Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Maciej Bednarek: w latach 2006-11 był pan szefem komisji nadzoru finansowego, kiedy Polacy masowo zaciągali kredyty we frankach szwajcarskich. Nie można było tego szaleństwa powstrzymać?

Stanisław Kluza: po raz pierwszy nadzór bankowy, podlegający wówczas narodowemu bankowi polskiego, kierowany jeszcze przez prof. Leszka Balcerowicza, próbował ograniczyć akcję kredytową w walutach obcych w 2006 r. Wydał wówczas rekomendację s nakazującą bankom bardziej rygorystyczne badanie zdolności kredytowej osób, które chciały zaciągnąć kredyt walutowy. Bank musiał sztucznie podwyższyć wnioskowaną kwotę kredytu o 20 proc. Oraz zbadać, czy klient byłby w stanie spłacać droższy kredyt złotowy.

Ta rekomendacja była wówczas bardzo potrzebna, ale niewystarczająca, i już wówczas wymagała dalszego doprecyzowania. W 2008 r. Nadzór bankowy wszedł do kierowanego przeze mnie knf. W 2008 r., a potem w 2011 r. pojawiały się kolejne uszczelnienia przepisów, które ostatecznie zmarginalizowały kredyty walutowe w ofercie banków. Przykładowo ze 165 tys. kredytów w 2008 r. do 20 tys. rok później, 8 tys. w 2010 r. i 10 tys. w 2011 r.

Ale dlaczego nie można było zrobić tego już w 2006 roku?

- Rekomendacja S jak na tamten moment i tak była rewolucyjna. Zrobiła dużo dobrego, ale niestety nie zahamowała wszystkich negatywnych zjawisk. Abstrahując od rekomendacji, nadzór ostrzegał banki oraz uczestniczył w debacie publicznej o ryzykach wynikających z kursu walutowego. Do pewnych skutecznych rozwiązań dochodzi się etapami.

Kiedy nadzór finansowy widzi, że banki nie radzą sobie z jakimś problemem lub są nadmiernie optymistyczne, wydaje rekomendacje. Ale za odpowiedzialne, stabilne i bezpieczne zarządzanie ryzykiem kredytowym odpowiadają bezpośrednio banki. Pozwalając zaciągać kredyty na 20, 30, a nawet 50 lat, w sposób sztuczny podnosiły zdolność kredytową. Iluzorycznie wmawiały klientom, że mają oni wysoką zdolność kredytową. Kredyty frankowe w wielu przypadkach już na starcie miały w sobie element nieodpowiedzialności ze strony poszczególnych banków.

Czyli banki powinny wziąć na siebie odpowiedzialność za problemy frankowiczów?

- Bank ma obowiązek ocenić, czy dany produkt jest dopasowany do profilu klienta, jego sytuacji materialnej i czy w ogóle można mu go zaoferować. Kredyty mieszkaniowe we frankach powinny być produktem niszowym. Powinny być udzielane osobom, które zarabiają w walucie kredytu.

Jeżeli kredyt obarczony jest ryzykiem kursowym, banki powinny wymagać wysokiego wkładu własnego. W mojej ocenie wskaźnik LTV, czyli stosunek kwoty kredytu do wartości zabezpieczenia, przy kredytach walutowych powinien być istotnie poniżej 50 proc. Czyli kupując mieszkanie o wartości 300 tys. zł, klient powinien mieć co najmniej połowę wkładu własnego. Tymczasem banki udzielały kredytów z LTV stu, a nawet więcej procent. Niestety nie było to zabronione prawnie na poziomie ustawy, o co potencjalnie mógł wnioskować minister finansów.

Poza tym osoby, które mają niskie lub nieregularne dochody, nie powinny brać na siebie ryzyka o charakterze spekulacyjnym. Nie ma mądrych, którzy potrafią przewidzieć kurs walutowy, ale ryzyko kursowe jest czymś bardziej przewidywalnym. Utopią okazała się również idea samoregulacji sektora finansowego.

Banki powinny przewidzieć to ryzyko?

- Banki nadszarpnęły swojej reputacji, ale z punktu widzenia ochrony konsumentów zapewne po części też prawo, nadmiernie udzielając kredytów, które już na starcie, w momencie udzielania były kredytami ryzykownymi. To nie tylko klienci są winni, że zaciągnęli ryzykowne kredyty. Ktoś im tych kredytów udzielił. Dostawca był profesjonalny, ale może zbyt chciwy?

