Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Ryszard - "Nie płacę podatków"

- Ostatnio znowu wezwano mnie do skarbówki. Za biurkiem siedział młody urzędnik, ale ludzki mi się wydał, więc na pytanie, dlaczego znowu nie zapłaciłem jakiegoś tam podatku, odpowiedziałem szczerze: "Bo mam kredyt hipoteczny na dom we frankach i to właśnie płacę w pierwszej kolejności, a resztę zobowiązań, jak się uda". On tak na mnie patrzy, patrzy i za chwilę słyszę: "Rozumiem. Sam bym tak zrobił".

Ryszard, biznesmen z Opola, o frankach rozmawia ze mną ze spokojem, bo miał już kilka lat na to, by pogodzić się z ich chimerycznością. Wspomina, jak przed siedmioma laty zaciągał kredyt na dom. Cztery pokoje, dwie łazienki, jadalnia, 70 arów działki, a tuż za płotem zaczyna się las. Nie wahali się z partnerką ani chwili. Potrzebowali 150 tys. franków. Bank udzielił im kredytu, ale z uwagi na wiek Ryszarda (dziś ma 60 lat) okres spłaty wyznaczył tylko na 17 lat. - Ale facet w banku zapewniał, że rata w wysokości 2,5 tys. zł to będzie maks, jaki będziemy musieli płacić - wspomina.

Biznesmen nie jest jednak naiwniakiem. Mimo zapewnień bankowca spodziewał się wahań kursu. Nie przewidział za to kryzysu w Polsce i tego, że branża reklamowa, w której razem z partnerką pracują, tak bardzo na tym ucierpi. Musiał pozwalniać ludzi, nie dostaje intratnych zleceń, więc od czterech lat, gdy frank dobił do 3,5 zł, a rata wzrosła o 700 zł, nie może się finansowo pozbierać. Oszczędzać? Nie ma na czym, bo i on, i ona właściwie zrezygnowali już ze wszystkiego. - Powiem tak, przed kredytem żyliśmy jak ludzie: narty, urlop w Toskanii, obiad w restauracji. Po kredycie budzimy się właściwie tylko po to, by pracować, i to od piątej rano. Nie nadążamy z łataniem dziur. Ci z mojego banku od franków są mili, nie dzwonią do mnie w weekendy. Ale na przykład ci od kredytu konsumenckiego, który wzięliśmy na częściowe wykończenie domu, potrafią do nas dzwonić nawet w niedzielę o 6 rano, przypominając, że zalegam ze spłatą rat - opowiada Ryszard.

Zmęczeni kredytami dwa lata temu zdecydowali się z partnerką wystawić dom na sprzedaż. Wycenili go na 400 tys. zł. Jeszcze dwa tygodnie temu, gdyby udało im się za tyle sprzedać, byliby wolni od kredytu. Dziś, po skoku kursu, musieliby dopłacić bankowi jeszcze przynajmniej 70 tys. - Czyli wartość dobrej klasy samochodu - dodaje Ryszard, więc im się to nie opłaca.

Sytuacja jest patowa. Z braku innych pomysłów kilka tygodni temu biznesmen napisał do banku list. - Tak po ludzku prosiłem, by nam pomogli. Byśmy zrestrukturyzowali nasze finanse - opowiada. Długo nikt się z banku do niego nie odzywał. Potem przyszedł czarny czwartek. Frank zwariował. Ryszard chwycił za kalkulator. Wyszło mu, że najbliższa rata wyniesie 4,2 tys. zł.

- Pomyślałem, że tego już naprawdę nie damy rady płacić. Dzień później zadzwonił telefon. Z banku. Facet powiedział, że mam szczęście, że napisałem do nich przed tym szaleństwem. Zgodzili się, byśmy przez rok płacili tylko połowę wysokości rat. Oczywiście to wydłuży czas spłaty, ale przynajmniej złapiemy jakiś oddech.

