany wyłącznie na ich łaskę, a częściej - na niełaskę. Teraz będzie mógł powiedzieć: "Dogadajmy się, bo inaczej złożę wniosek o upadłość i kto wie, jaką część długów dostaniecie z powrotem". Wykaż inicjatywę i sam idź do wierzycieli z propozycjami ułożenia się i spłacenia długów w ratach, które sam zaproponujesz. Masz większą niż do tej pory szansę na to, że wierzyciele się zgodzą.

Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra ". W tym numerze:

 Przekleństwo kart w trybie offline, czyli na co uważać przy płatności

Faktura na prąd na 72 tys. złotych. energa mówi: błąd ludzki

Bez numerka nie ma reklamacji, czyli historia pewnej walizki

Na co uważać przy świątecznych wyprzedażach?

Czy szybka gotówka potanieje w tym roku?




Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.