Wszyscy patrzą na to, co stało się tydzień temu, a więc kiedy Szwajcarzy przestali bronić sztywnego kursu franka do euro. Ale ten kurs został usztywniony 40 miesięcy temu. Przez ten okres kropelka po kropelce narastało niedopasowanie kursowe, była presja na umocnienie się franka. Banki o tym wiedziały i nie tydzień temu, ale już znacznie wcześniej powinny przygotować się na hipotetyczne szokowe scenariusze.

We wtorek Komitet Stabilności Finansowej z udziałem szefów kilku banków opracował wstępny plan ratunkowy dla frankowiczów. Banki mają uwzględniać w wysokości rat ujemne stopy procentowe.

- Ta propozycja, a w zasadzie trzy kluczowe propozycje i ustalenia ze strony banków są pustosłowiem. Po pierwsze, wynikają z reguł, których banki powinny przestrzegać, a po drugie, nie rozwiązują problemu.

Pomysł ujemnej raty odsetkowej ma dozę niedoskonałości, bo takie rozwiązanie uderza w prawną ideę kredytu. Nie powinno być tak, że bank dopłaca klientowi do raty odsetkowej.

Z kolei zapis mówiący, że LIBOR nie może być mniejszy niż zero, podczas gdy w rzeczywistości jest ujemny, jest zapisem na szkodę klienta, nie powinien być wpisany do umowy czy regulaminu bez zgody klientów. Tego typu praktyki powinien ścigać UOKiK.

Jak więc rozwiązać problem ujemnych stóp procentowych?

- Przyjąć zasadę, że rata odsetkowa jest równa marży, która jest zapisana w umowie kredytowej. Natomiast od kapitału kredytu odpisuje się efekt wynikający z ujemnego LIBOR-u, czyli obniża się kapitał pozostający do spłaty.

Czy takie rozwiązanie jest korzystniejsze dla frankowiczów?

- Zdecydowanie tak, ale nie rozwiązuje kluczowego problemu. Efekt odsetkowy jest jedynie małym ułamkiem tego, co potencjalnie mogą stracić na skutkach kursowych franka.

Banki zadeklarowały, że będą zawężać swoje spready, a więc oferować klientom atrakcyjniejsze kursy, po jakich przeliczają raty.

- Tylko że spready w ostatnim czasie się rozszerzały. Przypomnijmy też, że ten temat omawialiśmy już 5 lat temu. Deklaracja byłaby poważna, gdyby banki powiedziały, że będą przeliczać raty po kursie NBP. Inne pomysły należy nazwać pustosłowiem. Poza tym nadal mówimy o propozycjach mikrawych wobec zmiany kursu o 20-25 proc. Banki nie zaproponowały żadnego pomysłu systemowego.

Nie będą też żądać od klientów dodatkowych zabezpieczeń, doubezpieczenia kredytów...

- Zgodnie z prawem, kiedy wartość zabezpieczenia jest niższa od wartości kredytu, bank powinien zażądać od klienta dodatkowych zabezpieczeń. Ale w ten sposób zirytowałby klientów, którym już i tak nadszarpują nerwy od kilku lat.

Banki powinny najpierw dokonać rzetelnej oceny wartości zabezpieczeń, i to również kredytów dobrze spłacanych, bo to pozwoli poznać prawdę o skali problemu.

Przed szokiem frankowym mieliśmy ok. 40 proc. kredytów walutowych, których zabezpieczenie było niższe niż wartość kredytu. Po szoku z ubiegłego tygodnia ten udział mógł wzrosnąć nawet do 60 proc.

Dzisiaj istnieje niepisana umowa między bankami a ich klientami, że jeżeli ktoś płaci raty, to obie strony nie wchodzą sobie w drogę.

Statystyki mówią, że ok. 3 proc. kredytów frankowych ma opóźnienia w spłacie powyżej 90 dni. Warto sprawdzić, ile jest kredytów z opóźnieniem w spłacie mniejszym niż 90 dni. Należy prześwietlić też kredyty, które dobrze się spłacają, ale w przeszłości ulegały restrukturyzacji, a więc klient wnioskował np. o wydłużenie terminu spłaty albo korzystał z wakacji kredytowych.