Martyna - "cała pensja męża idzie na opłaty"

- Polska to nie Stany - żałuje Martyna. Zaraz wyjaśnia, że za oceanem, jak się ma kłopoty, to za kredyt hipoteczny odpowiada się tylko domem. Płacisz raty, masz dom. Nie płacisz, to ci go zabierają. W Polsce nie dość, że stracisz dom, to jeszcze bank ściągnie z ciebie każdą zaległą mu złotówkę.

Ona zajmuje się logistyką w dużej firmie. Jej mąż jest menedżerem projektów w zagranicznej korporacji. Dużo zarabia, ale dziś cała jego pensja idzie na opłaty za dom i jego utrzymanie: śmieci, ochrona, bo dom jest na dobrym podwarszawskim osiedlu. To już tysiąc złotych. Ogrzewanie, w zimie to 2 tys. co drugi miesiąc. Do tego niania do ich dwóch małych córeczek to kolejne 2 tys. zł miesięcznie.

Plus kredyt. Po skoku franka na 3,5 zł płacili około 4 tys. zł raty. Dziś, po czarnym czwartku, ich rata hipoteczna to 5,5 tys. zł. - Bo oprócz kredytu bank wymusił na nas kupienie także ubezpieczenia na dom, na życie i na zabezpieczenie wkładu własnego, a to ubezpieczenie rośnie wraz ze wzrostem franka. Ubezpieczenia były konieczne, bo biorąc pożyczkę, nie mieliśmy żadnego wkładu własnego - tłumaczy Martyna. Przyznaje, że na razie stać ich jeszcze na zapłacenie najbliższych rat, ale nie są gotowi na życie pod taką presją.

- Już teraz po wiadomości o wzroście franka zrezygnowaliśmy z wyjazdu na narty. O wakacjach nawet nie myślimy. Do tej pory staraliśmy się korzystać z życia: kino, teatr, siłownia, dla mnie zajęcia z jogi. Żadnej z tych rzeczy w lutym nie zrealizujemy. Boję się wydać te 150 zł na karnet, bo nie wiem, kiedy te pieniądze mi się przydadzą. To może się wydawać śmieszne przy naszych zarobkach, razem mamy jakieś 14 tys. zł netto, ale jak się ma dwójkę dzieci na utrzymaniu, to nie ma co ryzykować - opowiada.

W ubiegłym tygodniu Martyna długo rozmawiała z mężem. Analizowali sytuacje, najgorsze scenariusze. - Wszystko wzięliśmy pod uwagę. Jeśli nie uda nam się opanować sytuacji, będziemy musieli ogłosić upadłość konsumencką i zamieszkać u rodziców - mówi, przekonując, że innej opcji nie ma. Nie ratuje ich wynajęcie domu, bo i tak nikt nie zapłaci im tak dużych pieniędzy, by spokojnie spłacać raty. A nawet gdyby udało im się sprzedać dom za 1 mln zł, to zostaliby z kolejnym 1 mln zł długu. - Bo frank kosztuje dziś dwa razy tyle, ile w dniu zaciągania przez nas kredytu - mówi.

Jeśli ogłoszą upadłość konsumencką, bank zlicytuje na rzecz długu nie tylko dom, ale wszystko, co mają - samochody, wartościowe przedmioty - i przez trzy lata Martyna i jej mąż będą musieli płacić niewielkie kwoty do banku. - To oczywiście najczarniejszy scenariusz, ale musimy się z nim liczyć. Nasi znajomi frankowcy, a mamy ich sporo, też robią takie założenia.

Anna i Michał - "w grę wchodziły jedynie franki"

Gdy syn Anny i Michała wybierał się na studia, w domu zrobiono naradę rodzinną i ustalono, że taniej wyjdzie kupić mieszkanie w Krakowie, niż je dla syna wynajmować. Tym bardziej że ich drugie dziecko, córka, młodsza od syna o pięć lat, też wybierała się na studia do Krakowa.

- Policzyliśmy, że taniej nam będzie kupić dzieciom mieszkanie w Krakowie, niż finansować stancje. Oczywiście od razu założyliśmy, że jeden pokój będziemy wynajmować innemu studentowi, by kredyt za mieszkanie spłacał się w miarę gładko - opowiada Michał. Mieszkają z żoną w Opolu. On jest kuratorem sądowym, ona - nauczycielką. Ich miesięczna pensja to około 6 tys. zł miesięcznie netto.

Jak pomyśleli, tak zrobili. Wzięli 43 tys. franków. Do tej pory rata za mieszkanie wynosiła około 1000 zł. Spłata rzeczywiście szła nieźle, bo sublokator dorzucał się 600 zł do mieszkania. Teraz koszty wzrosną o 250 zł, do 300 zł. - To nie są najstraszniejsze pieniądze, ale jak się ma dwójkę prawie dorosłych dzieci, to każdy grosz się liczy - opowiada Michał.

Jeszcze przed skokiem franka z 2011 roku zdecydowali z żoną, że lepiej będzie im spłacać kredyt, oddając franki, ale kupione na własną rękę, a nie od banku. Dziś więc kupują franki w kantorach internetowych - w zwykłych się nie opłaca, bo fizycznie wpłacać franki można w ich banku (Deutsche Bank), tylko we Wrocławiu i w Krakowie, co też wkurza Michała. - W ten sposób uniknęliśmy bankowych spreadów, które są naprawdę wolnoamerykanką. Bank nie był zachwycony, ale musiał się zgodzić. Choć i tak robi nam pod górkę, choćby tym, że musimy płacić za utrzymanie konta frankowego, choć jednocześnie nie jest ono oprocentowane - opowiada.

Z frankowego mieszkania teraz korzysta córka. Do końca studiów zostały jej dwa lata. Do końca spłaty kredytu pozostało jeszcze siedem lat. - Czekamy, aż córka skończy studia i się usamodzielni, bo oprócz rat za mieszkanie pomagamy jej również finansowo, przelewając co miesiąc 800 zł, by mogła się w spokoju uczyć - opowiadają.

Oboje zaznaczają, że kupując mieszkanie, byli w dołku finansowym. - Więc w grę wchodziły jedynie franki, a do tego pozapożyczaliśmy się u rodziny. Dlatego na początku cieszyłem się, że raty są tak niskie, bo dzięki temu stać nas było na spłatę rodziny. Gdyby wtedy frank oszalał, tobyśmy w tych finansach utonęli - mówi Michał. Przyznaje jednak, że od początku nie miał złudzeń, że mu się ten frank odbije czkawką. - Nie wiedziałem tylko, że aż taką. Staram się więc o tym nie myśleć, nie przeliczać. Nie siedzę obsesyjne z kalkulatorem w ręce - mówi.

Wierzą, że gdy córka skończy studia, to ich sytuacja się poprawi. Liczą na to, że krakowskie mieszkanie przeznaczą całkowicie na wynajem dla studentów i franki same będą się spłacać. - Musimy więc wytrzymać jeszcze te dwa lata. Nie jest najgorzej, bo nigdy nie rozbijaliśmy się po restauracjach, nie jeździmy na wakacje, najwyżej do rodziny na wieś, choć od lat marzy nam się Prowansja, więc wiem, że to wytrzymamy. Drażni mnie tylko, gdy inni, słysząc, że mam kredyt we frankach, patrzą na mnie z politowaniem.

Bank Szwajcarii obniżył stopy procentowe do - 0,75 proc. i przestał bronić kursu waluty. Od tej decyzji kurs franka utrzymuje się na poziomie 4,3 zł. To oznacza wzrost raty kredytu hipotecznego dla 550 tys. rodzin. W "Wyborczej" radzimy jak radzić sobie z drogim frankiem



Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra ". W tym numerze:

Winni są wszyscy: banki, resort finansów i klienci

 Kryzys franka to test przyzwoitości bankowców

Jak się zarabia w Szwajcarii i czy warto tam wyjechać?

Oswajanie Franka S. czyli plan awaryjny dla kredytobiorców

Franka jak żałobę trzeba po prostu przejść

Kim jest statystyczny "frankowicz"?






Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.