Mam przeczucie, że po takiej analizie statystyki byłyby mniej optymistyczne.

Jakie pan ma recepty na rozwiązanie problemu kredytobiorców?

- Banki powinny poczuć się do odpowiedzialności za ten kryzys i np. umorzyć część wartości kredytu, wynikającą z efektu ryzyka kursowego. Te kwoty mogą być już znaczące. Podobną logikę zastosował w swoim postulacie również UKNF.

Dla banków to oznacza straty, a na to nie pójdą.

- Ale w ten sposób banki ograniczą prawdopodobieństwo, że klient przeprowadzi upadłość konsumencką. Osoby mające kredyty, których wartość znacznie przekracza wartość mieszkania, zaczną dochodzić do wniosku, że tych mieszkań nigdy nie spłacą. Jeżeli cena najmu będzie niższa niż rata, atrakcyjniejsze może się wydać porzucenie kredytu i wynajmowanie mieszkania. To nie jest w interesie banków.

Nadzór finansowy powinien natomiast wyciągnąć konsekwencje wobec banków za brak odpowiedniego zarządzania ryzykiem w ostatnich latach. Powinien też oczekiwać od banków zwiększenia kapitałów, co dla wielu instytucji może oznaczać najbliższe lata bez dywidendy.

A rząd?

- Trudno obwiniać bezpośrednio rząd za kryzys frankowy, co nie znaczy, że rząd nie powinien się tym problemem zająć. Bo to poważny problem społeczny. Dotyczy szerszej rzeszy Polaków niż przykładowo problem w górnictwie.

Rząd może np. przeznaczyć środki na zakup mieszkań na wynajem. Niektóre zadłużone mieszkania mogłyby być wykupione przez rząd - przy udziale Banku Gospodarstwa Krajowego - np. za cenę o 20-30 proc. mniejszą od ich wartości rynkowej. Resztę bank musiałby wpisać w straty.

Paradoksalnie takie mieszkania automatycznie miałyby najemców.

Wczoraj KSF uspokajał, że kryzys na rynku kredytów frankowych nie wpłynie negatywnie na gospodarkę.

- Mam nieco inne zdanie. Mamy blisko pół miliona kredytów we frankach. Uwzględniając rodziny, ten problem wpłynie na konsumpcję ok. 2 mln osób, która jest motorem polskiej gospodarki.

Szacuje się, że o blisko 20 proc. wzrosną koszty obsługi kredytu, a więc mniej więcej o tyle spadną wydatki na konsumpcję.

Przy założeniu, że rata wynosiła średnio 1,5 tys. zł i teraz wzrośnie o 300 zł, to wydatki na konsumpcję tej grupy Polaków zmniejszą się rocznie o jakieś 2 mld zł. Wydaje się, że to stosunkowo niewiele, ale mówimy tu o efekcie mnożnikowym, czyli narastających konsekwencji. Oznacza to również mniejsze wpływy z podatków oraz gorsze perspektywy rozwoju w wybranych obszarach branży usług.

Bank Szwajcarii obniżył stopy procentowe do - 0,75 proc. i przestał bronić kursu waluty. Od tej decyzji kurs franka utrzymuje się na poziomie 4,3 zł. To oznacza wzrost raty kredytu hipotecznego dla 550 tys. rodzin. W "Wyborczej" radzimy jak radzić sobie z drogim frankiem



Chcesz porozmawiać z autorem, poinformować go o czymś? Napisz: ekipasamcika@wyborcza.biz



Jak mądrze inwestować? Jak oszczędzać, by rzeczywiście zyskiwać? Jak nie dać się oszukać bankom i pośrednikom? Odpowiedzi szukaj w każdy czwartek, w nowym magazynie o codziennych finansach "Pieniądze Ekstra ". W tym numerze:

 Kryzys franka to test przyzwoitości bankowców

Jak się zarabia w Szwajcarii i czy warto tam wyjechać?

Oswajanie Franka S. czyli plan awaryjny dla kredytobiorców

Franka jak żałobę trzeba po prostu przejść

Franciszkanie, czyli życie na kredycie

Kim jest statystyczny "frankowicz"?




Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.